Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Popularnonaukowe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Popularnonaukowe. Pokaż wszystkie posty

środa, 6 grudnia 2023

Cuda, cuda ogłaszają

Technologia próbuje zdominować swoją znienawidzoną siostrę przyrodnią coraz widoczniej. Pisałem już kiedyś o tym, ale kryzys się pogłębia. Co widać choćby w książce Caspara Hendersona Nowa mapa cudów (Marginesy, Warszawa 2019). Bardzo interesująco skreślonej, do tego pięknie skrojonej typograficznie, tyle że uderzającej wszędobylską technologią. Na każdym kroku. Bach, przyjmujemy cios za ciosem, przewracając stronice. Plask, dostaje się nam po gębie. Co, nie wierzycie? Proszę bardzo:

  • „W tej książce odwołuję się do filozofii, historii, sztuki, nauki oraz technologii w poszukiwaniu pełniejszego zrozumienia zarówno cudów wprawiających nas w zachwyt i zdumienie, jak i z samej natury owego stanu umysłu” (s. 13).
  • „(...) zachwyt nowością oraz dążenie do przyjemności, w połączeniu z przeprowadzoną na chłodno analizą, nierzadko stawały się siłą napędową postępu technologicznego oraz społecznego, przynoszącego liczne korzyści i prowadzącego do wielkich przełomów” (s. 21).
  • „W naszej kulturze nauka i technologia są ściśle kojarzone z ideą postępu” (s. 24).
  • „Za sprawą technologii może stać się na przykład możliwe uwięzienie nas w wirtualnym świecie równoległym, w którym sami nie będziemy sobie zdawać sprawy z własnej niewoli — jak w Matrixie, z tą różnicą, że iluzja będzie kontrolowana przez państwo, korporacje lub grupy przestępcze, a nie przez inteligentne maszyny” (s. 285).
Na niebezpieczne gniazdo czytelnik natyka się na s. 25. Istne wężowisko:

  • „Dziś nauka i technologia poszerzają granice dobrobytu ludzkości, wykraczając daleko poza najśmielsze marzenia naszych przodków”.
  • „Jednym z nich [widm, które nas prześladują] jest negatywny wpływ nauki i technologii na środowisko naturalne: to one umożliwiają współczesnym społeczeństwom zanieczyszczanie oraz naruszanie naturalnej równowagi ekosystemów, od których jesteśmy zależni, co w konsekwencji prowadzi do destabilizacji”.
  • „Tak bardzo gloryfikowany przez nas postęp postęp technologiczny, i w ogóle cała nasza cywilizacja — pisał Albert Einstein w połowie XX wieku — są niczym siekiera w ręku patologicznego przestępcy”.
  • „Lęk wywołuje w nas również obawa, że pomimo wspaniałych perspektyw otwieranych przed nami nowe technologie doprowadzą ostatecznie do ograniczenia naszej wolności”.


„Technologia” to istna plaga, mamy ją też w eseju Houellebecqa poświęconym Lovecraftowi Przeciw światu, przeciw życiu (PWN, Warszawa 2012), notabene słabo złożonym (vide tu i ówdzie posklejane słowa, vide strony 58 i 59 z brakującymi wcięciami akapitowymi albo tymczasowo urwanymi zdaniami, których treść kończy się w następnym wierszu, tym razem rozpoczętym odwrotnie, tj. niepotrzebnym wcięciem):
  • „Seks, pieniądze, religia, technologia, ideologia, podział bogactw... dobry pisarz nie może o niczym zapomnieć” (s. 60).
Na szczęście tłumacz na tej samej stronie strzela honorowego gola:
  • „«Po co tak bardzo przejmować się przyszłością skazanego świata?», jak odpowiedział Oppenheimer, ojciec bomby atomowej, dziennikarzowi pytającemu go o długoterminowe konsekwencje postępu technicznego”.
Wpadki tego rodzaju znajdziemy także na stronicach książki Robale rządzą światem (Bellona, Ożarów Mazowiecki 2019):
  • „Postęp technologiczny sprawił, że wiemy o nich [robalach] więcej niż kiedykolwiek — dzięki trójwymiarowym skanom jesteśmy w stanie śledzić lot owadów i projektować naśladujące ich ruch mikrodrony; komputery wielkości ziarenka pyłu służą nam do badania ginących pszczół; specjalna aparatura pozwala izolować z ciał owadów cząsteczki antybiotyków” (s. 12-13).
  • „Zbliżają się czasy rozkwitu technologii i medycyny. Czy może w nich zabraknąć rozwiązań opartych na biomikrze i naśladowaniu owadów?” (s. 253).
W arcyciekawej, opasłej (679 stron) książce, szczęśliwie zaopatrzonej w skorowidz, a zatytułowanej Naukowcy i ich odkrycia. XVI-XX wiek (Sel, Kraków 2019), przekładowcy też nie mają litości. Mamy więc klasyczny „postęp technologiczny” (s. 11 i 13), „nowe technologie” (s. 12) albo fragmenty w rodzaju:
  • „Najpierw przyszła technologia, ponieważ łatwiej jest konstruować maszyny metodą prób i błędów, bez pełnego zrozumienia zasad ich działania” (s. 12).
  • „Ale gdy tylko nauka połączyła się z technologią, postęp ruszył naprawdę” (s. 12).
  • „Rewolucja naukowa nie odbywała się w odosobnieniu. Na pewno jej początki nie należały do głównego nurtu przemian cywilizacyjnych, choć na wiele sposobów nauka (poprzez jej wpływ na technologię i nasz światopogląd) stała się siłą napędową kultury Zachodu” (s. 13).
Tańce, hulanki, swawole. A to dopiero początek książki. Co kogo opętało? Gdzie się podziała swojska „technika”? Już pal licho występujące w liczbie mnogiej „technologie”, w ostateczności przymknąłbym na nie oko, ale nie potrafię przejść do porządku dziennego nad urodą i artyzmem sformułowań typu „nauka i technologia” czy „postęp technologiczny”.

Być może przyszło mi być ostatnim Mohikaninem, może walka już przegrana, wszystkie przyczółki utracone. Czyżby zostało mi tylko rzucić czytanie w diabły, siąść i odpalić kolejny odcinek — pardon, epizod — La Casa de Papel na netfliksach?


© Paweł Jarosław Kamiński 2023

wtorek, 13 września 2022

W kręgu scjencji

Coraz częściej sięgam po publikacje popularnonaukowe. Czyżby beletrystyka traciła ostatnio smak? A może chcę wyssać wszystkie soki witalne z drzewa wiadomości? Powód zupełnie prozaiczny: coraz bardziej wymaga tego moja praca.

Pomimo że sam dysponuję mikroskopowym ledwie ułamkiem wiedzy i świadom jestem mizerii własnej istoty szarej, to jednak że jako przekładacz i redaktor liznąłem odrobinkę wielu różnych dyscyplin wiedzy, zdarza mi się gdzieniegdzie przyuważyć luki w znajomości rzeczy u tłumaczy dzieł popularyzatorskich rozmaitej maści: czasem są to szkolne błędy; tu i ówdzie znać brak redaktorskiego ołówka, jak gdyby translatu nie wzięto na tapet albo w roztargnieniu zostawiono omijaki; nierzadko dorodne wykwity translatorskie bywają podgryzane przez zdradliwych przyjaciół; kiedy indziej znów trafiają się błędy świadczące o braku oczytania w danej dziedzinie, przesiąknięcia charakterystyczną terminologią i kolokacjami albo o braku wiedzy nie specjalistycznej, lecz ogólnej, nieraz wręcz podstawowej.

Poniżej podzielę się paroma przykładami, z których większość napotkać można w wielu tłumaczonych tekstach, dlatego liczę, że a nuż się komuś one w przyszłości przydadzą. Raf czyhających na przekładowców jako żywo nie brakuje.

Licentia translatica w scjencji? Nie, dziękuję


Miarka się przebrała

Nie wiedzieć czemu rozpędzonym szynowym pociągiem sprawnych tłumaczy potrafi zachwiać lada co. Niby ciuchcia sukcesywnie prze do przodu, naoliwione tłoki miarowo pracują, aż furczy, niby para bucha, wszystko kręci się i chodzi jak trzeba, gdy wtem niepozorny kamyk potrafi zatrząść mocno całą maszynerią, wyprowadzając z równowagi pojazd, a już na pewno co wrażliwszych pasażerów.

A wystarczy taka na przykład jednostka miary tłumaczona na polski jako „kubit” (od ang. cubit). Niedawno natknąłem się na dwie tego rodzaju osobliwości w skądinąd porządnie przełożonych tekstach. Poniżej dwa passusy, których przekładacze koniecznie chcą nam wcisnąć k(ub)it: pierwszy to fragment książki omawiającej fizyczne widma i zakresy, z jakimi mamy codziennie do czynienia, drugi to przekład staroegipskiego papirusu z czasów Średniego Państwa, zaświadczającego o zdolnościach matematycznych starożytnych.

(a) Hebrajczycy i Egipcjanie posługiwali się tzw. kubitami (była to odległość od czubka środkowego palca do łokcia). Każdy kubit dzielił się na siedem dłoni, a każda dłoń na cztery palce. Kubit egipski różnił się jednak od hebrajskiego. Egipski liczył około 52 cm, hebrajski zaś około 45 cm.
(b) Wiadomo, że łączne pole dwóch mniejszych kwadratów jest równe polu kwadratu o powierzchni 100 kubitów kwadratowych. Bok jednego z mniejszych kwadratów to 1/2 + 1/4 boku drugiego kwadratu. Znajdź boki tych kwadratów.
Już w Wikipedii można znaleźć informację, że łokieć obejmował długość od stawu łokciowego do końca palca środkowego. A w internetowej encyklopedii PWN pod hasłem „egipskie miary” czytamy, że
nazwy i wielkości miar wywodziły się z naturalnych proporcji ludzkiego ciała; podstawową jednostką był łokieć (ok. 52,5 cm), dzielony na 7 (szerokości) dłoni, a dłoń na 4 palce; 100 łokci tworzyło jednostkę o nazwie pręt; do pomiarów większych odległości stosowano jednostkę równą 20 tys. łokci (...).
Z kolei w pierwszej lepszej Biblii znajdujemy na kartach Starego Testamentu masę tekstów, gdzie występuje rzeczownik: łokieć (vide wymiary przybytku, alias namiotu spotkania, i utensyliów świątynnych, albo choćby wysokość Goliata).

Jak widać po źródłach, nie jest to wiedza tajemna, dostępna po siódmym wtajemniczeniu albo dopiero na trzydziestym trzecim szczeblu w loży.

Owszem, istnieje w polszczyźnie słowo: kubit, oznacza jednak najmniejszą i niepodzielną porcję informacji kwantowej, a więc ma zastosowanie w tekstach poruszających treści związane z zupełnie inną dyscypliną. Tymczasem tłumacze używają go jako miary długości, kalkując angielskie słowo, mimo że z dawien dawna mamy swojski łokieć.

Judaica
O kabale, w jaką potrafią się władować tłumacze przekładający teksty, gdzie lubią się pojawić słówka hebrajskie, już kiedyś wspominałem. Mimo to pozwolę sobie na kolejne exempla. Oto w książce stanowiącej swoisty przewodnik po pograniczu nauki z wiarą spotykamy dwa hebrajskie terminy, które — wbrew oczekiwaniom, gdyż poza tym przekład sprawia wrażenie solidnego — transkrybowano nieporadnie jako ruah (3x) i hokmah (2x).

Bez wdawania się w szczegóły wyjaśniam, że poprawna, przyjazna czytelnikowi transkrypcja to (a) ruach (wiatr, powiew, tchnienie, dech, duch) — leksem żywotnie związany z antropologią, jak również z naturą i działaniem Boga (vide Ruach ha-Kodesz) oraz (b) chochma — termin występujący w tak ważnych miejscach, jak ósmy rozdział Księgi Przysłów czy werset 9,10 tejże („Początkiem mądrości jest bojaźń Pana”), a również odgrywający niebłahą rolę w kabale, gdyż właśnie tak nazywa się jedna z dziesięciu sefir (hebr. sefirot) — sfer tworzących 
Ec Chajim, czyli Drzewo Życia (taki zresztą tytuł nosi jedno z dzieł żyjącego w XVI wieku czołowego kabalisty w dziejach, Izaaka Lurii, który wprowadził do kabały takie pojęcia, jak cimcum czy tikkun). Sefiry to emanacje i atrybuty Boga. Jakby światy pośrednie łączące Nieskończonego, Bezkresnego (Ejn Sof) z kosmosem, którego cząstką jest nasz świat. Swoiste kanały mediacyjne. Pomosty. Sefira o nazwie Chochma (mądrość) wiąże się w kabale z tym, co męskie, z ojcem i ze światem poetyki; zresztą różni autorzy kabalistyczni odnoszą do niej różne pojęcia i wyobrażenia. Sama kabała powstała w XII w. w Prowansji na bazie wcześniejszej tradycji ustnej czerpiącej z żydowskiej mistyki, stanowiącej m.in. rozwinięcie Ezechielowej wizji tronu Boga (Ez 1), jak też z gnostycyzmu i neoplatońskiej teorii emanacji, a prócz gnozy i neoplatonizmu łączy w sobie mistycyzm, inicjację, mistagogię, gramatologię, teozofię, arytmozofię i metafizykę.


Nic to wszystko jednak tłumaczowi i redaktorowi zdaje się nie mówić. A przecież choć nie trzeba się kabałą żywo interesować (nie wspominając o znajomości hebrajskich literek, która przy tłumaczeniach i redakcji bardzo się przydaje), jakie takie pojęcie o niej mieć warto, gdyż w kulturze popularnej istnieją do niej liczne odniesienia. A pisali o kabale: Gustav Meyrink, twórca powieści Golem, zwanej z przymrużeniem oka biblią kabalistów — z przymrużeniem, gdyż dziełami założycielskimi i wciąż najważniejszymi w tym nurcie myśli żydowskiej są przede wszystkim średniowieczne Zohar (Księga blasku) i Bahir (Księga światła ukrytego); noblista Jicchok Baszewis Zynger, zwykle znany w zangielszczonej postaci jako Izaak Bashevis Singer; okultysta, mag i wspinacz Aleister Crowley; noblistka (kolejna!) Olga Tokarczuk (Księgi Jakubowe); gęsto od niej miejscami w filmie Darrena Aronofsky'ego π.

Liryka, epika, dramat
W książce omawiającej gładko i przystępnie kwestie ewolucyjne czytamy:

W końcu nastąpiła jedynie zmiana proporcji istniejących już wcześniej form kolorystycznych. Zmiany, choć dramatyczne, nie były bardziej imponujące niż zmiany, jakich od wieków dokonywali hodowcy zwierząt domowych.
Po cóż ze zmian diametralnych, znaczących bądź radykalnych — albo zwyczajnie: dużych, istotnych czy znacznych — robić dramat? To już prędzej dramatycznym (choć byłoby to grubą przesadą) nazwać możemy przekład powyższego ustępu, ale nie same wspomniane zmiany. Wprawdzie internetowy WSJP PAN odnotowuje to nowe znaczenie, lecz, uwaga, z kwalifikatorem „kwestion.”. A i w angielszczyźnie to znaczenie jest stosunkowo nowe, liczące sobie, o ile się nie mylę, zaledwie kilka dekad. Tak czy inaczej nie dajmy się zwariować: to dość świeża kalka w polskim, niestosowna w poważnych publikacjach.

Licentia translatica musi znać swoje miejsce w szeregu. A jak się grubiańsko rozpycha łokciami, trzeba jej zapędom stanowczo huknąć w ucho: No pasarán!


© Paweł Jarosław Kamiński 2022

wtorek, 29 czerwca 2021

Technicznie rzecz biorąc

Jest takie słowo, którym tłumacze nierzadko się posługują, mimo że wielokrotnie są przed tym przestrzegani. Nieraz figuruje w publikacjach popularnonaukowych, które pod tym względem winny świecić przykładem.

Kiedy czytałem Kosmiczne zachwyty Neila deGrasse'a Tysona*, natknąłem się na coraz bardziej wszędobylskie słowo „technologia”. Dość łatwo ciśnie się ono pod pióro wobec naporu napływających zewsząd komunikatów o najnowszych technologiach, technologii malowania paznokci czy obierania kartofli.

Układ Słoneczny, Słońce, Mercury, Wenus, Ziemi, Mars

Nie inaczej jest w tej publikacji. Zachwytom nad pięknem i złożonością wszechświata przeszkadzają powtykane tu i ówdzie bezprawne „technologie”. Żeby nie być gołosłownym:
Od mniej więcej dwóch stuleci odkrycia kosmiczne zawdzięczamy połączeniu zaawansowanych technologii i ludzkiej inteligencji (s. 79).
To, z czego jest nasz kij i jaki ma kolor, zupełnie nie ma znaczenia. Ważne, by był prosty. Wystarczy wbić go w ziemię w miejscu, z którego możemy obserwować horyzont. Ponieważ stosujemy niezaawansowane technologie, kij można wbić w ziemię kamieniem (s. 79–80).
Nie mamy przecież jednak żadnych nowoczesnych technologii [jako jaskiniowcy — przyp. P.J.K.], więc nic nie rozprasza naszej uwagi (s. 80).
Lowell cierpiał na nadciśnienie (...) i jeśli połączymy tę przypadłość z wiarą we własne przekonania, to fakt, iż zaliczył on Wenus i Marsa do planet tętniących inteligentnym i technologicznie zaawansowanym życiem, raczej nie jest zaskoczeniem (s. 110).
Podobnie jest w książce innego astrofizyka, Carla Sagana, w którego słynnym Kosmosie** znajdujemy takie oto zdanie:
Nasza inteligencja i nasza technologia dała nam moc wpływania na klimat (s. 110).
Przyznaję, że sam nie w każdym jednym kontekście potrafię rozstrzygnąć, czy należy użyć słowa „technika” czy może „technologia”, ale prawdą też jest, że jeśli nie jesteśmy tłumaczami tekstów specjalistycznych, to w 98% przypadków będziemy mieć do czynienia z „techniką”. W przytoczonych wyżej wyimkach każdy z nich „technologią” skażono. Nietrudno je pod kątem redaktorskim poprawić w przyszłym wydaniu, tylko nie ma pewności, czy ktoś się w oficynach wydawniczych przejmuje takimi „drobnostkami”.
 
Gdyby kto pragnął zapoznać się z poprawnym użyciem wyrazów „technika” i „technologia”, odsyłam do pouczających artykułów prof. Łuckiego, polonistów Rokickiego i Malinowskiego czy Wojtka Żuchowskiego. W razie niedosytu polecam również u tego ostatniego lekturę innego tekstu, w którym można podpatrzeć, jak swobodnie posługiwać się słowem „technika” w praktyce.

Angielskie technology ma różne znaczenia: oprócz „techniki” i, w pewnych kontekstach, „technologii” to także „język techniczny (ew. naukowy)”, „słownictwo (nomenklatura, terminologia, nazewnictwo) techniczne”. Polskie tradycyjne „technologia” to zwykle production technology. Elements of technology (tytuł książki) przełożymy prawidłowo jako Elementy wiedzy technicznej, a new technologies oddamy jako „nowe zdobycze (osiągnięcia) techniki”, „nowości techniczne” czy „nowinki techniczne”. „Wszechobecne technologie” to poprawnie po polsku „wszechobecna technika” czy „wszechobecne gadżety”, a high technology — „najnowsze osiągnięcia (zdobycze) techniki” albo ”najnowsze gadżety”. Et cetera.

Co z naszym tytułem?
Warto zwrócić uwagę, że angielskiemu technically (speaking), jak zwraca uwagę w swej książce Arkadiusz Belczyk***, 
odpowiadają takie polskie sformułowania, jak: „formalnie (rzecz) biorąc”, „ściśle (rzecz) biorąc” czy „z formalnego punktu widzenia” (s. 168). Mimo to „technicznie rzecz biorąc” masowo stosuje się w polszczyźnie zamiast tych trzech odpowiedników (czasami nawet nabiera ono znaczenia zbliżonego do „w rzeczywistości”); niektórzy nawet mówią „ja w kwestii technicznej” zamiast „ja w kwestii formalnej”. Technically w takim znaczeniu nie ma z techniką nic wspólnego: co innego, gdy pełni funkcję przysłówka choćby w zdaniu In those days recording sound was not technically possible. Technologically zaś oddamy np. jako „pod względem technicznym” albo „od strony technicznej”. „Technicznie rzecz biorąc” nie ma związku z techniką, a w każdym razie niełatwo znaleźć kontekst, gdzie by miało. Jest to wyrażenie, dla którego nie ma miejsca w popularnonaukowej polszczyźnie; co innego w umyślnie niechlujnej albo naśladującej żywą mowę polszczyźnie literackiej — być może z takim właśnie użyciem mamy do czynienia np. u Jacka Dehnela czy Jakuba Ćwieka (choć niekiedy trudno odróżnić celowy zabieg autorski od niezamierzonego):

— Nie unosić? A co pan by zrobił na moim miejscu? Mamy umowę czy nie mamy?
— Technicznie rzecz biorąc, nie mamy. Niczegośmy nie podpisywali. (Dehnel)
Technicznie rzecz biorąc, tabliczka przed wejściem do hotelu Concorde: „Lokal wentylowany”, nie kłamała. Dawała jednak przyjezdnym złudną nadzieję, że wstępując do środka, można się schronić przed palącym egipskim słońcem. Co było kompletną bzdurą. (Ćwiek)

Tak się mówi

Na jednym z forów korektorka radzi, by „technologię” zostawić nawet w niepoprawnym kontekście, bo „tak się mówi”. Trudno zgodzić się z takim postawieniem sprawy. Mówi się przecież nawet „poszłem” czy „wogle”, ale to żaden miernik poprawności. Można by się zgodzić z tą panią pod warunkiem, że mielibyśmy do czynienia z tekstem, w którym trzeba by oddać dyletancki lub celowo nonszalancki język bohatera. Ale nie w tekstach innych. Tym mniej w publikacjach popularnonaukowych.



© Paweł Jarosław Kamiński 2021


* Neil deGrasse Tyson, Kosmiczne zachwyty, Insignis, Kraków 2018.
** Carl Sagan, Kosmos, Zysk i S-ka, Poznań 2016.
*** Arkadiusz Belczyk, Poradnik tłumacza, wyd. II, Idea, Kraków 2009.

środa, 26 maja 2021

Sajens dęba staje

Zły przekład popularyzatorskich książek o nauce sprawia, że w momentach niezamierzonych przez autora bierze mnie śmiech i jednocześnie nadchodzi refleksja o ogromie trudu i skupienia, jakich wymaga proces przekładu. A również dobrej woli, systematyczności i pracowitości, można mieć bowiem dryg, lecz przy tym zaniedbać takie elementy, jak lektury, konsultacje czy wyszukiwanie cytatów.
 
Dla laików formuła wydaje się stosunkowo prosta: znać język = umieć tłumaczyć. Tymczasem prawda wygląda tak, że tłumaczenie to odrębna kompetencja wymagająca m.in. nie lada oczytania i choćby powierzchownej znajomości wielu dziedzin (pomijam tłumaczenia specjalistyczne, to inna bajka), by w razie potrzeby wiedzieć, gdzie szukać potrzebnych wiadomości. Dlatego dobrą, ba! niezbędną praktyką w tym fachu jest czytanie, czytanie i jeszcze raz czytanie opracowań z najrozmaitszych poletek wiedzy, nigdy bowiem nie wiadomo, na jakim skrawku ludzkiej myśli przyjdzie nam w przyszłości orać (albo plewić kwiatki przy robocie redakcyjnej, poprawiając niedociągnięcia).

Na podstawie trzech książek popularnonaukowych chciałbym pokazać, jak bardzo trzeba się znać na temacie, o którym traktuje książka, jak szeroką znajomością trzeba się wykazać w dyscyplinach wszelakich i jak wielką trzeba zachować czujność na każdym kroku w procesie przekładu — inaczej fiasko i blamaż murowane. Do licznych pomyłek doprowadziło w poniższych przypadkach również lenistwo, i to nie tylko przekładowców (ich nazwiska oraz tytuły książek pozwolę sobie pominąć milczeniem), ale i redakcji.

In my mind's eye

Czytam sobie wprowadzenie, pióra Carla Sagana, do książki Hawkinga i oto natrafiam na sformułowanie „umysł boży”. Patrzę jeszcze raz na kontekst i przeczucie się potwierdza. Czytamy bowiem:
Jest to wreszcie książka o Bogu... a raczej o jego nieobecności. Słowo „Bóg” często pojawia się na tych stronicach. Hawking usiłuje znaleźć odpowiedź na słynne pytanie Einsteina, czy Bóg miał swobodę w tworzeniu wszechświata. Próbuje, jak sam stwierdza wprost, zrozumieć umysł boży.
Jeszcze na wszelki wypadek zaglądam do oryginału: Sagan pisze mind of God, które to wyrażenie polski tłumacz oddaje błędnie, i to dwukrotnie, bo również w ostatnim zdaniu zakończenia tejże książki Hawkinga pojawiają się „myśli Boga”. Mamy tu do czynienia ze sformułowaniem używanym niekiedy w dyskusjach naukowych, a które z grubsza wyraża przekonanie, że świat powstał w wyniku inteligentnego zamysłu (posłużył się tym związkiem wyrazowym choćby Einstein, z polskich uczonych używa go często m.in. kosmolog, teolog i filozof Michał Heller), toteż ma ono w polskim piśmiennictwie postać „zamysł Boży”. I druga sprawa: skąd małoliterowe „boży” we wprowadzeniu? Owszem, Sagan był agnostykiem i pod pojęciem mind of God rozumiał zapewne nie tyle Boga osobowego, co przyrodę. Będąc niewierzącym, traktował zatem mind of God jako metaforę i stąd użycie wielkiej litery, dlatego nie pojmuję, czemu tłumacz musi aż tak łopatologicznie wykładać polskiemu czytelnikowi jego światopogląd, gwałcąc zamysł tym razem nie Boży, lecz Sagana.

Isaac Newton, Portret, Vintage, Popiersie, Słynny
Co znaczy hypotheses non fingo, nie mam pojęcia
 

Niejaki Darwin

W jednej z książek nt. ewolucjonizmu teistycznego tłumacz z uporem nadaje najgłośniejszemu dziełu Darwina tytuł O pochodzeniu gatunków. Wprawdzie Darwin napisał książkę O pochodzeniu człowieka (The Descent of Man), ale polski tytuł jego opus magnum to O powstawaniu gatunków (On the Origin of Species), nie inaczej. Wszak pełne brzmienie tytułu to O powstawaniu gatunków drogą doboru naturalnego, czyli o utrzymywaniu się doskonalszych ras w walce o byt. Nie zaś O pochodzeniu gatunków drogą..., bo cóż to niby za konstrukcja w polszczyźnie? Na s. 155 zupełnie bez potrzeby pojawia się z kolei tytuł oryginalny, bez polskiego, jakby dzieła tego jeszcze u nas nie znano. Wprowadzać tytuł O pochodzeniu gatunków to, primo, tak jakby dać dziś — w jakimś opracowaniu, nie nowym przekładzie — książce Amisa Money tytuł Pieniądze (niby każdy będzie wiedzieć, o jaką powieść chodzi, a jednak absmak pozostanie), secundo, łamać reguły składniowe polszczyzny.
 
Mikołaj, Kopernik, Toruń, Pomnik, Noc
De refolutionibus — owoc posady w biurokracji

Bóg rzekł: „Niech będzie Newton!” i jasno się stało!

Wreszcie przykład ostatni, nad którym zatrzymamy się znacznie dłużej. Książka skądinąd niezwykle zajmująca i dająca do myślenia. Poświęcona sporowi między nauką a religią, między stworzeniem a ewolucją, między światopoglądem biblijnym a ateistycznym. Żenieniu biblijnego teizmu z ewolucjonizmem. Trafiająca w punkt. Dotykająca sedna sprawy. Sięgająca fundamentu tegoż sporu, a mianowicie definicji, metodologii, paradygmatu i założeń nauki. Filozofia nauki tout court.
 
Cóż z tego, skoro przekład psuje lekturę książki od pierwszych stron, i to do tego stopnia, że ma się ochotę wyrzucić ją do kosza. Zniesmaczają bynajmniej nie autorskie przemyślenia, lecz ich polska wersja. Najpierw tłumacz wypacza cytat z Newtona, przekładając hypoteses (!) non fingo jako „Nie mam pojęcia”, mimo że tekst angielski mówi I feign no hypotheses, co polski przekład dzieła wielkiego fizyka oddaje jako „nie stawiam żadnych hipotez na ten temat” (I. Newton, Matematyczne zasady filozofii naturalnej, przeł. S. Brzezowski, Copernicus Center Press, Kraków 2020, s. 685–686). Można to zdanie przełożyć inaczej, np. „hipotez nie wymyślam” lub „hipotez nie tworzę” (zob. E. Olszewski, O poglądach Newtona na hipotezy, „Kwartalnik Historii Nauki i Techniki” 1974, 19/1, s. 170), ponieważ ma ono swoją historię w świecie nowożytnej nauki. O dziwo, tę samą frazę w przypisie tłumacz oddał już w miarę poprawnie: nie chcę snuć hipotez (w miarę, albowiem woli w oryginale nie uświadczymy).

Na innym miejscu czytamy o „cieplnym płynie zwanym cieplikiem” (poprawnie: fluid ciepła zwany cieplikiem) i „światłoprzewodzącym eterze” (światłonośny eter). O Koperniku dowiadujemy się, że „zajmował ciepłą posadę w kościelnej biurokracji w Polsce”. „Posada w biurokracji” to prawie poetycka kolokacja. Takich pęknięć jest w tekście cała masa.
 
Kuleje też ortografia: w wielu miejscach przymiotnik „Newtonowski” zastępowany jest postacią „newtonowski”, a przecież to nie to samo (identyczny los spotyka w tekście przymiotnik „Darwinowski”), oraz idiomatyka: na s. 164 czytamy o „nihilistycznej wizji egzystencji, w której pies pożera psa” (dog eat dog).
 
Hilary'emu Putnamowi tłumacz uparcie zmienia płeć, a nawet nazwisko, na jednym miejscu czytamy bowiem o niejakiej Hilary... Putman.
 
Doskwiera próba transkrypcji z hebrajskiego, tłumacz bowiem niefrasobliwe przepisał transkrypcję angielską: biblijne tohu wawohu („pustkowie i chaos”; Rdz 1,2 Biblia warszawska) przybiera formę tohu vbohu, a zamiast pochodzących z przekleństwa kobiety iccawon (cierpienie) i ecew (ból) znajdujemy itzewon i etzew (Rdz 3,16). Każdy język ma własne reguły transkrybowania wyrazów z języków zapisywanych innym alfabetem, w tym z hebrajszczyzny, a literę cadi oddajemy jako polskie „c”.
 
Pojawiają się też psujące efekt literówki w nazwach własnych, no bo kto by się przejmował sczytaniem tekstu? Mamy więc w tekście dzieło Galileusza Siderus Nuncius zamiast Sidereus nuncius (tu prócz chochlika drukarskiego wkradł się błąd ortograficzny), nazwisko (Larry) Laudan kilka linijek dalej przyjmuje formę Lauda, a przełomowe, wiekopomne dzieło naszego krajana nosi w pewnym miejscu tytuł De refolutionibus.

Wyimek z książki Michaela Polanyiego przybiera postać: „Rola, jaką odgrywają nowe obserwacja i eksperymenty w procesie odkrywania w nauce, jest zazwyczaj zbyt wysoko oszacowana. Popularne spojrzenie naukowców cierpliwie gromadzących obserwacje, nieuprzedzonych na gruncie teorii, aż do skutecznego ustalenia szerokiej nowej generalizacji, jest z gruntu fałszywe”. Sformułowanie „nowe obserwacja i eksperymenty” nie brzmi fortunnie, a „zbyt wysokie oszacowanie” to nader nieudana próba oddania czasownika over-estimate. Cały fragment nie mówi o fałszywości spojrzenia naukowców, tylko opinii publicznej, no i popular nie zawsze znaczy „popularny”.
 
Jaki oryginał się za tym kryje? The part played by new observations and experiment in the process of discovery in science is usually over-estimated. The popular conception of the scientist patiently collecting observations, unprejudiced by any theory, until finally he succeeds in establishing a great new generalization, is quite false.
 
Spróbujmy przełożyć: „Na ogół przecenia się rolę nowych obserwacji i eksperymentów w procesie odkrycia naukowego. Powszechne mniemanie, jakoby naukowiec był osobą wolną od uprzedzeń teoretycznych, która cierpliwie gromadzi kolejne obserwacje, aż dokona nowego, wspaniałego uogólnienia, jest całkowicie fałszywe”.

To samo przytrafia się następnemu zdaniu z Polanyiego: „Cała ta nowa wiedza o przyrodzie została uzyskana jedynie przez ponowne rozważanie znanych zjawisk w nowym kontekście, który zaczęto postrzegać jako bardziej racjonalnych i bardziej realny” (All this new knowledge of nature was acquired merely by the reconsideration of known phenomena in a new context which was felt to be more rational and more real), czyli po polsku: „Całą tę wiedzę o przyrodzie zdobyto wyłącznie na drodze ponownego namysłu nad znanymi zjawiskami, tyle że w nowym kontekście, uznanym za bardziej racjonalny i bliższy prawdzie”. Real nie zawsze znaczy „realny”, a przekład znacząco odrealnia sens słów znanego chemika i filozofa. Swoją drogą to już druga, obok popular, kalka, i to z jednej i tej samej strony.

Polanyi nie ma szczęścia i w kolejnym cytacie, gdzie mowa o regułach weryfikacji eksperymentalnej: tłumacz oddaje reproducibility of results jako „powtarzalność rezultatów” zamiast „odtwarzalność wyników”.

Niektóre fragmenty są kompletnie niezrozumiałe:
  • „To ma zatem wyglądać prawda?” (s. 81).
  • „Jesteśmy zmuszeni przez nasze a priori oddanie materialnej przyczynowości tworzyć aparat badawczy (...)” (s. 120).
 
„Bardzo wiele odkryć, które pojawiają się w akademickim eterze, jest wynikiem (...)”, czytamy w przekładzie wyimka z pewnego artykułu. Mamy tu do czynienia z kolejną kalką, chodzi bowiem o metaforę eteru, która w polszczyźnie nie prezentuje się wdzięcznie: należało napisać coś w rodzaju „w akademickim świecie (lub światku)” albo wręcz „w świecie nauki”.

Jeszcze inny cytat poprzedzony jest następującymi słowami: „Alfred North Whitehead napisał nieco niepoważnie (...)”. Polska frazeologia podpowiada: napisać w nieco żartobliwym tonie, ująć rzecz nieco żartobliwie, humorystycznie, z (lekkim) przymrużeniem oka, półżartem, półżartobliwie.

Uprasza się o niewyważanie otwartych drzwi

A oto i kolejna arcyciekawa rzecz niegodna naśladowania: tłumacz, natrafiając na cytaty z różnych autorów, nie przepisuje ich z polskich przekładów, lecz wszystko jak leci bierze na własny warsztat. Błąd w sztuce. Zarzuty kieruję w równym stopniu pod adresem redaktora.
 
Jednym z prawideł sztuki translatorskiej jest sięganie w takich przypadkach do istniejących przekładów i przytaczanie właśnie ich, a nie proponowanie własnych. Wyjątek stanowią sytuacje, gdy polskie tłumaczenie jest słabo wykonane lub nie oddaje niuansów, na które akurat chce zwrócić uwagę autor danej książki. Wtedy tłumacz może się czuć rozgrzeszony. W tym przypadku przekładowca jednak nie może się usprawiedliwić szczególnym kontekstem, który wymuszałby takie posunięcie: wszystkie przytoczenia przekłada samodzielnie na nowo, wyważając otwarte drzwi i dodatkowo nieraz kalecząc sens poszczególnych fragmentów. Wyimki z pism takich myślicieli, naukowców, poetów i prozaików, jak Kopernik, Dawkins, Newton, Feyerabend, Kuhn, Hume, Arystoteles, Platon, Tarnas, Kant, Dostojewski, Camus, Rilke, Lukrecjusz, Heidegger, Sagan, Russell, Hawking, Foucault, Bultmann, Nietzsche, Pascal, Szekspir, Lakatos, Dante, Popper — wszystkie podane są czytelnikowi w świeżej wersji naszego tłumacza.
 
Bezpardonowo zadał gwałt takim myślicielom i uczonym. Posiniaczył ich dzieła, nie bacząc na czytelnika. Tam zaś, gdzie nawet całkiem sprawnie oddał ich myśl, popełnił wykroczenie wobec poprzedników z translatorskiej branży, sugerując, że jest pierwszym odkrywcą genialnych wyrozumowań poszczególnych badaczy lub filozofów. Jakby eksplorował nieznane tereny myśli ludzkiej i objawiał je światu, jakby odnalazłszy zaginione dzieła dawał ludzkości możliwość ujrzenia bijącego z nich światła. Redakcja najwyraźniej widnieje w stopce wyłącznie pro forma. Prześledźmy rzecz na trzech przykładach:
Popper: „[można] przypisać hipotezie pewne prawdopodobieństwo — przypuszczalnie niezbyt precyzyjne — na podstawie oszacowania stosunku liczby prób, których wyniki pasują do niej, do całkowitej liczby prób, które jeszcze nie zostały podjęte. Ale ten sposób także prowadzi do nikąd [sic!]. Choć taki szacunek — jak to się zresztą często dzieje — można precyzyjnie wyliczyć, a wynik będzie zawsze taki sam: prawdopodobieństwo wynoszące zero”.
Tymczasem przewód myślowy autora wygląda w istocie tak: „Jeden [wybieg] polegałby na przypisaniu hipotezie pewnego prawdopodobieństwa — zapewne niezbyt ścisłego — w oparciu o estymację stosunku wszystkich testów, przez jakie przeszła hipoteza, do wszystkich testów, których jeszcze nie dokonano. Jednakże również i ta droga prowadzi donikąd. Tak się bowiem składa, iż estymację ową podać można dokładnie i w wyniku zawsze otrzymamy prawdopodobieństwo zerowe” (K. Popper, Logika odkrycia naukowego, przeł. U. Niklas, PWN, Warszawa 1977, s. 207).
Newton: „Do tej pory nie byłem w stanie obliczyć na podstawie zjawiska powodów takich własności grawitacji, a nie chcę snuć hipotez. Cokolwiek nie jest wyliczone ze zjawiska, musi być nazwane hipotezą, a hipotezy, czy to metafizyczne, czy fizyczne, jak również oparte na cechach okultystycznych czy mechanicznych, nie mają zastosowania w filozofii eksperymentalnej. W filozofii eksperymentalnej założenia są dedukowane ze zjawiska i generalizowane przez indukcję”.
Tekst natomiast mówi: „Jak dotąd jednak nie zdołałem na podstawie zjawisk naturalnych wyjaśnić przyczyn własności grawitacji, i nie stawiam żadnych hipotez na ten temat. Jako że wszystko, co nie jest wyprowadzone ze zjawisk naturalnych, winno być nazwane hipotezą, a dla hipotez, czy to metafizycznych, czy fizycznych, zarówno magicznej natury, jak i mechanicznej, nie ma miejsca w fizyce doświadczalnej. W ramach tej fizyki poszczególne tezy są wyprowadzane z doświadczenia, a później uogólniane drogą indukcji” (I. Newton, dz. cyt., s. 685–686).
Kopernik: „Jako że nowina hipotezy tego dzieła — hipotezy wprawiającej Ziemię w ruch i umieszczającej nieruchome Słońce w centrum Wszechświata — zyskała już znaczny rozgłos, nie wątpię, że niektórzy erudyci zgorszyli się mocno i pomyśleli, że nie jest dobre wprowadzanie zamieszania w liberalne dyscypliny, które od dawna są właściwie uporządkowane”.
Jak brzmi klasyczny polski przekład dzieła? „Nie wątpię, że niektórzy uczeni rozszerzoną wieścią o nowości hipotezy dzieła tego, że ziemia biegowi podlega, a słońce w środku świata nieporuszone stoi, mocno są obrażeni i utrzymują, że nauk wyzwolonych, gruntownie już ustalonych, odmieniać się nie godzi” (M. Kopernik, O obrotach ciał niebieskich, przeł. J. Baranowski, Drukarnia Stanisława Strąbskiego, Warszawa 1854, s. 1). Nie ma mowy o żadnych erudytach (fi donc!), liberalnych dyscyplinach (o artes liberales, sztukach wyzwolonych, się nie słyszało?), a i z dzisiejszej perspektywy obecna w przekładzie Baranowskiego patyna nadaje jego tłumaczeniu dodatkowego waloru. Powtórzmy za powyższym cytatem: rzeczy już ustalonych „odmieniać się nie godzi”.
 
Idąc konsekwentnie obraną drogą, tłumacz w tekście głównym serwuje nam oryginalne, angielskie tytuły tak znaczących dzieł, jak Struktura rewolucji naukowych Kuhna czy Dzieje umysłowości zachodniej Tarnasa. I podobnie jak w poprzedniej publikacji, zderzamy się z tytułem O pochodzeniu gatunków niejakiego Darwina.

Pośpiech w przygotowywaniu książki musiał być niebywały, gdyż wiem, że wydawnictwo (i tłumacza) stać na znacznie wyższy poziom ogłaszanych drukiem publikacji. Ale w tej — cuda, cuda ogłaszają!


© Paweł Jarosław Kamiński 2021