Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przekłady własne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przekłady własne. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 14 września 2025

METALLICA ― Master of Puppets

Wzięło mnie ostatnio na odkopywanie staroci. Nie lubię zaległych spraw translatorskich – siedzą z tyłu głowy i podgryzają zwoje mózgowe, nie dając spokoju. Czasem przez całe lata. Niedawno, ryjąc szpadlem, wygrzebałem Shape of My Heart Stinga, teraz przyszła kolej na ikonę metalu.

Pierwszą zwrotkę słynnego utworu z legendarnego w metalowym światku thrashowego albumu (nagranego jeszcze z Cliffem Burtonem) przełożyłem wraz z refrenem w czerwcu 2015. I oto parę dni temu, w ramach porządków, pomyślałem sobie, że dobrze byłoby po latach domknąć temat. Poza jednym słowem nic w dotychczasowym translacie nie zmieniałem, a resztę tekstu udało się w miarę sprawnie przełożyć do końca. Robota nie należała do łatwych z uwagi m.in. na a) bezlitosny wewnętrzny imperatyw meliczności (więcej o tym poniżej), b) sporo rymów męskich, nie przepadających za polszczyzną, c) rozsiane tu i ówdzie rymy wewnętrzne. W rezultacie metafory czy obrazowanie różnią się gdzieniegdzie od tych w oryginale, ale wszystko mieści się w granicach standardu przyzwoitości, jeśli chodzi o tłumaczenie utworów poetyckich (a piosenki traktuję pod kątem przekładu jak poezję).

Po intensywnej gimnastyce szarych komórek temat uznaję za zamknięty. Jakoś lżej 
teraz na duszy. Uff...

Jak już przy okazji utworu Stinga pisałem, w polskiej przestrzeni publicznej dominują dwa rodzaje tłumaczeń tekstów piosenek:

  1. Odklejone. Całkowicie odchodzą od oryginału. Zostają tylko główne motywy bądź ogólny zarys pierwotnej historii. Giną: obrazowanie, metafory, porównania itd. Ba, niejednokrotnie tekst przekładu nie ma żadnego związku z oryginałem. Powstaje zupełnie coś nowego. Przykłady: ☛ Sen o dolinie Budki Suflera vs Ain't No Sunshine Billa Withersa czy La Isla Bonita Krzysztofa Antkowiaka vs utwór Madonny. Właściwie trudno tu mówić o przekładzie, w najlepszym razie mamy do czynienia z adaptacją.

  2. Filologiczne. To przekłady dosłowne. Niekiedy na sposób komiczny lub infantylny. Wyroby czekoladopodobne. Mają dać polskiemu odbiorcy najlepszy ogląd tego, o czym traktuje oryginał, tymczasem w rzeczywistości pozbawiają tłumaczenie kluczowego waloru meliczności, tym samym odzierając je przeważnie z wszelkiego wdzięku i smaku. Vide ☛ publikacje oficyny wydawniczej InRock zbierające teksty z wielu płyt danego zespołu (The Doors, Metallica, Depeche Mode, Pink Floyd).

    Jako nastolatek korzystałem z kilku podobnie opracowanych książeczek, tyle że zawierających teksty z jednego krążka danego boysbandu (pamiętam Leprosy Death i Tombs of the Mutilated Cannibal Corpse). Wydawano je w połowie lat 90.: na verso widniał oryginał, na recto tłumaczenie.

    Nie powiedziałbym, aby autorzy przekładów tego typu się wykazywali. Czasem wychodzi im beznadziejnie, czasem miernie, czasem co najwyżej słabo. Świetnie ani przyzwoicie – bodaj nigdy. Zresztą takie podejście do tłumaczenia piosenek siłą rzeczy nie daje wielkiego pola do popisu. No i nikt nie prosi o „uwzględnienie” w przekładach meliczności ☛ czytaj: tłumaczom nikt za taką robotę nie płaci. Dlaczego? Ano pewnie dlatego, że nie ma popytu na takie publikacje. Wydawcy doskonale zdają sobie sprawę, że znakomita większość osób słuchających muzyki zadowala się w tej materii absolutną mizerią (patrz poniższy akapit; poza tym w dobie AI wystarczy wrzucić w chata GPT oryginał, by po kilku sekundach wypluł z siebie produkcje, których jakość w przybliżeniu dorównuje takim płodom. Ogółowi to wystarcza). Kto to, panie, kupi? Pies z kulawą nogą.
(Zasłonę milczenia spuszczę na szokująco dosłowne tłumaczenia, dokonywane przez dyletantów, którzy swoimi grafomańskimi produkcjami dokonują na utworze bestialskiego mordu, zaśmiecając internet. I de facto to one królują w sieci, zwłaszcza w serwisach w rodzaju YouTube czy Tekstowo).

Nie odpowiada mi żadne z tych dwóch podejść. Przekład piosenki (także utworu zespołu metalowego) musi dać się zaśpiewać  to jego, mówiąc za Barańczakiem, dominanta translatorska. Bez spełnienia tego warunku trudno mówić o udanym tłumaczeniu. Dlatego nie interesowała mnie adaptacja ani wysuszona na wiór białowierszowa wersja filologiczna.

Że inaczej się nie da? Bynajmniej. Droga pośrednia istnieje, choć – nie powiem – stroma a wyboista jak diabli.

Poniżej owoc mojej pracy. Aby ocenić jego jakość, dobrze jest nucić sobie polski tekst razem z Jamesem Hetfieldem. Żałuję tylko, że wyrażenie „władca marionetek” zdołałem ocalić wyłącznie w tytule. Ale sami rozumiecie – aż sześć (!) sylab to granica nie do przeskoczenia w tych krótkich, wyszczekiwanych linijkach. A inny odpowiednik, rzecz oczywista, nie wchodził w rachubę.

Aha, jeszcze jedno: meliczność nie oznacza, że liczba sylab musi być dokładnie taka jak w oryginale; nie chodzi o ścisłą ekwiwalencję sylabotoniczną 1:1. W niektórych linijkach muzyka pozwala na pewne odstępstwa (zresztą nawet w oryginale nie jest idealnie: we fragmencie Master, master. You promised only lies zaimek you powoduje pewne sylabotoniczne zaburzenie). Chodzi o to, by przekład można dało się zaśpiewać naturalnie do muzyki, w sposób możliwie jak najbardziej zbliżony  choć niekoniecznie identyczny  do oryginalnego wykonania. Dlatego dla tych, którzy utwór znają, najlepiej sprawdzić przekład, śpiewając go do wersji instrumentalnej. Dla reszty zaś polecam wersję tradycyjną, czyli z wokalem.
 

METALLICA
Master of puppets / Władca marionetek

End of passion play, crumbling away
I'm your source of self-destruction
Veins that pump with fear, sucking darkest clear
Leading on your death's construction
Gra skończyła się, wpadłeś w sidła me
Umrzesz wnet, moja w tym głowa
W żyły wlewasz smog, strach i gęsty mrok
Śmierć o krok, już się nie schowasz

Taste me, you will see
More is all you need
You're dedicated to
How I'm killing you
Spróbuj moich warg
Będziesz więcej chciał
Sam pomagasz mi
Życie wykraść ci


Come crawling faster
Obey your master
Your life burns faster
Obey your master
Master
Master of puppets, I'm pulling your strings
Twisting your mind and smashing your dreams
Blinded by me, you can't see a thing
Just call my name, 'cause I'll hear you scream
Master, master
Just call my name, 'cause I'll hear you scream
Master, master
Zegnij kolana
Słuchaj się pana
Jak knot się spalasz
Słuchaj się pana
Pana
Ciągnę za sznurki, robię, co chcę
Mózg ci szatkuję, marzenia tnę
Ślepy, nie widzisz, co dzieje się
Wezwij mnie tylko, a usłyszę cię
Panie, panie!
Wezwij mnie tylko, a usłyszę cię
Panie, panie!


Needlework the way, never you betray
Life of death becoming clearer
Pain monopoly, ritual misery
Chop your breakfast on a mirror
Wierny pompce swej, nie myśl, tylko grzej
Żywy trup, wkrótce nie wstaniesz
Cierpisz, bo tak chcę, ślepo wielbisz mnie
Ładuj krechę na śniadanie

Taste me, you will see
More is all you need
You're dedicated to
How I'm killing you
Spróbuj moich warg
Będziesz więcej chciał
Sam pomagasz mi
Życie wykraść ci

Master, master. Where's the dreams that I've been after?
Master, master. You promised only lies
Laughter, laughter. All I hear and see is laughter
Laughter, laughter. Laughing at my cries
Fix me!
Panie, panie, gdzie twe ziemie obiecane?
Panie, panie, ściem cuchnący gnój
Grzanie, grzanie, życie całkiem już przegrane
Grzanie, grzanie, wkoło szyderstw rój
Szpryca!

Hell is worth all that, natural habitat
Just a rhyme without a reason
Never-ending maze, drift on numbered days
Now your life is out of season
Piekłem taki raj, wart jest tego haj
Gdzie sprzedałeś swe marzenia?
Coraz głębiej brniesz, żyjesz niczym zwierz
Puste życie bez wytchnienia


I will occupy
I will help you die
I will run through you
Now I rule you, too
Nie wypuszczę z rąk
Czerpię rozkosz z mąk
W plecy wbiję nóż
Moim jesteś już


© Paweł Jarosław Kamiński 2025 (aktualizacja: 15.09.2025)

niedziela, 7 września 2025

STING ― Shape of My Heart

Zabrałem się do przekładu tego utworu w roku 2012. Potem nastąpiła pięcioletnia przerwa, a poprawić licho brzmiących bądź rażąco odmiennych od oryginału paru linijek i tak nie zdołałem, tym bardziej że piosenka narzuca formie rygor rymów męskich, co znacznie podnosi poprzeczkę; no i ten naszpikowany dwuznacznościami refren  nie lada zagwozdka. Podobnie było w 2021 i 2023. Wreszcie teraz coś drgnęło i pozwoliło skruszyć twardy orzech translatorski, chociaż warunki ku temu najmniej sprzyjające: po domu hasają dwa pocieszne szkraby, które w ciągu dnia nie dają złapać tchu. Kosztem snu udało się w dwa wieczory wyrwać dla siebie kilka dłuższych chwil, by na nowo przyjrzeć się zapóźnionemu tłumaczeniu (nocny dyżur z powodu choroby fąfli – paradoksalnie – przysłużył się sprawie). Niektóre wersy wygładziłem, inne dość mocno przerobiłem, jeszcze inne przybrały zupełnie nowe oblicze. Zaległość nadrobiona.

W polskiej przestrzeni publicznej dominują dwa rodzaje tłumaczeń tekstów piosenek:

  1. Odklejone. Całkowicie odchodzą od oryginału. Zostają tylko główne motywy bądź ogólny zarys pierwotnej historii. Giną: obrazowanie, metafory, porównania itd. Ba, niejednokrotnie tekst przekładu nie ma żadnego związku z oryginałem. Powstaje zupełnie coś nowego. Przykłady: ☛ Sen o dolinie Budki Suflera vs Ain't No Sunshine Billa Withersa czy La Isla Bonita Krzysztofa Antkowiaka vs utwór Madonny. Właściwie trudno tu mówić o przekładzie, w najlepszym razie mamy do czynienia z adaptacją.

  2. Filologiczne. To przekłady dosłowne. Niekiedy na sposób komiczny lub infantylny. Wyroby czekoladopodobne. Mają dać polskiemu odbiorcy najlepszy ogląd tego, o czym traktuje oryginał, tymczasem w rzeczywistości pozbawiają tłumaczenie kluczowego waloru meliczności, tym samym odzierając je przeważnie z wszelkiego wdzięku i smaku. Vide ☛ publikacje oficyny wydawniczej InRock zbierające teksty z wielu płyt danego zespołu (The Doors, Metallica, Depeche Mode, Pink Floyd).

    Jako nastolatek korzystałem z kilku podobnie opracowanych książeczek, tyle że zawierających teksty z jednego krążka danego boysbandu (pamiętam Leprosy Death i Tombs of the Mutilated Cannibal Corpse). Wydawano je w połowie lat 90.: na verso widniał oryginał, na recto tłumaczenie.

    Nie powiedziałbym, aby autorzy przekładów tego typu się wykazywali. Czasem wychodzi im beznadziejnie, czasem miernie, czasem co najwyżej słabo. Świetnie ani przyzwoicie – bodaj nigdy. Zresztą takie podejście do tłumaczenia piosenek siłą rzeczy nie daje wielkiego pola do popisu. No i nikt nie prosi o „uwzględnienie” w przekładach meliczności ☛ czytaj: tłumaczom nikt za taką robotę nie płaci. Dlaczego? Ano pewnie dlatego, że nie ma popytu na takie publikacje. Wydawcy doskonale zdają sobie sprawę, że znakomita większość osób słuchających muzyki zadowala się w tej materii absolutną mizerią (patrz poniższy akapit; poza tym w dobie AI wystarczy wrzucić w chata GPT oryginał, by po kilku sekundach wypluł z siebie produkcje, których jakość w przybliżeniu dorównuje takim płodom. Ogółowi to wystarcza). Kto to, panie, kupi? Pies z kulawą nogą.
(Zasłonę milczenia spuszczę na szokująco dosłowne tłumaczenia, dokonywane przez dyletantów, którzy swoimi grafomańskimi produkcjami dokonują na utworze bestialskiego mordu, zaśmiecając internet. I de facto to one królują w sieci, zwłaszcza w serwisach w rodzaju YouTube czy Tekstowo).

Nie odpowiada mi żadne z tych dwóch podejść. Przekład piosenki musi dać się zaśpiewać  to jego, mówiąc za Barańczakiem, dominanta translatorska. Bez spełnienia tego warunku trudno mówić o udanym tłumaczeniu. Dlatego nie interesowała mnie adaptacja ani wysuszona na wiór białowierszowa wersja filologiczna.

Że inaczej się nie da? Bynajmniej. Droga pośrednia istnieje. Wprawdzie ostateczny kształt podszytych głębszymi refleksjami potyczek podmiotu lirycznego przy zielonym stoliku nie do końca mnie satysfakcjonuje w ogólnym rozrachunku, a także w paru szczegółach (choćby kulturowo znacząca „święta geometria”, która w przekładzie nie ocalała), ale postanowiłem już więcej nie dłubać. Trzeba znać proporcjum.

A skoro sprawa zamknięta, efekt przedstawiam P.T. Czytelnikom niniejszego bloga. Najlepiej ocenić, nucąc sobie tekst razem ze Stingiem, a najlepiej do wersji instrumentalnej utworu, aby uwolnić się od sztywnego rytmu sylab w oryginale. Liczba sylab w wielu miejscach odbiega od oryginału, jednak bez szkody dla meliczności, gdyż piosenka z uwagi na sporą sylabotoniczną elastyczność pozwala do pewnego stopnia manewrować frazą – miejscami skracać ją lub wydłużać – dzięki czemu przekład spokojnie da się wyśpiewać. Zresztą – sprawdźcie sami.


Shape of My Heart / Serca krój

He deals the cards as a meditation
And those he plays never suspect
He doesn’t play for the money he wins
He doesn’t play for respect
Rozdając karty, kontempluje
I żaden z graczy nie wie, że
On nigdy nie gra dla uznania
Dla niego zysk nie liczy się

He deals the cards to find the answer
The sacred geometry of chance
The hidden law of a probable outcome
The numbers lead a dance
Rozdając karty, szuka prawdy
Przypadkowości świętych praw
Skrytej reguły losowości
Tu rządzi liczb obłędny tan


I know that the spades are the swords of a soldier
I know that the clubs are weapons of war
I know that diamonds mean money for this art
(But) that’s not the shape of my heart
Wiem, że pikami w bitwie się wojuje
Z żołędziem w tarczy wyrusza w bój
Dzwonki jak pieniądz dźwięczą wdzięcznie
(Lecz) me serce ma inny krój


He may play the jack of diamonds
He may lay the queen of spades
He may conceal a king in his hand
While the memory of it fades
Może jopka puścić karo
Może damę wino zgrać
Może też mieć na ręku króla
Liczy się sama gra

And if I told you that I loved you
You’d maybe think there’s something wrong
I’m not a man of too many faces
The mask I wear is one
Gdybym ci wyznał swoją miłość
Szukałabyś drugiego dna
Nie dla mnie żadne maskarady
Tę jedną maskę mam

Well, those who speak know nothing
And find out to their cost
Like those who curse their luck in too many places
And those who fear are lost
Kto wiele mówi, ten nic nie wie
I cenę tego pozna wnet
Jak ten, co wiecznie los przeklina
Kto boi się, przegrany jest



© Paweł Jarosław Kamiński 2025 (aktualizacja: 14.09.2025)


środa, 9 sierpnia 2023

H.P. Lovecraft ― OGAR

Utwór, w którym po raz pierwszy pojawia się mroczna księga Necronomicon. Czy Ogar napisany został jako pastisz, na co mogłyby wskazywać pewne zabiegi stylistyczne? Tak czy inaczej zapraszam do lektury Psa Baskerville’ów z pieprzem (lub jak kto woli: w wersji hardcore). Podobnie jak w przypadku wcześniejszego o kilka lat opowiadania Dagon narrator nie jest pewien własnych zmysłów i podobnie jak tam szuka zapomnienia w... zresztą zobaczcie sami.



OGAR

I

W skołatanych uszach bez ustanku słyszę koszmarny furkot i łopot i nikłe ujadanie z dali jakby olbrzymiego ogara. Nie jest to sen, ba, nie jest też, obawiam się, obłąkanie: zbyt wiele już się wydarzyło, żebym się bałamucić miał takimi nadziejami. Z St. Johna został aby zmasakrowany zewłok; ja jeden znam przyczynę i palnę sobie przez tę wiedzę w łeb, bojąc się, że i mnie spotka to samo. Bezkresem mrocznych korytarzy niesamowitej wyobraźni wmyka się czarna plazma Nemezys, wiodącej mnie w samozatratę.

Oby niebiosa wybaczyły głupotę i chorobliwą fascynację śmiercią, które nam obu zgotowały tak potworną dolę! Zblazowani szarzyzną banalnego świata, gdzie rychło powszednieje nawet radość romansu i przygody, z zapałem śledziliśmy z St. Johnem każdy estetyczny i intelektualny nurt obiecujący odskocznię od trawiącej nas nudy. Zagadki symbolistów, ekstazy prerafaelitów — wszystkichśmy w ich czasie zaznali, lecz każdy nowy prąd nader się szybko wypłukiwał ze sprawiających uciechę świeżości i uroku. Dłużej zatrzymać nas mogła aby mroczna filozofia dekadentów, siłę której odkryliśmy li tylko w pogłębianiu jej diabolicznych otchłani. Baudelaire i Huysmans szybko nas przestali roznamiętniać, aż zostały same bezpośredniejsze podniety przeciwnych naturze osobistych doznań i przygód. I właśnie ta straszna potrzeba emocjonalna koniec końcem powiodła nas obrzydłą ścieżką, którą nawet teraz, w trwodze, wspominam ze wstydem i nieśmiało: na okropny szczyt bezeceństwa: w szkaradny proceder łupienia grobów.

Nie potrafię wyjawić w szczegółach naszych szokujących wypraw ani bodaj po części wymienić najpaskudniejszych trofeów zdobiących nieopisanie ohydne muzeum, które urządziliśmy w wielkim domu z kamienia, gdzieśmy mieszkali sami i bez służby. Muzeum było bluźnierczym, nieprawdopodobnym miejscem, w którym, dla pobudzenia wynudzonych zmysłów, z satanicznym smakiem neurotycznych koneserów zgromadziliśmy wionące grozą świadectwa zepsucia. Głęboko pod ziemią urządziliśmy to kryjome pomieszczenie, gdzie z wyszczerzonych paszcz potężnych, odrobionych w bazalcie i onyksie skrzydlatych demonów bluzgało nieziemskie zielone i pomarańczowe światło, a skryte rury pneumatyczne marszczyły kontury rzuconej na czarne, sute kotary czerwieni trupiego korowodu, wprawiając go w kalejdoskopiczne tańce śmierci. Z rur ziały wonie, którychśmy, podług nastroju, najbardziej zapragnęli: już to odór bladych lilii cmentarnych, już to narkotyczne aromaty imaginowanych wschodnich świątyń, gdzie spoczywają martwi króle, już to — jakże się wzdrygam na to wspomnienie! — straszliwe, targające jestestwem fetory rozkopanej mogiły.

Pod ścianami wstrętnego pomieszczenia stały gabloty ze starożytnymi mumiami, ułożonymi na przemian z pięknymi, doskonale wedle prawideł sztuki spreparowanymi ciałami, które wyglądały jak żywe, oraz z kamieniami nagrobnymi, wykradzionymi z najstarszych cmentarzów świata. W nyżach miejscami leżały czaszki wszelkich kształtów i głowy zachowane w różnym stanie rozkładu. Były również gnijące, łyse czerepy sławnych arystokratów tudzież świeże, lśniące złociście łebki tylko co grzebanych dzieci. Do tego posągi i malowidła, wszystkie o tematyce diabolicznej, co poniektóre naszego autorstwa. Zamykana na klucz teka, oprawna w ciemną człowieczą skórę, zawierała nieznane, niewymowne ryciny, które sporządził ponoć sam Goya, nie śmiał jednak się do nich przyznać. Mieliśmy także mdlące instrumenty muzyczne — strunowe, blaszane i drewniane — z których niekiedy dobywaliśmy wybornie ponure i upiornie demoniczne dysonanse; nadto bezlik inkrustowanych kabinetów z hebanu, kryjących arcyniewiarygodną i niewyobrażalną rozmaitość grobowych łupów, naznoszonych wskutek ludzkiego obłędu i wynaturzenia. Nie mogę mówić zwłaszcza o tych ostatnich zdobyczach: dzięki Bogu odważyłem się je unicestwić na długo przed tym, nim pomyślałem o uczynieniu tegoż z sobą.

Grabieżcze eskapady, na których zbieraliśmy zakazane skarby, były zawsze niezatartymi wydarzeniami artystycznymi. Nie liczyliśmy się do pospolitych hien cmentarnych: rabowaliśmy aby w konkretnych warunkach, zakreślonych usposobieniem, pejzażem, otoczeniem, pogodą, porą i światłem księżyca. Że rozrywki takie były dla nas najwykwintniejszą formą estetycznej ekspresji, przetośmy dbali o detale z wszystką pieczołowitością. Pora dnia nie ta, irytujący efekt świetlny albo niezręczne rozgrzebywanie wilgotnej darni omal całkiem zniweczyłyby ekstatyczną podnietę, która nas ogarniała po wydarciu ziemi tego czy innego sekretu wykrzywionego w złowieszczym grymasie. Poszukiwaniom nowych scenerii, jak też emocjonujących okoliczności towarzyszyły gorączka i nienasycenie: prym nieodmienne miał St. John i to on powiódł nas w końcu ku temu zatraconemu miejscu, co sobie z nas zadrwiło, gotując obu okropny, nieunikniony los.

Jakie złowrogie fatum nas zmamiło na ów potworny cmentarz w Holandii? Bodajże mroczna pogłoska i legendy o pochowanym przed pięcioma wiekami człeku, który w swym czasie także łupił był trupy i wykradł z potężnego grobowca przedmiot o wielkiej mocy. Przypominam sobie ostatnie chwile tamtej sceny: zbladły jesienny księżyc ponad grobami, rzucający smugi budzących grozę cieniów; groteskowe drzewa zwieszające sępnie gałęzie ku zapuszczonej trawie i kruszejącym płytom; nad wyraz duże nietoperze, rojące się na tle księżyca; stary, obluszczony kościół, monstrualnym, widmowym paluchem godzący w zsiniałe niebo; fosforyczne owady, których pląsy w odległym rogu pod cisami przypominały błędne ogniki; zapachy ziemi, roślinności i mniej znajomych rzeczy mieszające się po trosze z nocnym wiatrem znad odległych mokradeł i mórz; i najgorsze z wszystkiego — nikłe, basowe ujadanie olbrzymiego ogara, któregośmy ani widzieli, ani potrafili umiejscowić. Wzdrygnęliśmy się na ten odgłos, przywołując na pamięć opowieści wieśniaków, osobnik bowiem, którego szukaliśmy, został kilkaset lat temu znaleziony w tymże miejscu rozszarpany i zmasakrowany pazurami i kłami nieopisanej bestii.

Pomnę, jakeśmy ryli szpadlami grób tej hieny, podekscytowani widokiem siebie samych, mogiły, zbladłego, przypatrującego się księżyca, budzących grozę cieniów, groteskowych drzew, ogromnych nietoperzów, starego kościoła, pląsających błędnych ogników, wymiotnych woni, jęczącego z lekka nocnego wiatru, a również niezwykłego, na wpół słyszalnego ujadania nie wiedzieć skąd, realność którego trudno było nam obiektywnie uznać. Po pewnym czasie natrafiliśmy na materiał twardszy od wilgotnej gleby i ujrzeli butwiejącą prostokątną skrzynię, pokrytą narostami minerałów od leżenia długo w nietkniętej ziemi. Trumna była niewiarygodnie mocna i gruba, jednakowoż tak stara, że w końcuśmy podważyli wieko i sycili zawartością wzrok.


Dużo, zdumiewająco dużo zostało w środku mimo upływu pięciu stuleci. Szkielet, acz tu i ówdzie zgruchotany szczękami czegoś, co przyprawiło o zgon, trzymał się razem z zaskakującą mocą, tedy napawaliśmy się obranym do białości czerepem, długimi silnymi zębami, pozbawionymi gałek orbitami, w których ongiś pałała ta sama tanatyczna pasja co w naszych. W trumnie spoczywał amulet o dziwnym, egzotycznym wzorze, noszony zapewno na szyi nieboszczyka. Była to konwencjonalna, a zarazem osobliwa podobizna sprężonego do skoku ogara ze skrzydłami czy też sfinksa o na poły psim pysku, kunsztownie odrobiona na starożytną orientalną modłę, z niewielkiego zielonego jadeitu. Fizys istoty była do reszty odpychającą, tchnącą śmiercią, bestialstwem i wrogością. Naokół wyrżnięto znaki, których ani ja, ani St. John nie mogliśmy rozeznać, na dole zaś, na podobę gmerku, widniała groteskowa, przeraźliwa czaszka.

Skoro ujrzeliśmy amulet, od razuśmy wiedzieli, że musimy go posiąść — że oto nasza należność ze starej mogiły. Choćbyśmy nawet w zarysach talizmanu nie znali, i tak byśmy go pożądali, lecz kiedy przyjrzeliśmy się bliżej, okazało się, że nie jest nam zgoła obcym. Obcym w rzeczy samej był wszelkiej sztuce tudzież literaturze wiadomej zrównoważonym, trzeźwym czytelnikom, my wszakże rozpoznaliśmy w nim przedmiot wspomniany w zakazanym Necronomiconie obłąkanego Araba Abdula Alhazreda: upiorny duchowy symbol trupożernej sekty z niedosiężnego Leng w Azji Środkowej. Aż nazbyt dobrze wychwyciliśmy złowrogie rysy opisane przez arabskiego demonologa starożytnej doby; rysy, jak pisał, zaczerpnięte z tajemniczego, nadprzyrodzonego uobecniania się duchowych istnień, co dręczą i nękają zmarłych. 

Łapiąc zielony jadeit, objęliśmy po raz ostatni spojrzeniem bielejącą się twarz nieboszczyka o pustych oczodołach i zasypali grób tak, jak go zastaliśmy. Kiedy naprędce, ze skradzionym amuletem w kieszeni St. Johna, opuszczaliśmy to szkaradne miejsce, nietoperze zdawały się opadać hurmą ku ziemi, którą dopiero cośmy ograbili, jak gdyby szukały jakiej przeklętej, bluźnierczej pastwy. Lecz księżyc jesienny świecił słabo a blado, toteż pewniśmy nie byli. Podobnież nazajutrz płynąc z Holandii do domu, mieliśmy wrażenie, że słyszymy z dali nikłe ujadanie olbrzymiego ogara. Lecz powiew jesienny jęczał smętno a wątło, toteż pewniśmy nie byli.


II

Nie dalej jak tydzień po powrocie do Anglii wydarzać się zaczęły dziwne rzeczy. Że wiedliśmy pustelniczy żywot — bez przyjaciół, w osobności, bez służby w nielicznych pomieszczeniach prastarej posiadłości na smętnych, nie uczęszczanych wrzosowiskach — mir z rzadka mącili nam kołaczący do drzwi goście. Teraz wszelako niepokoiło nas częste skrobanie nie skrobanie nocną porą zarówno przy drzwiach, jak oknach, i nie tylko na parterze. Raz jawił się nam jak gdyby duży, nieprzejrzysty kształt, co zaćmił okno biblioteki, skoro na nie padał księżyc; kiedy indziej znowuż jakbyśmy słyszeli furkot czy łopot opodal. Za każdym razem zbadanie sprawy nic nie wykazało, jęliśmy tedy przypisywać te zdarzenia zgoła fantazji — tej samej osobliwie spaczonej fantazji, co wciąż karmiła nasze uszy nikłym ujadaniem z dali, które wydawało się, żeśmy słyszeli na holenderskim cmentarzu. Jadeitowy amulet leżał teraz w jednej z nyż naszego muzeum; czasem spalaliśmy przed nim świece o rzadkich woniach. W Necronomiconie Alhazreda znaleźliśmy dużo na temat właściwości talizmanu, jak też związku dusz łupieżców grobów z tym, co takowy wyobrażał; przejęło nas trwogą, cośmy tam wyczytali. Potem nastał koszmar.

Nocą dwudziestego czwartego września tysiąc dziewięćset... roku dobiegło mnie pukanie do drzwi pokoju. Sądząc, że to St. John, poprosiłem go do środka, lecz w odpowiedzi dał się słyszeć świdrujący chichot. Na korytarzu nie było nikogo. Kiedy zbudziłem St. Johna, utrzymywał, że nic mu na ten temat nie wiadomo, i strapił się nie mniej niż ja. Tej nocy nikłe ujadanie z daleka, niosące się nad wrzosowiskiem, stało się dla nas niechybną a przerażającą rzeczywistością. Cztery dni później, gdyśmy obaj przebywali w sekretnym muzeum, usłyszeliśmy ciche, ostrożne skrobanie u pojedynczych drzwi klatki schodowej wiodącej do skrytej biblioteki. Wpadliśmy w popłoch z dwu powodów, oprócz bowiem strachu przed nieznanym zawsześmy się lękali, czy aby kto nie odkryje naszych makabrycznych zbiorów. Pogasiwszy wszystkie światła, podeszliśmy do drzwi i otworzyli je raptownym szarpnięciem, za czym uczuliśmy niewytłumaczony wiew i posłyszeli jakby oddalające się osobliwe odgłosy, przypominające szurgot, chichot i szwargolenie. Czyśmy obłąkani, we śnie, czy przy zdrowych zmysłach, nie próbowaliśmy ustalić. Świadomi byliśmy aby tego — i wiązaliśmy z tym najczarniejsze obawy — że jawnie bezcielesny szwargot to, ani wątpić, język holenderski!

Po tym zdarzeniu żyliśmy w tężejącej trwodze i fascynacji. Przeważnieśmy rachowali, że obydwaj zapadamy w obłęd wskutek życia pełnego nienaturalnych podniet, czasem wszakże lubiliśmy dramatyzować, jakobyśmy byli ofiarami dościgającego nas wreszcie potwornego losu. Przedziwnych uobecnień nie dało się już zliczyć. W odosobnionym naszym domu najwyraźniej dawała znać o sobie jaka perfidna istota, której natury nie umieliśmy odgadnąć, demoniczne ujadanie zaś noc w noc przetaczało się nad targanymi wiatrem wrzosowiskami, za każdy raz głośniejsze. Dwudziestego dziewiątego października na miękkiej ziemi pod oknem biblioteki dostrzegliśmy szereg śladów wręcz nie do opisania. Były równie zagadkowe jak hordy wielkich nietoperzów, co nawiedzały starą naszą posiadłość w niebywałej i rosnącej liczbie.


Zgroza sięgnęła zenitu, skoro osiemnastego listopada St. John w trakcie powrotu po zmroku do domu z odległej stacji kolejowej, chwycony przez co straszliwego i krwiożerczego, został rozdarty na sztuki. Wrzaski dobiegły domu, przeto pospieszyłem na to przeraźliwe miejsce, ale zdążyłem jedynie usłyszeć furkot skrzydeł i zobaczyć niewyraźną czarną sylwetkę czegoś na tle wschodzącego księżyca. Druh mój dogorywał, gdy do niego przemówiłem, i nie mógł zbornie odpowiedzieć. Zdołał aby wyszeptać: „Przeklęty amulet...”. Po czym skonał — bezwładna masa zmasakrowanego ciała.

Pochowałem go o północy nazajutrz w jednym z naszych zapuszczonych ogrodów i wymamrotałem nad zewłokiem jeden z diabelskich rytuałów, które uwielbiał za życia. Wymawiając ostatnie demoniczne zdanie, usłyszałem w dali na wrzosowiskach nikłe ujadanie olbrzymiego ogara. Miesiąc stał wysoko, ale nie śmiałem nań spojrzeć. A zobaczywszy na słabo oświetlonych wrzosowiskach rozległy mętny cień, co przemykał się od pagórka do pagórka, zawarłem oczy i padłem twarzą ku ziemi. Kiedym wstał, dygocąc na ciele — nie wiem, po jakim czasie — dowlokłem się do domu i złożyłem szokujący pokłon przed zamkniętym w nyży amuletem z zielonego jadeitu.

Jako że bałem się mieszkać teraz sam w wiekowym domu na wrzosowisku, wyjechałem następnego dnia do Londynu, biorąc z sobą amulet i unicestwiwszy ogniem i szpadlem resztę bezbożnych zbiorów muzealnych. Lecz oto po trzech nocach znów usłyszałem ujadanie, a nim upłynął tydzień, po zmierzchu stale odczuwałem na sobie dziwny wzrok. Jednego wieczora, kiedy dla zaczerpnięcia świeżego powietrza spacerowałem po Victoria Embankment, ujrzałem czarny kształt przesłaniający odbicie latarń w wodzie. Skoro zawiał podmuch silniejszy od nocnego wiatru, wiedziałem, że co dopadło było St. Johna, dopadnie wnet i mnie.

Nazajutrz starannie zawinąłem zielony jadeitowy amulet i popłynąłem do Holandii. Jakąż łaskę mogłem uzyskać przez zwrócenie tego przedmiotu do jego cichego, śpiącego właściciela, nie umiałem stwierdzić, czułem wszelako, że muszę bodaj spróbować każdego możliwego kroku dyktowanego logiką. Czym ogar był i czemu mnie prześladował, pozostawało nadal bez odpowiedzi; lecz po raz pierwszy usłyszałem ujadanie na owym starym cmentarzu i każde potem wydarzenie, w tym szept dogorywającego St. Johna, łączyło klątwę z kradzieżą amuletu. Toteż odkrywszy w karczmie rotterdamskiej, że rabusie obrali mnie z owego jedynego środka ocalenia, wpadłem w najgłębsze otchłanie rozpaczy.

Donośne było tego wieczora ujadanie, a rankiem przeczytałem o nieopisanie ohydnym występku w najpodlejszej dzielnicy miasta. Motłoch się przeraził, bo na owianą niesławą kamienicę spadła czerwona śmierć, która przerastała najpotworniejszą zbrodnię w okolicy. W parszywej melinie wszystką rodzinę rozszarpało coś nieznanego, co nie zostawiło śladu, a sąsiedzi jak noc długa słyszeli przebijający się przez regularną pijacką wrzawę nikły, głęboki, natarczywy głos jakby olbrzymiego ogara.

Koniec końcem znowum tedy stanął na obmierzłym cmentarzu, gdzie zbladły zimowy księżyc rzucał okropne cienie, bezlistne drzewa zwieszały się sępnie ku zwarzonej szronem trawie i kruszejącym płytom, obluszczony kościół godził w nieprzyjazne niebo szyderczym paluchem, a nocny wiatr maniacko wył znad zmrożonych mokradeł i lodowatych mórz. Ujadanie było teraz nader nikłe, a ucichło całkiem, gdy zbliżyłem się do wiekowej mogiły, którą byłem zbezcześcił, i odpędziłem niespotykanie mnogą hordę nietoperzów, z zaciekawieniem krążących dokoła.

Nie wiem, czemu się tam udałem, jedynie może gwoli pomodlenia się bądź wybełgotania szaleńczych próśb i przeprosin pod adresem spokojnego, bielejącego czegoś, co było w środku; niezależnie jednak od pobudek natarłem na wpół zamarzniętą darń z desperacją po części własną, po części owej nadrzędnej woli poza mną. Kopanie szło dużo lżej, aniżelim rachował, acz w pewnej chwili powstała przedziwna pauza, kiedy to wychudzony sęp, sfrunąwszy pędem z zimnego nieba, jął dziobać zapamiętale mogilną ziemię, aż go ubiłem ciosem szpadla. Nareszcie dotarłem do butwiejącej prostokątnej trumny i odwaliłem wilgotne, obrosłe minerałami wieko. Co też było ostatnim moim racjonalnym czynem.

Oto bowiem skulone w starej trumnie, otulone ciasno koszmarną świtą żylastych, śpiących nietoperzysk, spoczywało kościste coś, co do społu z moim druhem złupiliśmy byli: teraz już nie bielejące ani spokojne, jakim wtenczas je widzieliśmy, ale okryte zestalonymi drobinkami krwi, jak też strzępami cudzego ciała i włosów: łypało na mnie rozumnie fosforycznymi orbitami i szczerzyło w krzywym uśmiechu ostre, skrwawione kły, drwiąc z mego nieuniknionego losu. A kiedy z rozdziawionych szczęk dobiegło głębokie, sardoniczne ujadanie jakby olbrzymiego ogara i ujrzałem, że w zbroczonym, plugawym pazurze dzierży toto utracony fatalny amulet z zielonego jadeitu, zgołam wrzasnął i pierzchł jak półgłówek, krzyki zaś moje przeszły zaraz w wybuch histerycznego śmiechu.

Szaleństwo cwałujące na gwiezdnym wietrze... pazury i kły przez wieki wecowane na zewłokach... śmierć sącząca się śród bachanckich baletów nietoperzów z czarnych jak noc zwalisk pogrzebanych pod ziemią chramów Beliala... Teraz, gdy ujadanie martwej, bezcielesnej potworności narasta, a ukradkowy furkot i łopot zatraconych błoniastych skrzydeł zatacza coraz bliższe kręgi, oto w rewolwerze znajdę zapomnienie, jedyną ucieczkę przed bezimiennym a nienazwanym.



Howard Phillips Lovecraft, 1922

Z angielskiego przełożył
Paweł Jarosław Kamiński

Tłumacz pragnie złożyć serdeczne podziękowania
Panu Janowi Sofińskiemu
za cenne 
krytyczne uwagi do przekładu


© Paweł Jarosław Kamiński 09.08.2023 (aktualizacja: 06.08.2025)


niedziela, 6 sierpnia 2023

John Donne ― Sonet I




Przekład powstał w 2014 roku. A.D. 2023 zmieniłem parę drobiazgów pod kątem stylistycznym oraz (pod wpływem konstruktywnych, rzeczowych uwag pewnego czytelnika) dwie ostatnie linijki.


Sonnet I

Thou hast made me, and shall thy worke decay? 
Repaire me now, for now mine end doth haste; 
I runne to death, and Death meets me as fast, 
And all my pleasures are like yesterday. 
I dare not move my dimme eyes any way; 
Despaire behind, and Death before doth cast 
Such terrour, and my feeble flesh doth waste 
By sinne in it, which it t'wards hell doth weigh. 
Onely thou art above, and when towards thee 
By thy leave I can looke, I rise againe; 
But our old subtle foe so tempteth me, 
That not one houre my selfe I can sustaine. 
Thy Grace may wing me to prevent his art 
And thou like Adamant draw mine iron heart. 



Sonet I

Tyś mię ulepił ― daszli dziełu przepaść swemu?
Odnów mię teraz, odpraw Śmierć, co ku mnie pędzi, 
Równym krokiem ja ku niej gnam i ledwo dycham, 
Ustąpiły rozkosze czołu pochmurnemu, 
Nie śmiem dawać poleceń oku zemglonemu, 
Rozpacz po piętach depce, z płuc trwogę wydycham 
Przed Śmiercią, w słabym ciele życia ani piędzi 
Przez grzech natury lgnący ku piekłu czarnemu. 
Tyś w górnej sferze, aleć gdy spojrzeć na Ciebie
Dozwalasz, znów się wznoszę, wróg wszakże nasz stary
Przemyślnie mię podchodzi; nie jestem sam z siebie
Mocen trwać jednej chwili, kłonię się na mary.
Z czarciej matni Twa Łaska wzbić ku niebu mię może,
Tyś Dyjament, co serce me żelazne zorze.



© Paweł Jarosław Kamiński 2023


niedziela, 14 maja 2023

Lovecraft non-fiction

Tekst Literary Composition ukazał się pierwotnie w styczniu 1920 r. na łamach „The United Amateur”, a zatem najlepsze lata pisarstwa (owocujące najświetniejszymi utworami) autor miał wtedy jeszcze przed sobą, co raczej nie przydaje powagi jego wskazaniom, przeciwnie — w tym świetle wydawać się mogą niewczesne. Wrażenie jednak może być mylne. Tak czy tak dajcie znać w komentarzach, na ile rady twórcy uniwersum Cthulhu są według was słuszne, aktualne i przydatne. Być może w dzisiejszej dobie trącą banałem i truizmem. Albo myszką.



H.P. Lovecraft
SZTUKA PISARSKA


W poprzednim artykule czytelnicy nasi poznali główne źródła inspiracji literackiej i takież warunki wstępne ekspresji. Pozostaje więc udzielić wskazówek co do samej ekspresji — jej form, konwencji i szczegółów technicznych — tak ażeby młody pisarz, dzieląc się swoimi ideami z odbiorcami, nie utracił przy tym nic z wdzięku ani siły wyrazu.

GRAMATYKA
Nie miejsce w tym dziale na zajmowanie się elementami gramatyki języka angielskiego. Przedmiot ten, nauczany we wszystkich szkołach publicznych, opanował najpewniej każdy, kto aspiruje do bycia pisarzem. Nowicjusza trzeba wszakże uprzedzić, by zawsze dysponował godnymi zaufania gramatyką i słownikiem dla uniknięcia nierzadkich wcale uchybień, które nie wiedzieć kiedy potrafią oszpecić najszlachetniejszą nawet w swej prostocie mowę. Na ogół dobrze jest traktować z rezerwą i krytycznie wszelkie kolokwializmy, których znaczenie jasno z kontekstu nie wynika, jak też wyrazy i sformułowania brzmiące wymuszenie lub z obca. Nie można nader ufać ludzkiej pamięci, gdyż u większości osób dużo pomniejszych błędów i siermiężności językowych pochodzi z przygodnych rozmów albo lektury gazet, czasopism i popularnych książek współczesnych.

RODZAJE BŁĘDÓW
Do większości wykroczeń popełnianych przez adeptów pisarstwa — wyjąwszy przypadki istotnego pogwałcenia składni, co koryguje powszednia edukacja — można bodaj zaliczyć:
  1. Użycie niepoprawnej formy liczby mnogiej rzeczownika, np. *vallies czy *echos.
  2. Użycie barbarzyńskich rzeczowników złożonych, np. *viewpoint czy *upkeep.
  3. Błędy w zakresie związku zgody wskutek odległego położenia podmiotu i orzeczenia lub użycia sprzyjającej temu konstrukcji.
  4. Dwuznaczne użycie zaimka.
  5. Użycie niepoprawnej formy zaimka, np. whom zamiast who lub odwrotnie, albo konstrukcji w rodzaju between you and *I czy Let *we who are loyal, act promptly.
  6. Niepoprawne użycie shall, will i innych czasowników posiłkowych.
  7. Użycie czasownika nieprzechodniego w miejsce przechodniego, np. he *was graduated from college, lub odwrotnie, np. he *ingratiated with the tyrant.
  8. Użycie rzeczownika w miejsce czasownika, np. he *motored to Boston czy he *voiced a protest.
  9. Niepoprawne użycie trybu lub czasu, np. If I *was he, I should do otherwise czy He said the earth *was round.
  10. Rozszczepienie bezokolicznika, np. to calmly *glide.
  11. Niepoprawne użycie bezokolicznika czasu przeszłego, np. Last week I expected to *have met you.
  12. Użycie niepoprawnej formy czasownika, np. I *pled with him.
  13. Użycie like w miejsce as, np. I strive to write *like Pope wrote.
  14. Użycie niewłaściwego przyimka, np. The gift was bestowed *to an unworthy object czy The gold was divided *between the five men.
  15. Niepotrzebne użycie przyimka, np. I wish *for you to do this.
  16. Użycie wyrazu w niewłaściwym znaczeniu, np. The book greatly *intrigued me, *Leave me take this, He was *obsessed with the idea czy He is a *meticulous writer.
  17. Użycie błędnej formy pożyczki językowej, np. a strange *phenomena czy two *stratas of clouds.
  18. Użycie błędnej lub nie akceptowanej formy wyrazu bądź samego wyrazu, np. *burglarise czy *supremest.
  19. Brak wyczucia smaku przejawiający się wulgaryzmami, koturnem, powtórzeniami, niejasnością, dwuznacznością, kolokwializmami, wpadaniem z patosu w banał, bombastem, pleonazmem, tautologią, zgrzebnością, mieszanymi metaforami i różnorakimi niezręcznościami retorycznymi.
  20. Błędy w pisowni i interpunkcji oraz mylenie form, np. pisanie zaimka dzierżawczego its z apostrofem.
Spośród wszystkich potknięć bodaj czy istnieje takie, którego by się nie dało uniknąć w drodze pilnego śledzenia pospolitych podręczników do gramatyki i retoryki, mądrego korzystania z najlepszych pisarzów i starannego przemyślenia utworu. Trudno usprawiedliwić popełnianie na okrągło tych samych błędów wobec takiego zatrzęsienia i dostępności źródeł poprawnościowych. Wiele popularnych podręczników dobrej angielszczyzny bardzo się przydaje, w szczególności osobom nie mającym jeszcze rozległego horyzontu lekturowego, przy czym opracowania te grzeszą niekiedy pedanterią i sztywnością. Aby pisać poprawnie, trzeba pielęgnować cierpliwość i dbać o rygor myślowy. Stawiający pierwsze kroki pisarz musi przez cały okres nauki mieć pod ręką godne zaufania słowniki i podręczniki oraz w miarę możności wystrzegać się improwizowania naprędce, przywileju adeptów na poziomie zaawansowanym. Nie może ufać bezkrytycznie powszechnym użyciom danego słowa czy wyrażenia ani w razie wątpliwości mieć oporów przed wsparciem się autorytatywnymi wydawnictwami.

LEKTURY
Nikt pragnący zostać człowiekiem pióra nie może poprzestać na znajomości zasad formalnych. W poprzednim artykule pani Renshaw słusznie zauważyła: „Wrażenia powinny zawsze poprzedzać i przewyższać wyrażenia”. Wszelkie próby osiągnięcia literackiego kunsztu brać muszą początek w mądrej lekturze: adept winien zawsze stawiać to na pierwszym miejscu. Czytanie dobrych pisarzów okaże się często skuteczniejszym nad znajomość reguł. Strona z Addisona czy Irvinga powie o stylistyce więcej od poradnika skupionego na zasadach; opowiadanie Poego da o sugestywności i poprawności opisu i narracji pojęcie lepsze niż dziesięć mdłych rozdziałów opasłego podręcznika. Niech każdy początkujący pielęgnuje zwyczaj czytania pierwszorzędnych pisarzów, posiłkując się zacną rubryką Wykaz lektur, od dwu lat uświetniającą łamy „The United Amateur”.


Ważne jest także porzucenie lektury tanich czytadeł, jeżeli się ją dotąd praktykowało. Popularne czasopisma wszczepiają niedbały, pożałowania godny styl, którego oduczyć się niełatwo i który przeszkadza w wypracowaniu maniery szlachetniejszej. Skoro już taka lektura jest koniecznością, niechaj będzie możliwie pobieżna. Warto sobie wyrobić doskonały nawyk rozbioru literackiego Biblii króla Jakuba. Co się tyczy prostoty, a zarazem bogactwa i sugestywności angielszczyzny, trudno o drugie takie arcydzieło. Choćby obecne w nim słownictwo o rodowodzie germańskim i takiż rytm poetycki nie pasowały do kształtu danego utworu, i tak stanowi dla literatów nieoceniony wzór pod kątem inwencji twórczej czy niezwykłości wątków. Omal wszystkie skłonności stylistyczne Lorda Dunsany’ego, bodaj czy nie największego z żyjących prozaików, wyszły z Pisma świętego, współczesny zaś krytyk Boyd zwraca uwagę na dotkliwą stratę, jaką ponosi gros irlandzkich pisarzów katolickich z racji nieznajomości tego historycznego dzieła ani idących zeń tradycji.

SŁOWNICTWO
Niesłychanie ważnym skutkiem oczytania jest nieodłącznie mu towarzyszący przybytek zasobu leksykalnego. Przeciętny adept pisarstwa, cierpiący na ubogie słownictwo, szybko odkrywa, że w dłuższych utworach nie potrafi uniknąć monotonii. W trakcie lektury dobrych pisarzów nowicjusz winien zwracać uwagę na rozmaitość środków ekspresji, pomny wykorzystania w przyszłości szeregu udatnych synonimów, jakie napotyka. Nigdy nie należy przechodzić do porządku dziennego nad nieznanym wyrazem, nie sprawdziwszy pierwej, co znaczy, gdyż dzięki odrobinie skrzętnych dociekań możemy codziennie zagarniać nowe połacie lingwistycznej krainy i nabierać coraz większej gotowości do pełnej wdzięku, samodzielnej ekspresji.

Wzbogacając leksykę, musimy się wszelako wystrzegać niewłaściwego używania naszych świeżych nabytków. Trzeba pamiętać, że między podobnymi wyrazami istnieją wyraźne różnice oraz że słowa należy zawsze dobierać starannie i z rozwagą. Doktor Blair zauważa w swych wykładach: „Chyba w żadnym języku nie ma dwu słów, które by przekazywały jednaką myśl: osoba gruntownie obeznana ze swoistością danego języka będzie zawsze umiała stwierdzić, co je różni”.

PODSTAWOWE ELEMENTY
Nim przypatrzymy się rodzajom produkcji literackich pod kątem formalnym, warto zwrócić uwagę na pewne własności wspólne całej literaturze. Na podstawie analizy utworów widać, że każdy zawiera co najmniej jeden z następujących zasadniczych elementów: opis — czyli rzeczy ukazanie; narrację — czyli ukazanie przebiegu zdarzeń; ekspozycję — służącą precyzyjnemu, klarownemu rzeczy nazywaniu i wyjaśnianiu; argumentację — odkrywającą prawdę i odrzucającą fałsz; perswazję — skłaniającą do określonych myśli lub działań. Pierwsze dwa stanowią fundament beletrystyki; trzeci cechuje teksty o charakterze dydaktycznym, naukowym, historycznym i odredakcyjnym; czwarty i piąty stosuje się głównie w połączeniu z trzecim w tekstach naukowych, filozoficznych i polemicznych. Na ogół jednak wszystkie elementy się ze sobą miesza. W beletrystyce bywają fragmenty naukowe, historyczne lub polemiczne, a w podręczniku bądź traktacie — opisy i anegdoty.

OPIS
Siła opisu wymaga dwóch właściwości umysłu: zmysłu obserwacji oraz spostrzegawczości. Sugestywność opisu zależy w wielu przypadkach od dokładności odtworzenia detali, w innych zaś od rozważnego doboru informacji wyrazistych, charakterystycznych lub istotnych.

Nigdy dość uwagi poświęconej doborowi przymiotników służących opisowi. Rzeczą kluczową jest używać takich słów bądź złożeń, które opisują w sposób szczegółowy i podsuwają czytelnikowi wyobrażenia dokładnie odpowiadające zamysłowi autora. Spójrzmy dla przykładu na poniższą listę określeń odnoszących się do krynicy, zaczerpniętych ze znakomitego opracowania Richarda Greena Parkera na temat sztuki pisarskiej:

Crystal, gushing, rustling, silver, gently-gliding, parting, pearly, weeping, bubbling, gurgling, chiding, clear, grass-fringed, moss-fringed, pebble-paved, verdant, sacred, grass-margined, moss-margined, trickling, soft, dew-sprinkled, fast-flowing, delicate, delicious, clean, straggling, dancing, vaulting, deep-embosomed, leaping, murmuring, muttering, whispering, prattling, twaddling, swelling, sweet-rolling, gently-flowing, rising, sparkling, flowing, frothy, dew-distilling, dew-born, exhaustless, inexhaustible, never-decreasing, never-falling, heaven-born, earth-born, deep-divulging, drought-dispelling, thirst-allaying, refreshing, soul-refreshing, earth-refreshing, laving, lavish, plant-nourishing.

Aby epitety były zarazem dokładne i trafne, adept powinien zaznajomić się gruntownie z ogólnym charakterem przyrody i występującymi w niej zjawiskami oraz ideami i skojarzeniami, które one wywołują w ludzkim umyśle.

Opisy dotyczyć mogą przedmiotów, miejsc, zwierząt i ludzi. Wyczerpujący opis przedmiotu winien się składać z następujących elementów:
  1. Czas, miejsce i okoliczności ujrzenia danej rzeczy, czas jej wykonania lub znalezienia, wpływ czasu na nią.
  2. Historia danej rzeczy i tradycyjne skojarzenia z nią związane.
  3. Materiał, z jakiego jest zbudowana, i pochodzenie.
  4. Jej rozmiar, kształt i wygląd.
  5. Jej podobieństwa do innych tego rodzaju przedmiotów.
  6. Wrażenia wywołane jej kontemplacją.
  7. Jej cel lub funkcja.
  8. Jej skutki, tj. konsekwencje istnienia.
Opisy miejsc muszą się rzecz jasna różnić w zależności od rodzaju takowych. Co się tyczy scenerii przyrodniczej, godne uwagi są następujące elementy:
  1. Okoliczności, w jakich dane miejsce zobaczono — o świcie, w południe, wieczorem czy nocą, w świetle gwiazd czy księżyca.
  2. Naturalne cechy miejsca — płaskie czy pagórkowate, jałowe czy gęsto porośnięte; rodzaj szaty roślinnej; obecność drzew, gór i rzek.
  3. Obecność wytworów człowieka — upraw, budynków, mostów, widomych ingerencji człowieka w krajobraz.
  4. Jakie zwierzęta występują w danym miejscu.
  5. Zwyczaje i tradycje z nim związane.
  6. Odgłosy w danym miejscu — wody, lasu, liści, ptaków, gospodarstw, ludzi, maszyn.
  7. Widok miejsca z każdej strony i z dali.
  8. Podobieństwa do innych miejsc, zwłaszcza słynnych.
  9. Historia danego miejsca i skojarzenia z nim związane.
  10. Odczucia wywołane kontemplacją danego miejsca.
Na opisy zwierząt mogą się składać:
  1. Gatunek i rozmiar.
  2. Pokrycie ciała.
  3. Części ciała.
  4. Miejsce bytowania.
  5. Charakterystyka i zwyczaje.
  6. Pokarm.
  7. Użyteczność lub szkodliwość.
  8. Historia i skojarzenia.

Opisy ludzi mogą być nieskończenie zróżnicowane. Nieraz jedno trafne pociągnięcie pióra wydobyć potrafi całokształt charakteru i typu osobowości, mamy tak na przykład u współczesnego literata Leonarda Merricka, który pisząc o połączeniu surduta ze spodniami od tweedowego garnituru, przekazuje okrężną drogą informację o zgołociałej szlachcie. Niedopowiedzenie odgrywa w opisie niebagatelną rolę, zwłaszcza gdy chce się odmalować psychologię danej postaci. Ujęcie powinno się różnić w zależności od celu, jaki autorowi przyświeca: czy chce on li tylko ukazać spersonifikowaną ideę, czy omal z fotograficzną dokładnością i realizmem przedstawić mentalny bądź fizyczny obraz postaci. W ogólnym opisie znaleźć można takie elementy:
  1. Wygląd, postawa, karnacja, proporcje, rysy.
  2. Najbardziej zwracający uwagę rys twarzy.
  3. Wyraz twarzy.
  4. Uroda lub brzydota.
  5. Strój — charakter, gust, jakość.
  6. Zwyczaje, osiągnięcia, gracja lub niezdarność.
  7. Fizjonomia moralna i intelektualna, miejsce w społeczeństwie.
  8. Godne uwagi cechy szczególne.

Rozpatrując powyższy przegląd, czytelnik nie powinien zapominać, że są to tylko propozycje, których nie należy traktować dosłownie. Ramy opisu uwarunkowane być muszą miejscem tegoż w utworze, wyczuciem smaku i celowością. Przy tym w beletrystyce nie wolno iść z opisem za daleko. Wskutek przesady w tym względzie wieje nudą, dlatego przeciwwagą dla opisu zawsze być musi prowadzona żywo narracja, którą się teraz zajmiemy.

NARRACJA
Narracja jest to ukazanie akcji, czyli następujących po sobie autentycznych bądź fikcyjnych zdarzeń, dlatego stanowi podstawę produkcji zarówno historycznych, jak beletrystycznych. Aby była sposobna i udatna, należy mądrze wyrabiać w sobie wyczucie smaku tudzież spostrzegawczość. Trzeba starannie dobierać wyraziste informacje oraz całkowicie kontrolować przedstawiany czas i okoliczności. W większości przypadków najrozsądniej jest uzyskać w narracji efekt kuli śniegowej, tj. przechodzić od zdarzeń poślednich do coraz istotniejszych aż po główne, na którym zasadza się opowieść lub za sprawą którego inne elementy zyskują wagę. Reguły tej nie należy, oczywista, trzymać się niewolniczo we wszystkich narracjach historycznych bądź biograficznych.

NARRACJA W BELETRYSTYCE
Kluczowym elementem narracji w beletrystyce jest fabuła, którą można zdefiniować jako „występujące po sobie zdarzenia, mające wzbudzić zainteresowanie i ciekawość czytelnika pod względem następstw”. Fabuły bywają proste lub złożone, lecz bez suspensu i zdarzeń toczących się na zasadzie kuli śniegowej nie sposób się obejść. W dziele fikcji literackiej każde zdarzenie winno rzutować na punkt kulminacyjny lub rozwiązanie akcji, a każde rozwiązanie akcji, które nie wynika nieuchronnie z poprzedzających je zdarzeń, świadczy o nieporadności autora i godzi w jakość literacką dzieła. Żaden oficjalny kurs pisania tekstów beletrystycznych nie dorówna wnikliwej, uważnej lekturze opowiadań Edgara Allana Poe czy Ambrose’a Bierce’a. W arcydziełach tych znaleźć można nieprzerwany łańcuch zdarzeń oraz ich powiązań i następstw, cechujący historię idealną. Spójrzmy, jak w Zagładzie domu Usherów każdy jeden wypadek stanowi zwiastun i przedsmak okropnej katastrofy i jej potwornego widma. Poe stosował te mechanizmy absolutnie po mistrzowsku. Spójrzmy także, jak Bierce za pomocą kilku prostych wypadków potrafi doprowadzić do najbardziej poruszającego rozwiązania akcji — rozwiązania, które wynika li tylko z poprzedzających je okoliczności.

Narracja w beletrystyce za nic się nie obejdzie bez weryzmu. Opowieść musi być zborna i wolna od jakiegokolwiek wypadku rażąco odbiegającego od normalnego porządku rzeczy, chyba że jest to główne zdarzenie, na które autor niezwykle starannie przygotuje czytelnika. W realnym życiu rzeczy dziwne i odbiegające od normy czasem się zdarzają, jednakże nie ma na nie miejsca w zwyczajnej opowieści, fikcja literacka jest bowiem w istocie idealizacją potoczności. Rozwój wydarzeń winien przebiegać możliwie najbardziej realistycznie, nadto koniecznie należy się wystrzegać nijakiego, niemrawego finału. Koniec historii musi być jędrniejszy niż początek, gdyż zawiera rozwiązanie akcji bądź punkt kulminacyjny, które zostawią na czytelniku największe wrażenie. Zaleca się, aby osoba początkująca pisała ostatni akapit w pierwszej kolejności, kiedy już starannie przygotuje sobie zarys fabuły: tak właśnie powinno to zawsze wyglądać. Dzięki temu swój zapał i energię będzie mogła zogniskować wokół najważniejszej części narracji, a w razie potrzeby łatwo wprowadzić zmiany. W żadnej części narracji po głębokiej lub dobitnej myśli czy ustępie nie powinien następować fragment mdły ani pospolity — inaczej powstanie antykulminacja, która wystawi pisarza na urągowisko. Zauważmy absurdalny efekt następującego dystychu, napisanego przez nikogo innego jak samego Wallera:


Under the tropic is our language spoke,
And part of Flanders hath receiv’d our yoke.

[Owoż w tropikach słyszym swoję mowę,
Część Flandrii w jarzmie naszem chyla głowę.]


JEDNOŚĆ, EMFAZA, SPÓJNOŚĆ

Rozwinięcie danego wątku, opisowego bądź narracyjnego, musi nastąpić za pomocą trzech cech budowy tekstu: jedności, emfazy i spójności. Jedność to zasada, zgodnie z którą każda część utworu literackiego musi wiązać się z tematem przewodnim. Kwestie poboczne się pomija, a wszystkie wątki łączy w punkcie kulminacyjnym. Klasyczne pogwałcenie tego prawidła można znaleźć w epizodach u Homera i innych starożytnych poetów epickich, a także w dygresjach u Fieldinga i innych głośnych powieściopisarzów, przy czym adeptom odradza się taką swobodę. Jedność jest zauważonym ostatnio i cenionym rysem pisarstwa Poego i Bierce’a.

Emfaza jest to zasada mówiąca, że najistotniejsze części dzieła winny zajmować odpowiednio ważne miejsce w całym utworze, akapicie i zdaniu. To prawo smaku, które wymaga, by nacisk kłaść we właściwym miejscu, najbardziej widoczne we wspomnianej konieczności dobitnego zakończenia. Zgodnie z tym prawem koniec utworu jest częścią najistotniejszą, a kolejny w hierarchii ważności — początek.

Zasada spójności łączy części pokrewne, trzymając na dystans części nie powiązane. Podobnie jak w przypadku emfazy, dotyczy całości utworu, akapitu bądź zdania. Wymaga opisywania jednym ciągiem wypadków powiązanych, tak aby skutki płynnie wynikały z przyczyn.


FORMA
Mało którym pisarzom udało się odnieść sukces we wszystkich wielorakich gałęziach literatury. Różne rodzaje myśli mają właściwe sobie formy ekspresji, oparte na naturalnej stosowności. Dodatkowo pisarz zazwyczaj znajduje sobie formę najbardziej pasującą do jego osobowości. Przy czym ludzie pióra często stosują wiele form, a niektórzy przechodzą od jednej do drugiej, w miarę jak z upływem lat dokonują się u nich zmiany w myśleniu lub światopoglądzie.

Nowicjuszom, z pożytkiem dla ich diapazonu i dyscypliny, zaleca się ćwiczenie do pewnego stopnia w każdej formie pisarstwa. Tym sposobem odkryć mogą to, co najbardziej współgra z ich umysłowością, oraz rozwijać zdolności, o których nie mieli dotąd pojęcia.

* * * * *

Przyjrzeliśmy się jedynie co prostszym elementom pisarstwa, dotyczącym przede wszystkim beletrystyki i esejów opisowych. W przyszłości mamy nadzieję podjąć tematykę tekstów dydaktycznych, argumentacyjnych i perswazyjnych, prześledzić do pewnego stopnia źródła retorycznej siły i elegancji, jak również poruszyć kilka najistotniejszych aspektów wersyfikacji.


Z angielskiego przełożył
Paweł Jarosław Kamiński



© Paweł Jarosław Kamiński 2023 (aktualizacja: 31.01.2026)

niedziela, 19 marca 2023

Tolkien ― przepowiednia Malbetha

Poniżej przedstawiam tłumaczenie przepowiedni Malbetha Jasnowidzącego z drugiego rozdziału Powrotu króla J.R.R. Tolkiena, o incipicie Over the land there lies a long shadow… Translat przeleżał w szufladzie dekadę. A nuż przypadnie do gustu co poniektórym hobbitofilom (bo akrybicznie akuratnym śródziemio- i tolkienologom raczej nie choćby z powodu braku aliteracji). Tak czy siak w skromniutkim zakresie poszerza serię przekładową.


Over the land there lies a long shadow,
westward reaching wings of darkness.
The Tower trembles; to the tombs of kings
doom approaches. The Dead awaken;
for the hour is come for the oathbreakers;
at the Stone of Erech they shall stand
and hear there a horn in the hills ringing.
Whose shall the horn be? Who shall call them
from the prey twilight, the forgotten people?
The heir of him to whom the oath they swore.
From the North shall he come, need shall drive him:
he shall pass the Door to the Paths of the Dead.


Nad krajem długi, kruczy cień gniazduje,
na zachód bije skrzydłami ciemności.
Wieża dygoce, zagłada wędruje
ku grobom królów. Wracają z nicości
Umarli. Oto wiarołomców pora 
staną raz jeszcze przy głazie Erechu,
na odgłos rogu brzmiący w górskim echu.
Któż zadmie wówczas i przyzwie z wieczora
z szarego mroku zapomniane plemię?
Następca tego, kto przyjął ich śluby.
W potrzebie wypchną go północne ziemie:
na Szlak Umarłych wkroczy Bramą Zguby.


© by Paweł Jarosław Kamiński 2023

poniedziałek, 6 czerwca 2022

VADER ― Sothis

Dla jednych nazwa własna „Vader” kojarzyć się będzie nieodmiennie z uniwersum Gwiezdnych wojen. Nie dla mnie.

Z muzyką olsztyńskiej formacji zetknąłem się po raz pierwszy około 1995 roku. Prezentowała death metal światowej klasy, przyćmiewając nawet niektóre wykwity takich tuzów, jak Morbid Angel, Deicide czy Cannibal Corpse, a zarazem czerpiąc z dorobku niektórych z nich (głównie pierwszego). Vader grał techniczny, a jednocześnie do pewnego stopnia atmosferyczny death metal, przy czym warto zaznaczyć, że atmosferę tworzyły nie klawisze, lecz rzężące gitary, których wizgi przyprawiały o gęsią skórkę. Dla kilkunastoletniego chłopaka słuchanie Vadera było przeżyciem na poły mistycznym.

Po świetnej płycie The Ultimate Incantation wyszła epka Sothis, która okładką, tekstami („Hymn to the Ancient Ones”) i tytułami utworów („R’lyeh”) ewokowała obrazy z utworów Lovecrafta. Ba, pamiętam, że w liceum nosiłem dumnie koszulkę przedstawiającą wizualną wizytówkę tego minialbumu.

Azathoth, Yog-Sothoth, Nyarlathotep ― ki czort?

Niedługo potem ukazała się druga pełnowymiarowa płyta, tytułem nawiązująca, choć tylko pozornie, do Psałterza (De Profundis), bo tekstowo i wizerunkowo  jak na death metal przystało, gdyż nazwa zobowiązuje  skrajnie odbiegająca od rejonów biblijnych. Ponownie odwoływała się do Lovecrafta (utwór „Revolt”) oraz do mrożącego krew w żyłach pisarstwa Clive’a Barkera („Reborn in Flames” z mottem „Demons to some, angels to others”, pochodzącym ze słynnego Hellraisera, który z kolei pojawił się pierwotnie w nie mniej głośnym kilkutomowym cyklu opowiadań Księgi krwi rzeczonego autora, a z czasem został sfilmowany: X muza przyniosła szokującą, zatrważającą wizję inferna i piekielnych cenobitów, którzy przybywali z zaświatów za sprawą kostki Lemancharda, brr!). Wreszcie, piła do Aleistera Crowleya, znanego też jako Mistrz Therion oraz Bestia 666 („Vision and Voice”), do szalonego Kosmicznego spustu („Sothis”) pióra Roberta Antona Wilsona  tego samego jegomościa, który wraz z Robertem Shea napisał odjechaną Trylogię Illuminatus!  oraz do innych okultystycznych bądź diabolicznych motywów, ksiąg czy sekretnych stowarzyszeń.

Album De Profundis przebił artystycznie dwie poprzednie produkcje ― po czym niestety zespół stracił wenę i charakterystyczny styl, upraszczając takowy, choć zarazem zyskał większą publiczność i zaczął koncertować po całym świecie. Mimo że złota era, pod względem artystycznym, Vadera skończyła się na De Profundis, to jednak był on bodaj czy nie najbardziej wziętym towarem eksportowym polskiej sceny muzycznej drugiej połowy lat 90. Notabene na jego punkcie wyjątkowego bzika mieli... Japończycy, dla których zespół potrafił przygotować specjalnie dodatkowy utwór.

*******

Tytuł utworu „Sothis” oznacza Syriusza, gwiazdę rozmaicie nazywaną w zależności od kultury: dla Greków była to Sothis, dla Egipcjan ― Sopdet, Bułgarzy nadali jej miano Łażikerwan, czyli Zwodziciel Karawan (z uwagi na możliwość pomylenia z Wenus), w Państwie Środka i w Japonii znana była jako Niebiański Wilk (odpowiednio: Tianlan i Tenro). W kręgu cywilizacji rzymskiej nosiła pieskie nazwy: Psia Gwiazda, Kanikuła (łac. canicula ‘piesek’), pies Oriona. Obecnie raczej używa się określeń: alfa Wielkiego Psa (najjaśniejsza gwiazda tej konstelacji), Syriusz i α CMa (skrót od alfa Canis Majoris).

W polszczyźnie małoliterowe słowo „kanikuła” oznacza dzisiaj (wielkoliterowe jest synonimem Syriusza): 1. wakacje, 2. okres największych letnich upałów, 3. spiekotę, skwar. Widok Psiej Gwiazdy wywoływał u starożytnych Greków strach, gdyż pojawienie się jej oznaczało początek fali nieznośnych upałów. Hellenowie uważali, że poranny wschód Syriusza wywołuje wściekliznę u psów, a gwiazda wzbudza u kobiet falę „upałów miłosnych”; panom medycy zalecali przez dwadzieścia dni od pojawienia się go picie wina i... wstrzymywanie się od obcowania płciowego*.

Swego czasu (2012) postanowiłem przypomnieć sobie szczenięce fascynacje i przełożyć tytułowy utwór „Sothis” ― rzecz jasna tak, aby wraz z Piotrem „Peterem” Wiwczarkiem można było polski tekst wycharczeć (growlingu bowiem śpiewem nazwać niepodobna). Czego efekt przedstawiam poniżej P.T. Czytelnikom bloga:


VADER
Sothis


No more a thing I knew... transformed  transfigured
Transcended... in an endless progress cycle
DNA metamorphosis... of the dying cells
Into something that will last... last forever
Immortal... my soul... alone under...
The cracking skies... on trembling Earth
Closing the eye... of blinding Sun
WHO AM I?  a question... already answered
I am who I am... no less, no more
Destined to be... never to extinct
Remaining after... everything dies
Remaining... a Dog Stars Son... beyond the Sun
For ever... and more


Bez cienia świadomości... bez końca podlegałem
Ewolucji, transformacjom, ulepszeniom
Ciągłej zmianie DNA... komórek
Aby zyskać byt... bez granic
Od śmierci wolny... jestem... sam... firmament
W górze pęka... Ziemia dygocze
Oślepiam wstrętnie jasne Słońce
KIM JESTEM? Banalne rozstrzygnięcie
Jestem, kim jestem  i tyle, po prostu
Pisany mi byt... bez kresu w czasie
Będę wciąż... gdy wszystko sczeźnie
Będę wciąż Synem... Psiej Gwiazdy... za Słońcem
Po wieki... wieków


* Przy opracowaniu drugiej części artykułu opierałem się w dużej mierze na książce Mikołaja Szymańskego Ab ovo. Antyk, Biblia etc. (Iskry, Warszawa 2004, s. 221–225).

© by Paweł Jarosław Kamiński 2022 (aktualizacja: sierpień 2024)

poniedziałek, 22 listopada 2021

H.P. LOVECRAFT ― Dagon

Opowiadanie uznawane przez część komentatorów za pierwszą opowieść Lovecrafta w ramach stworzonej przezeń mitologii Cthulhu; inni skłaniają się ku Bezimiennemu miastu z 1921; jeszcze inni za właściwe jej narodziny uważają dopiero Zew Cthulhu z 1926 — czym byłaby mitologia Cthulhu bez samego Cthulhu? Nawet gdyby słuszność przyznać tym ostatnim, nie zmieniłoby to faktu, że dwa pozostałe utwory (i nie tylko) stanowiły — świadomie lub nie  jej forpocztę, która zapładniając umysł autora, popychała go do stworzenia czegoś bardziej pomnikowego. A skoro o pomniku mowa, to zastanawia, czy obecny w Dagonie monolit nie stał się aby inspiracją dla umieszczenia takiego obiektu (choć o innych właściwościach) w napisanym trzydzieści jeden lat później opowiadaniu Artura C. Clarke’a Posterunek, z czasem rozbudowanym do rozmiarów powieści pt. 2001: Odyseja kosmiczna, którą rozsławiła ekranizacja Kubricka. Znał-li Clarke Dagona?





DAGON

Kreślę te słowa w silnym napięciu psychicznym, gdyż jeszcze dzisiejszej nocy rozstanę się ze światem. Bez grosza przy duszy, z ostatkiem narkotyku czyniącego życie znośnym, nie ścierpię więcej tej katuszy: cisnę się z okna poddasza na tę obskurną uliczkę. Nie mniemajcie, że jako niewolnik morfiny jestem słabeuszem albo wykolejeńcem. Kiedy przeczytacie zapisane przeze mnie naprędce stronice, być może, że poznacie — jakkolwiek nigdy w pełni nie pojmiecie — czemu tak usilnie szukam zapomnienia bądź śmierci.

W jednym z najbardziej otwartych i najrzadziej uczęszczanych rejonów rozległego Pacyfiku niemiecki pirat zagarnął powierzony mi ładunek. Rzecz wydarzyła się w początkach wielkiej wojny, gdy siły morskie prusactwa jeszcze się do reszty nie spodliły: pocztowiec wzięto jako pryz, a nas, załogę, traktowano z całym szacunkiem przynależnym jeńcom morskim. Ba, porywacze trzymali do tego stopnia luźną dyscyplinę, że pięć dni po tym, jak nas pojmano, zdołałem uciec niewielką szalupą z solennym zapasem wody i prowiantu.

Kiedy się na tyle oddaliłem od okrętu, że poczułem wreszcie wolność, nie potrafiłem rozeznać, w jakie okolice mnie zaniosło. Nie będąc nigdy biegłym w nawigacji, mogłem aby w przybliżeniu ocenić po słońcu i gwiazdach, żem na południe od równika. Nie miałem jednak pojęcia, na jakiej długości geograficznej, w polu widzenia zaś nie było żadnej wyspy ni wybrzeża. Utrzymywała się bezchmurna pogoda i tak przez niezliczone dnie dryfowałem bez celu w prażącym słońcu, czekając, aż przepłynie mimo jaki statek albo fale wyrzucą mnie na brzeg zamieszkałego lądu. Ale że statek ani brzeg się nie nadarzały, osamotniony pod przestworem falującego, niezmąconego błękitu jąłem popadać w rozpacz.

Zmiana zaszła w czasie, gdy spałem. Jak się to dokładnie stało, nigdy się nie dowiem, bo oto chociaż sen miałem niespokojny i pełen rojeń, spałem kamieniem. Skoro się w końcu przebudziłem, odkryłem, żem na poły ugrzązł w mulistym bezmiarze piekielnej czerni monotonnych fałd ciągnącego się jak okiem sięgnąć błotniska, w którym nieco dalej ulgnęła łódka.

Myślałby kto, że niezwykła i raptowna zmiana krajobrazu wprawi mnie naprzód w zdumienie,
ja jednak byłem więcej przerażony niźli zaskoczony, w powietrzu bowiem i w ziemi butwiejącej było coś złowrogiego, co mroziło do kości. Okolica cuchła truchłami psujących się ryb i innych, trudnych do opisu stworzeń, zewłoki których sterczały z nie kończącej się płaszczyzny ohydnego szlamu. Bodaj czy słusznie rachuję na to, że za pomocą zwykłych słów uda mi się oddać niewypowiedziane horrendum, jakim mogą być głucha cisza i bezkresna jałowizna. Uszy nie chwytały nijakiego dźwięku, oczom przedstawiał się jedynie wielki obszar szczerniałego namuliska; pomimo to same zupełność ciszy i jednorodność pejzażu napawały mdlącym przestrachem.

Upał słoneczny lał się z nieba, które w bezchmurnym okrucieństwie zdawało się omal czarnym, jak gdyby odbijało grzęzawisko atramentu pod stopami. Kiedym wpełzł do wyrzuconej szalupy, uprzytomniłem sobie, że jedna tylko teoria może objaśnić moje położenie. W wyniku niespotykanego wstrząsu wulkanicznego część dna oceanicznego wysadziła się widać na powierzchnię, odsłaniając obszary przez niezliczone miliony lat skryte w przepastnych głębiach. Rozłóg nowego lądu, który się był pode mną wypiętrzył, tak był obszerny, że nie wychwytywałem najlżejszego odgłosu falującego oceanu, choć z całych sił nasłuchiwałem. Nigdzie nie było też morskiego ptastwa żerującego na padlinie.

Kilka godzin siedziałem zamyślony w szalupie, która leżała na boku i dawała cokolwiek cienia przed toczącym się po niebie słońcem. W miarę upływu dnia grunt stał się mniej mazistym i zdawał gotowym na tyle wnet obeschnąć, iżby się dało po nim wędrować. Tej nocy mało spałem; nazajutrz przygotowałem sobie tobołek z pożywieniem i wodą, sposobny do marszu lądem w poszukiwaniu przepadłego oceanu i możliwości ocalenia.

Rankiem trzeciego dnia ziemia okazała się dość suchą, by można się było po niej z łatwością poruszać. Rybi fetor przyprawiał o szaleństwo, lecz głowę zaprzątniętą mając zbyt ważnymi sprawy, ażeby przejmować się tą niedogodnością, dzielnie ruszyłem w nieznanym celu. Jak dzień długi posuwałem się stopniowo na zachód ku odległemu wzniesieniu, panującemu nad wszystkimi innymi wypukłościami fałdzistego pustkowia. W nocy zrobiłem postój, następnego dnia zaś kontynuowałem pochód w stronę pagóra, mimo że nie wydawał się prawie wcale bliższym niż za pierwszym razem, kiedym go dojrzał. Czwartego dnia z wieczora dotarłem do stóp zamierzonego wzniesienia, które z bliska okazało się daleko wyższym, do tego poprzedzonym doliną, przez co wyraźniej jeszcze odrzynało się rzeźbą od równi. Zbyt wyczerpany, by się wspinać, usnąłem w cieniu wzgórza.


Nie wiem, czemu tamtej nocy miałem tak rozbuchane sny, lecz nim wysoko nad płaszczyzną na wschodzie zawisł ubywający, fantastycznie garbaty miesiąc, ocknąłem się oblany zimnym potem i postanowiłem więcej nie spać. Senne widy umęczyły mnie nad miarę. A w blasku księżyca zobaczyłem, jak niemądrze postąpiłem, podróżując za dnia. Bez żagwi palącego słońca wędrówka kosztowałaby mniej energii, ba, czułem się teraz w pełni zdolnym podjąć wspinaczkę, która mnie o zachodzie odstręczała. Podniósłszy tobołek, ruszyłem ku szczytowi.

Jak już wzmiankowałem, nieodmienna jednostajność sfałdowanej równiny budziła nieuchwytną grozę; jednakże bodaj czy nie bardziej się przeraziłem, gdym osiągnął wierzchołek i spojrzał na drugą stronę w niezmierzoną przepaść, jar, którego czarnych zaułków księżyc nie zdołał dotąd rozświetlić. Miałem wrażenie, że oto stoję na krańcu świata i wyglądam poza krawędź w bezdenny chaos wiecznej nocy. Strach podsuwał osobliwe reminiscencje Raju utraconego i plugawej wspinaczki szatana po nie uformowanych królestwach ciemności.

Gdy księżyc wzeszedł wyżej, począłem spostrzegać, że skłony doliny nie są wcale tak pionowymi, jak sobie wyobrażałem. Występy skalne i wychodnie dawały oparcie stopom, zezwalając na dosyć łatwe zejście, a po spadku o jakieś sto metrów stromizna niemal całkiem łagodniała. W nagłym porywie, którego nie potrafię do końca wyjaśnić, zeszedłem nie bez trudu po skałach i stanąłem na mniej spadzistym zboczu, wpatrując się w styksowe otchłanie, gdzie jeszcze nie dotarło żadne światło.

Naraz uwagę moją ściągnął potężny, niezwykły obiekt na przeciwnej, stromej skarpie około stu metrów przede mną, bielejący w promieniach wschodzącego miesiąca, które dopiero co tam padły. Szybkom wytłumaczył sobie, że to jedynie kolosalny blok skalny; lecz jego sylweta i usytuowanie wyraźnie podpowiadały, że nie są bynajmniej dziełem natury. Bliższy ogląd napełnił mnie odczuciami, których nie umiem wyrazić, pomimo bowiem olbrzymich wymiarów i położenia obiektu w przepaści ziejącej u dna morskiego od zarania świata — ujrzałem bez kwestii, że niecodzienny blok jest to foremny monolit, masywna bryła którego znała dłuto, a być może także kult żywych istot rozumnych.

Oszołomiony i strwożony, lecz przy tym nie wolny od dreszczu rozkoszy właściwego naukowcom czy archeologom, rozejrzałem się baczniej dokoła. Księżyc, bliski już zenitu, lśnił osobliwym jasnym blaskiem ponad spadzistościami otaczającymi czeluść i odsłaniał płynące u podnóża zakolami masy wód, ginące z oczu gdziekolwiek spojrzeć i bez mała dochodzące do mych stóp na zboczu. Drobne fale skroś przepaści omywały podstawę cyklopowego monolitu, na powierzchni którego dostrzec mogłem teraz inskrypcje i toporne płaskorzeźby. Pismo pochodziło z obcego mi systemu hieroglifów, nie przypominających niczego, com kiedykolwiek widział w książkach; składały się po większości z typowych powiązanych z wodą symboli, jak ryby, węgorze, ośmiornice, skorupiaki, mięczaki, wieloryby i temu podobne. Kilka znaków niewątpliwie wyobrażało morskie stworzenia nieznane wprawdzie dzisiejszemu światu, a jednak gnijące ścierwa których zauważyłem był na wysadzonej przez ocean równinie.

Najbardziej wszakże zafascynowały mnie rzeźbienia figuralne. Po drugiej stronie wody wyraźnie widać było, z racji ogromu ich rozmiarów, szereg reliefów o tematyce, która wprawiłaby Dorégo w zazdrość. Stworzenia miały, jak mniemam, przedstawiać ludzi, a przynajmniej kogoś w tym rodzaju, aczkolwiek ukazano je igrającymi niczym ryby w wodach podmorskiej groty bądź składającymi hołd w monolitycznej świątyni, najpewniej też podwodnej. Nad szczegółami twarzy i kształtów nie śmiem się rozwodzić, truchleję na samo ich wspomnienie. Bardziej groteskowe nad szkarady u Poego czy Bulwera, w ogólnym zarysie piekielnie przypominały ludzi mimo płetwiastych dłoni i stóp, porażająco szerokich i odętych ust, szklistych, wyłupiastych oczu, a również innych cech, które dużo nieprzyjemniej przywoływać. Rzecz ciekawa, wydawały się odrobionymi nieproporcjonalnie względem rozgrywających się w tle scen, bo oto jedną z postaci ukazano w trakcie zabijania niewiele większego od niej samej wieloryba. Zauważyłem, jak już nadmieniłem, ich groteskowość i nadzwyczajne wymiary, wszelako uznałem od razu, że były to jedynie przedstawienia bóstw jakiego prymitywnego plemienia rybaków lub żeglarzy, ostatni potomek którego zmarł na wiele epok przed tym, nim narodził się protoplasta człowieka z Piltdown czy neandertalczyka. Zdjęty trwogą i zachwytem wobec tego nieoczekiwanego wejrzenia w przeszłość, co przechodziła wyobrażenia najśmielszych antropologów, stałem, rozmyślając w blasku księżyca osobliwie rozświetlającego pogrążony w ciszy kanał przede mną.

I wtedy nagle to ujrzałem. Lekkim aby zruszeniem wody, znamionującym wypływanie ku powierzchni, wychynęło z ciemnej toni. Ogromne, przywodzące na myśl Polifema obrzydlistwo pomknęło niby monstrualna poczwara z koszmarów nocnych ku monolitowi, który ogarnęło gigantycznymi łuskowatymi ramionami, jednocześnie schylając plugawy łeb i dobywając z siebie miarowe dźwięki. Chyba wtenczas właśnie oszalałem.

Gorączkowe drapanie się na zbocze i urwisko i deliryczny powrót do szalupy pamiętam jak przez sen. Zdaje się, żem śpiewał na potęgę, a kiedy już nie mogłem, śmiałem się obłąkańczo. Jakiś czas po tym, gdy dotarłem do łodzi, mgliście pomnę wielki sztorm; tak czy tak wiem, że słyszałem salwy grzmotów tudzież inne dźwięki, które przyroda wydaje li tylko w najdzikszych usposobieniach.

Kiedym się wynurzył z mroków, znajdowałem się w szpitalu w San Francisco, sprowadzony przez kapitana amerykańskiego statku, który wyłowił mą szalupę śród oceanu. Wyrzekłem był w malignie wiele słów, lecz, jak się dowiedziałem, nie zwracano na nie szczególnej uwagi. O żadnym wypiętrzeniu lądu na Pacyfiku wybawicielom moim wiadomym nie było, ja zaś nie widziałem potrzeby upierania się przy czymś, w co miałem pewność, że nie dadzą wiary. Raz odszukałem znamienitego etnologa i ubawiłem go niecodziennymi pytaniami na temat pradawnej legendy Filistynów o rybim bogu Dagonie; wprędce jednak zobaczywszy nieuleczalnie konwencjonalną postawę uczonego, przestałem naciskać.

Nocą, a szczególnie w porze ubywającego garbatego księżyca, widzę to coś. Próbowałem morfiny, atoli dała raptem chwilowe wytchnienie i zamknęła mnie na dobre w żelaznym uścisku. Teraz przeto, spisawszy pełne sprawozdanie ku ludzkiej wiadomości bądź pogardliwej uciesze, zakończę to wszystko. Zastanawiam się częstokroć, czy cała ta historia nie była aby produktem czystej fantazji — sprawką gorączki, kiedy to po ucieczce z okrętu niemieckiego bredząc, leżałem w otwartej łodzi tknięty porażeniem słonecznym. Ilekroć zadaję sobie to pytanie, w odpowiedzi jak żywe staje mi przed oczami to plugastwo. Nie potrafię myśleć o głębinach oceanu, nie drżąc przy tym na wspomnienie nieopisanie wstrętnych istot, które a nuż w tej oto chwili pełzną czy lezą po mulistym dnie, oddając cześć prastarym bożyszczom z kamienia i rzeźbiąc własne obmierzłe podobizny na podmorskich obeliskach z pogrążonego w wodzie granitu. Oczyma wyobraźni widzę dzień, skoro wynurzą się z fal, by cuchnącymi szpony ściągnąć w odmęt żałosne niedobitki umęczonego wojnami rodzaju ludzkiego — dzień, w którym ląd się zatopi, a czarne dno oceaniczne wyniesie ku górze wpośród powszechnego pandemonium.

Koniec jest bliski. Słyszę odgłos u drzwi, jakby parło na nie olbrzymie, oślizłe cielsko. Nie znajdzie mnie. O Boże, WIDZĘ ŁAPĘ! Okno! Okno!


Howard Phillips Lovecraft, 1917

Z angielskiego przełożył
Paweł Jarosław Kamiński

Tłumacz pragnie złożyć podziękowania za uwagi
Panu Janowi Sofińskiemu,
pierwszemu czytelnikowi przekładu


© Paweł Jarosław Kamiński 22.11.2021 (aktualizacja: 31.07.2025)