Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Biblia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Biblia. Pokaż wszystkie posty

piątek, 23 sierpnia 2024

Anatomia przekładu

Wśród czytelników Pisma Świętego nie zorientowanych w arkanach sztuki przekładowczej panuje powszechne a mylne przekonanie, że tłumaczenie wierne to tłumaczenie dosłowne. Otóż jest wręcz odwrotnie – im dosłowności mniej, tym z reguły przekład lepszy.


Niektórzy argumentują, że dobre wydanie Biblii winno zawierać literalnie przełożony tekst z zaproponowanymi wieloma opcjami przekładu leksemów czy zwrotów, a czytelnik samodzielnie dokona sobie interpretacji. Że niby odbiorca nie znający danego języka wybierze sobie spośród zaproponowanych przez tłumacza wariantów te, które uzna za najwłaściwsze. Tyle że taki tekst w gruncie rzeczy powstać by nie mógł, nie sposób bowiem wyczerpać wszystkich możliwości przełożenia danego zdania, a nawet słowa. Jakiż wyraz istnieje w oderwaniu od kontekstu?

Mit słownika

Wielu zjadaczy chleba żyje w złudnym przeświadczeniu, jakoby przekład polegał na zamianie słów i konstrukcji języka wyjściowego (języka oryginału) na słowa i konstrukcje języka docelowego (języka przekładu). I że w związku z tym receptą na dobry przekład jest solidny, czyli gruby słownik. Otóż nie tędy droga... W tłumaczeniu nie podmienia się mechanicznie słownikowych odpowiedników, przekład to czynność znacznie bardziej złożona: gdyby było tak łatwo, tłumaczy już dawno zastąpiłyby maszyny. Tymczasem język i myślenie podlegają znaczniej bardziej skomplikowanym mechanizmom.


Niepodobna zmieścić w słowniku wszystkich znaczeń danego leksemu, które by przyszły do głowy rodzimemu użytkownikowi języka, gdyż „nikt nie jest w stanie wyobrazić sobie wszystkich sytuacji, w jakich pojawić się może dana jednostka leksykalna” (K. Hejwowski, Kognitywno-komunikacyjna teoria przekładu, Warszawa 2006, s. 35). Co za tym idzie, „nawet najobszerniejsze słowniki zawierają luki” (K. Lipiński, Vademecum tłumacza, Kraków 2006, s. 139). Ponadto posiłkowanie się słownikami, a także wydawnictwami poprawnościowymi, w celu uniknięcia użycia danego słowa w niewłaściwym znaczeniu przynależy raczej do nowożytności. Dawniej słowników było znacznie mniej i tym samym znacznie rzadziej do nich sięgano, nawet obecnie jednak znaczenie leksemów należy ustalać przede wszystkim na podstawie kontekstu, nie słownika, gdyż to słowniki powstają na podstawie tekstów, nie odwrotnie. Każdy autor może rozszerzyć znaczenie danego wyrażenia, zwrotu, frazy czy wyrazu i używa języka specyficznie: ma swój idiolekt, niekoniecznie wyraża się „słownikowo”. Oddajmy głos przytoczonemu już Krzysztofowi Hejwowskiemu (dz. cyt., s. 29–30, 34):

Mit tłumaczenia dosłownego zakłada wiarę w mit słownika. Mit słownika to przekonanie niektórych naiwnych użytkowników o tym, że słowniki podają nam ekwiwalenty tłumaczeniowe danych jednostek leksykalnych języka wyjściowego. Wystarczy wziąć taką gotową cegiełkę ze słownika dwujęzycznego i wetknąć ją w odpowiednie miejsce tekstu docelowego. (...) Tłumacze wiedzą doskonale, że ekwiwalenty w słownikach dwujęzycznych trzeba weryfikować za pomocą różnych słowników monolingwalnych (...). Szukając polskiego ekwiwalentu angielskiego wyrazu podczas tłumaczenia, wolę często zajrzeć do angielskiego słownika jednojęzycznego, bo zamieszczony tam opis wyrazu i przykłady jego zastosowań pewniej mnie zwykle doprowadzą do poszukiwanego wyrazu polskiego niż słownik dwujęzyczny. Trzeba pamiętać, że słowniki nie odkrywają i nie ujawniają jakichś absolutnych prawd o języku i jego znaczeniu. Opisują jedynie rzeczywistość językową w kategoriach statystycznych. (...) 
Ludzie wierzą w autorytet słowa pisanego. Często sądzimy, że słowniki i opracowania gramatyczne to pełna wiedza na temat języka, przedstawiona nam przez specjalistów, którzy wiedzą wszystko. My, zwykli śmiertelnicy, nigdy takiej wiedzy nie osiągniemy, możemy jedynie do niej aspirować. W takim nabożnym podejściu do słowników znika nam z pola widzenia prosta prawda, że słowniki są pisane przez ludzi, których wiedza na temat języka – choć zapewne większa od przeciętnej – nie może przecież być pełna, którzy dysponują ograniczonym czasem, ograniczonym budżetem i ograniczonymi korpusami tekstów. Efekty ich działania mogą być lepsze lub gorsze, ale nigdy nie dostarczą nam pełnego opisu języka.


Barwnie i ze swadą w materii zawodności i niewystarczalności słownika wypowiada się tłumacz z portugalskiego Danielo Nogueira (tłum. Joanna Tkaczyk):

Tłumacz otoczony słownikami jest jednym z tych złudzeń, które straszą wyobraźnię laików – ale i wielu tłumaczy. Sterta słowników nie czyni dobrym tłumaczem – tak jak dobry aparat nie uczyni nikogo dobrym fotografem czy też posiadanie samochodu Formuły 1 nie zrobiłoby ze mnie kierowcy wyścigowego. 
Ograniczyłem wiarę w słowniki. Ktoś, kto napisał to, co teraz tłumaczę, nie zawsze kieruje się słownikiem. Raczej jest zupełnie odwrotnie: słowniki niejako podążają za tym, co napisali ludzie, i zawierają jedynie użycie uważane za „poprawne”, jakiekolwiek jest znaczenie. Oczywiście zawierają tylko rzeczy sprawdzone. A ludzie, którzy piszą słowniki, mają również swoje uprzedzenia. (...) 
Słowniki są bardzo potężną bronią i nie powinno się zostawiać ich w niedoświadczonych lub niewyszkolonych rękach. Słowniki dwujęzyczne są bardziej niebezpieczne od jednojęzycznych, ponieważ dają tłumaczom złudne poczucie bezpieczeństwa. A im większe, tym bardziej niebezpieczne: Jest ten wielki słownik, wydany przez to duże wydawnictwo i napisany przez takich specjalistów, a w nim „X” = „Y”. Więc mogę przetłumaczyć „X” jako „Y”.

Niestety, to nieprawda. W najlepszym przypadku słownik podaje, że znaleźliśmy co najmniej jeden przykład słowa „X”, które według naszej najlepszej wiedzy i przekonania powinien być przetłumaczony jako „Y” i uznany za odpowiedni do słownika. To nie znaczy, że przykład słowa „X” w naszym tekście należy tłumaczyć jako „Y”. Jest to bolesna lekcja, ale musi nauczyć się jej każdy, kto planuje w przyszłości zostać dobrym tłumaczem.

Owszem, można by wydać multiwariantywny, rzecz jasna nie wyczerpujący wszystkich możliwości, specjalny przekład Biblii z myślą o filologach (hebraistach czy grecystach lub osobach uczących się tych języków), tyle że przeciętny człowiek filologiem nie jest i guzik go obchodzą zakresy znaczeniowe leksemów, idiomy czy składnia języka wyjściowego – i słusznie, bo od przełożenia ich na zrozumiały komunikat nie jest nieprzygotowany filologicznie (czyli niekompetentny językowo) czytelnik, lecz tłumacz filolog (znawca języka i kultury oryginału). Nie znającemu greki ani aramejszczyzny Iksińkiemu taka akademicka „pomoc” w interpretowaniu Pisma św. wyświadczyć by mogła wręcz niedźwiedzią przysługę z racji nieposiadania przezeń zaplecza filologicznego. Musi zatem posiłkować się różnymi przekładami, z tych zaś każdy jest interpretacją: nie da się od tego uciec.

Terminy historyczne, nieprzystawalność pojęć

Są w świecie antycznym rzeczy i pojęcia – wyjaśnia Kazimierz Kumaniecki – które od dawna nie istnieją już w świecie nowożytnym i nie mają w nim swoich odpowiedników; toteż tłumacz pragnąc je wiernie oddać staje od razu przed wielkimi trudnościami, z których zresztą niejednokrotnie nie zdaje sobie w pełni sprawy. (K. Kumaniecki, Nad prozą antyczną, w: O sztuce tłumaczenia, Wrocław 1955, s. 99).

Następnie autor rzuca garść przykładów. Grecki stratēgos (στρατηγός) nie może zostać w tłumaczeniu „generałem” czy „hetmanem”, nie sposób mówić o „narodzie ateńskim”, jeżeli Ateńczycy nie tworzyli narodu, łaciński consul to w średniowieczu nie „konsul”, lecz „rajca”, advocatus zaś – „wójt” (tamże, s. 99–100).

Dzieje tak się też w przypadku Pisma Świętego, gdzie pewne utarte w polszczyźnie biblijnej terminy nie przystają do dzisiejszych realiów ani nie stanowią adekwatnego odpowiednika danego leksemu użytego w oryginale. Tak jest choćby ze słowem „celnik”, które znaczy obecnie co innego niż w staropolskich Bibliach (pracownika państwowego urzędującego na przejściu granicznym), znacznie lepiej zaś sens greckiego telōnēs (τελώνης) oddaje dziś polskie słowo „poborca”. Słabo też wypadają „uczeni w piśmie (Piśmie)”, „uczeni w Prawie” czy „doktorowie”, podczas gdy lepszym odpowiednikiem tożsamych nomodidaskalos (νομοδιδάσκαλος: Łk 5,17), grammateus (γραμματεύς: Łk 5,21; Mk 2,6; 12,28; Mt 9,3; 23,29) i nomikos (νομικὸς: Mt 22,35; Łk 10,25; 11,43.46.47) byłby „znawca Tory” lub „znawca Pisma Świętego” (nie: pisma, bo nie uczyli czytać i pisać! również raczej nie: Pisma, gdyż słuchacze nie będą dużej litery słyszeć: przypomnę, że Biblia bywa czytana podczas kazań i homilii – dla niektórych ludzi jedynych sytuacji, kiedy mogą zapoznać się z jej treścią); można by też ewentualnie rozważyć – na zasadzie tzw. egzotyzacji – wprowadzenie, wraz z załączeniem odpowiedniej adnotacji, terminu „sofer” (l.mn. „soferowie”, od hebr. soferim), jeśli o soferów w tekście chodzi. Biblijne realia są egzotyczne, pochodzą z odległych czasów ludzi żyjących niejako w innym świecie: kiedy tłumaczymy tekst pochodzący np. ze średniowiecza, występują w nim średniowieczne realia, a co za tym idzie – terminy i pojęcia historyczne, które niekiedy trzeba opatrzyć stosownym glosariuszem, jeżeli współcześnie nie mamy odpowiednika określonej funkcji, przedmiotu czy zjawiska.

Łatwiej zrzynać, niż ruszyć konceptem

Tłumacze Biblii zbyt często zakładają ręce i asekuracyjnie papugują rozwiązania poprzedników, tymczasem uczciwie podchodząc do rzeczy, winni zweryfikować, czy aby na pewno dane słowo lub zwrot rozumiano dotychczas należycie, nawet gdyby tradycja określonej wykładni i rozwiązania przekładowego sięgała setek i więcej lat. Jeśli popełniono kiedyś błędy, trzeba dopatrzeć, żeby ich nie powtarzać, choćby stali za nimi wielcy średniowieczni czy nowożytni egzegeci: jednym z takich przypadków jest powielanie, bodaj wskutek wykładni Jana Chryzostoma, niefortunnie przełożonego w J 11,33 i J 11,38 słowa embrimaomai (ἐμβριμάομαι), które tak naprawdę mówi o wzburzeniu, gniewie Jezusa, nie o wzruszeniu (zob. W. Linke, Wzruszenie czy zdenerwowanie Jezusa? Uwagi do tłumaczenia J 11,33.38, czyli tłumacz samotny wobec tradycji, w: Polszczyzna biblijna, t. 1, Toruń 2009, s. 203–222).

Z takim lenistwem intelektualnym mamy zresztą do czynienia na polu przekładu nie tylko Biblii, lecz także, aczkolwiek w znacznie mniejszym stopniu, starożytnych filozofów. Przykładem trudności translatorskich są chociażby greckie arēte i łacińskie virtus, niekoniecznie tożsame z polską „cnotą” (zob. T. Mróz, Rara avis przekładów Platona. „Eutyfron” w tłumaczeniu Józefa Bocheńskiego, w: Homo moralis – homo creativus, Jelenia Góra 2015, s. 125–6). U Stagiryty z kolei tytuł dzieła oddawany tradycyjnie jako Etyka nikomachejska winien brzmieć raczej O celu ludzkiego życia bądź Do czego powinniśmy dążyć?, gdyż wbrew bałamutnej ułudzie greckich ethike i ta ethika nie traktuje o etyce ani moralności (zob. L. Skowroński, Dlaczego konieczne jest nowe tłumaczenie Etyki nikomachejskiej Arystotelesa?, „Archiwum historii filozofii i myśli społecznej” 2011, nr 56, s. 53–68).


Koloryt



Nierzadko pada argument, że skoro oryginał ma swój urok i kryje tajemnice, to i przekłady dosłowne muszą dać czytelnikowi posmak owej tajemnicy oraz tzw. kolorytu lokalnego (couleur locale). Zwolennicy takiego podejścia chcą mieć do czynienia w przekładzie z efektem obcości. Koncepcja dwóch sposobów tłumaczenia – wyobcowującego i przyswajającego — pochodzi bodaj od Lutra i Schleiermachera. Tyle tylko, że przekład Biblii nie jest podręcznikiem do nauki greki, aramejskiego czy hebrajskiego. Tłumaczenie ma być oddaniem w języku docelowym tego, co niezrozumiałe dla czytelnika nie znającego języka wyjściowego. A za arcypotężną dawkę kolorystyki wystarczą aż nadto już same zachowania, zwyczaje, geografia i obrzędy postaci biblijnych żyjących w jakże odległych czasowo, geograficznie, mentalnie i obyczajowo światach. Egzotyzmy należy więc sobie darować, chyba że – jak pisałem wyżej – mamy do czynienia ze zjawiskiem, funkcją czy przedmiotem historycznym dziś już nie występującym.

W zasadzie w każdym wypadku można i jest bezpiecznie z semityzmów rezygnować – przekonuje Andrzej Zaborski. – Język polski niewątpliwie posiada środki wyrazu ekwiwalentne środkom wyrazu języka hebrajskiego czy greki, chociaż oczywiście nie te same. (Nowe tłumaczenia Biblii a teoria przekładu, „Ruch Biblijny i Liturgiczny” 1977, nr 30, s. 306).

Przekład jest interpretacją

Jeszcze inni preferują przekłady dosłowne Pisma św. dlatego, że wolą być „zwiedzeni” literalnością tłumaczenia aniżeli wykładnią interpretatora. Tak jakby była jakaś różnica w stopniu niezrozumienia tekstu w jednym i drugim przypadku: błędna wykładnia jest błędna niezależnie od tego, czy podsunie nam ją autor przekładu niedosłownego, czy też dosłownego. A że nie można ufać interpretacji określonego tłumacza? Oczywiście! Przy tak arcyważnym tekście jak Słowo Boże nie można sobie pozwolić na zdanie się na jednego człowieka. Tylko że od poszerzenia horyzontu jest lektura książek i artykułów traktujących na temat poszczególnych biblijnych zagadnień, zwrotów, leksemów czy wersetów. I naturalnie porównywanie danego ustępu w różnych przekładach Biblii. Ewentualnie można się nauczyć oryginału, skoro nie chce się być skażonym interpretacją tłumacza. Niemniej jednak nawet wówczas będziemy sobie tekst przekładać i interpretować w głowie, gdyż każda lektura, nawet w ramach języka rodzimego, jest już interpretacją (zob. M. Łukasiewicz, Pięć razy o przekładzie, Kraków–Gdańsk 2017, s. 59–88). Pisał o tym chociażby Gadamer, co widać już po wymownym tytule jego pracy Lektura jest przekładem. Czymże jest przekład, jeśli nie oddaniem w innym języku tego, czegośmy się doczytali (tamże, s. 61)? Stefan Ingvarsson w wywiadzie dla „Dwutygodnika” ujmuje rzecz w następujący sposób: „(...) tłumacz dokonuje interpretacji, przekład jest orzeczeniem tłumacza na temat tego, czym jest według niego oryginalny tekst”.

NIE MA TRANSLACJI BEZ INTERPRETACJI – ta zasada stoi na pierwszej stronie elementarza adeptów sztuki przekładu. „[K]ażde przekładowe wykonanie oryginału jest jego interpretacją” (A. Kopacki, Mała typologia wady, w: O nich tutaj, Kraków–Warszawa 2016, s. 97). Uniknąć tego – powtórzmy – nie sposób, czytelnicy są skazani na poznawanie odczytań tłumaczy.

Nie tylko kafir nie ma letko



Na pocieszenie (acz marne, iście godne przyjaciół Hioba) można dodać, że podobne problemy występują w przypadku tłumaczeń świętej księgi islamu. Koran w klasycznym i nieocenionym przekładzie na polski też, jak dowodzi szkic Nasalskiego, pozostawia wiele do życzenia, grzesząc dosłownością i nieczytelnością (I. Nasalski, Koran w tłumaczeniu Józefa Bielawskiego, „Języki orientalne w przekładzie” 2002, nr 24, Kraków, s. 123–131). Dla przykładu sięgnijmy do trzech konkretów ukazanych w artykule:
  • W wersecie 68:16 czytamy: „My napiętnujemy go na ryju”. Czyżby chodziło o wulgarnie sformułowany tekst o wypaleniu za karę jakiegoś znamienia? Nic z tych rzeczy: idzie o zwykłe „utrzemy mu nosa”.
  • W wersecie 2:188 spotykamy niezbornie posklejane słowa: „(...) i nie zjadajcie sobie nawzajem majątków nadaremnie; nie oddawajcie ich sędziom po to, by zjadać grzesznie część majątku innych ludzi – skoro przecież wiecie”, tymczasem oryginał znaczy: „Nie pozbawiajcie się swoich majątków. Nie przekupujcie też sędziów, aby wejść w posiadanie cudzego majątku, skoro wiecie, że jest to grzechem”.
  • Werset 2:217 zaskakuje nas szkaradzieństwem: „[a jeśli ktoś z was wyrzeknie się swej religii] tacy będą mieszkańcami ognia”, mimo że nie chodzi tu o czczących ogień zaratusztrian, lecz o potępieńców, toteż właściwym przekładem mogłoby być: „takich czeka ogień piekielny” lub „tacy będą się smażyć w piekle”.
 
 
© Paweł Jarosław Kamiński 2019 (aktualizacja: sierpień 2024)

niedziela, 12 maja 2024

Mesjasz megaloman

Chciałbym podzielić się z P.T. Czytelnikami garścią faktów i przemyśleń dotyczących pisowni zaimków odnoszących się do Boga. A nuż okaże się przydatna dla autorów, redaktorów i tłumaczy tekstów nie tylko stricte religijnych.

W uchwale Rady Języka Polskiego z 7 maja 2004 czytamy:
Zaimki odnoszące się do Boga również można zapisywać wielką lub małą literą, np. On/on, Jego/ jego, Twój/twój. Zaimki zwrotne się/siebie piszemy małą literą.
W wydanej później Pisowni słownictwa religijnego powyższy tekst przybrał następującą postać:
Wielką literą piszemy: (…) Zaimki odnoszące się do Boga: jeżeli zaimków tych używamy w wypowiedziach skierowanych do Boga, to zapisujemy je wielką literą, np. Bądź wola Twoja; jeżeli natomiast używamy ich w wypowiedziach o Bogu, można zapisywać je wariantywnie – wielką lub małą literą, np. On/on, Jego/jego, np. powitajmy maleńkiego i Maryję, matkę Jego lub …i Maryję, matkę jego. Zaimki zwrotne się/siebie w tejże funkcji piszemy małą literą, np. Pan Bóg objawił ludziom siebie i tajemnicę swojej woli.
Z umiarkowanym stopniem ujmowania w karby dużych liter zaimków odnoszących się do Jezusa w zwrotach nie bezpośrednich, lecz w partiach narracyjnych mamy do czynienia w bardzo popularnej protestanckiej Biblii warszawskiej. Kilka przykładów:
  • „A On wziął owe pięć chlebów i dwie ryby (...)” (Mk 6,41).
  • „Ja chrzciłem was wodą, On zaś będzie chrzcił was Duchem Świętym” (Mk 1,8).
  • „A On mu odrzekł: Czemu pytasz mnie o to, co dobre?” (Mt 19,17).
  • „A On gromił je i nie pozwalał im mówić, bo one wiedziały, iż On jest Chrystusem” (Łk 4,41)
  • „Ale On mówił o świątyni ciała swego” (J 2,21).
Biblia warszawska nie jest w tej materii konsekwentna i dużą literą obdarowuje tylko niektóre tyczące Jezusa zaimki. Biblia Tysiąclecia posuwa się w jeszcze dalej, gęsto faszerując tekst zaimkami wielkoliterowymi ― wystarczy otworzyć tekst na obojętnie której stronie dowolnej Ewangelii.

O dziwo, manierę stosowania dużej litery do zaimków można spotkać w sytuacjach, gdy wypowiedź nie pochodzi od narratora, lecz pada z ust ludzi nie przekonanych do mesjaństwa Jezusa albo przynajmniej tego nieświadomych, a nawet ― tak, tak! ― wyraźnie do Jezusa nastawionych wrogo:
  • „Oni zaś rzekli do Niego: »Uczniowie Jana dużo poszczą i modły odprawiają, podobnie też uczniowie faryzeuszów; natomiast Twoi jedzą i piją«” (Łk 5,33 BT).
  • „Jakże Ty, będąc Żydem, prosisz mnie, Samarytankę o wodę?” (J 4,9).
  • „Znowu zapytał go arcykapłan, i rzekł mu: Czy Ty jesteś Chrystus, Syn Błogosławionego?” (Mk 14,61).
  • „Czemu On tak mówi? [On] bluźni” (Mk 2,7 BT).
Nawet w wypowiedzi diabła obserwujemy osobliwy zapis dużymi literami:
  • „Dam Ci tę całą władzę i jej przepych, ponieważ mnie ona została powierzona i mogę ją dać, komu chcę. Jeśli więc oddasz mi hołd, wszystko będzie Twoje” (Łk 4,6 Biblia paulistów).
Swoją drogą ciekawe, dlaczego dużą literą nie oddają zaimków w wypowiedziach szatana dotyczących własnej osoby (można by wszak np. w Mt 4,9 napisać: „To wszystko dam ci, jeśli upadniesz i złożysz Mi pokłon”). Nie brakowało mu przecież pychy, ego miał wprost niebotyczne: „Wstąpię na niebiosa, swój tron wyniosę ponad gwiazdy Boże i zasiądę na górze narad, na najdalszej północy. Wstąpię na szczyty obłoków, zrównam się z Najwyższym” (Iz 14,13-14). Nikogo, ma się rozumieć, nie zachęcam do takiej praktyki, wskazuję tylko na pewien brak przemyślenia i konsekwencji w decyzjach ortograficznych przyjętych w polskich Bibliach.

To wszystko dam Ci, jeśli upadniesz i złożysz Mi pokłon

Szczytem jednak wielkoliterowej obsesji są bodaj partie tekstu, w których Jezus mówi sam o sobie, a redaktorzy piszą dużymi literami zaimki „Ja”, „Mnie”, „Mój” itp. Swego czasu zżymał się na to zmarły niedawno Robert Stiller: „Z tą groteskową dużą literą, jakby podkreślając czołobitność Jezusa wobec samego siebie” (Pokaż język!, t. 1, Kraków 2012, s. 313). Tymczasem dużymi literami trzeba gospodarować w polszczyźnie oszczędnie. Z praktyką takiego swobodnego używania dużych liter mamy do czynienia nawet w Biblii warszawskiej, a cóż dopiero w „Tysiąclatce”:
  • „Oto dlatego Ja posyłam do was proroków i mędrców, i uczonych w Piśmie (...)” (Mt 23,34).
  • „To i Ja wam nie powiem, jaką mocą to czynię” (Mt 21,27).
  • „Wszakże nie co Ja chcę, ale co Ty” (Mk 14,36).
  • „Jeżelibym Ja wydawał o sobie świadectwo, świadectwo moje nie byłoby wiarygodne (...)” (J 5,31).
  • „Nie powitałeś Mnie pocałunkiem (...). Głowy nie namaściłeś Mi oliwą (...)” (Łk 7,45-46 BT).
  • „Tak, Ja Nim jestem” (Mt 26,64 BT) ― tu mamy urocze spiętrzenie aż dwóch takich zaimków.
W tekstach tak zapisanych Jezus jawi się jako megaloman, pyszałek i egocentryk, podczas gdy opisany w Księdze Izajasza Sługa Jahwe miał się cechować m.in. daleko posuniętą pokorą. Pokory wszakże nie uświadczymy w tak dziwnych rozwiązaniach redaktorskich polskich tłumaczeń Pisma św., które swoim zapisem wręcz świadczą o nieskromnie wybujałym ego Człowieka z Nazaretu. Zresztą nawet wstawianie wielkoliterowych zaimków w tekstach dotyczących Ojca niebieskiego lub wychodzących z jego ust (poza wypowiedziami skierowanymi wprost do niego) też budzi pewien niesmak i zgrzyta. Jahwe ― Ojciec, Syn czy Duch Święty ― nie potrzebuje takiego wsparcia ortograficznego. O aktach stwórczych i odkupieńczych Boga oraz jego działaniu w życiu jednostek i narodów mówi całe mnóstwo wersetów. Mocy, wielkości i niepowtarzalności Boga nie trzeba podbudowywać wielkoliterowymi zaimkami: nie przydadzą mu one boskości ani nie przymnożą niepodrabialnych atrybutów.

Niektórym i tego nie wystarcza: wcielają do armii dużych liter nawet zaimki „swój” i „sobie”. Zjawisko to szczęśliwie nie występuje, jak się zdaje, w przekładach Biblii, mamy z nim jednak do czynienia w religijnych tekstach pozabiblijnych (np. śpiewnikach).

Na tym nie koniec. Ta jedynie słuszna moda przenika do piśmiennictwa pozateologicznego, gdzie coraz więcej takich dziwów. Zapewne niemały wpływ ma na to zjawisko angielszczyzna i tłumaczone z niej teksty, dlatego przypomnę, że His (gdy mowa o którejś z Osób Boskich) nie zawsze trzeba oddawać po polsku jako „Jego”. W przekładzie na polski zaimki można często pominąć, bo są one domyślne na podstawie kontekstu, a jeśli zaimka użyć należy, to nieraz wystarczą zwyczajne „swój” lub „własny”. Przecież gdy idzie o jedną i tę samą osobę, nie mówimy: Marcin wziął jego kapelusz, tylko: Marcin wziął swój kapelusz, a najczęściej po prostu: Marcin wziął kapelusz, jeżeli tylko kontekst nie podpowiada, aby w grę mógł wchodzić kapelusz kogo innego niż Marcina, a z takimi sytuacjami przecież, statystycznie rzecz biorąc, mamy do czynienia w tekstach i w życiu zdecydowanie najczęściej.

Zjawisko przeniknęło do pism niereligijnych do tego stopnia, że już trudno sobie wyobrazić tekst, w którym by w odniesieniu do Boga zaimki pisano małymi literami. Jako ostateczną wyrocznię podsuwa się książkę, skądinąd pomocną i wartościową, Pisownia słownictwa religijnego lub izolowane porady językoznawców. Jakby zapominając o jednym: że taki czy inny zapis zależy od kontekstu, jak również od intencji piszącego, nie zaś od sztywnej, ślepej reguły językoznawców. Dodatkowo mamy chociażby warianty „Ewangelia” i „ewangelia” (gdy mowa o naukach Jezusa, nie o księdze), a także „Pismo Święte” i „Pismo święte”. Teolodzy wszakże znają i forsują oczywiście tylko sztancę: „Ewangelia” i „Pismo Święte”.

Interesująco pisał o wielkoliterowej konwencji Michał Wojciechowski, którego wypowiedź pozwolę sobie przytoczyć in extenso (M. Wojciechowski, Słabe punkty polskiego tłumaczenia Ewangelii w Biblii Tysiąclecia, „Biblica et Patristica Thoruniensia”, nr 9, 2016, s. 155):
Najszkodliwsze jest jednak to, że zaimki, które odnoszą się do Osób Boskich, Jezusa jako człowieka i jego matki, pisane są w BT z dużej litery. Jest to jaskrawa sprzeczność z oryginałem, gdzie zaimki te są niesamodzielne i przeważnie nawet nieakcentowane. Dość często można by je po prostu ominąć. Raczej „czcij ojca i matkę” niż „czcij ojca swego i matkę swoją”.

Nadmiar dużych liter wcale nie nawiązuje do tradycji. Jest to koncepcja redaktorów BT, gdyż przekłady wcześniejsze ich nie nadużywały. Przeniesiono tę manierę z niektórych tekstów liturgicznych, wmawiając wszystkim, że taka powinna być norma. Tymczasem oddawanie czci Panu Jezusowi przez sztuczną ortografię wydaje się mocno powierzchowne.

Dalsze przekłady poszły niestety za tym, choć zostawiając małą literę przy pierwszej osobie. W BT Jezus mówi jednak o sobie „Ja”, „Mnie” ― z dużej litery. Z dużej litery mówią też o nim przeciwnicy, co jest jaskrawym zafałszowaniem. Potem redaktorzy pism i książek religijnych zaczęli wymuszać również na autorach artykułów i książek nadużywanie dużych liter w tekstach naukowych i popularnych, przez co publikacje religijne bywają dość niestrawne dla nieprzyzwyczajonych do tej maniery.
I jeszcze dwa słowa ze strony profesora (M. Wojciechowski, Najnowszy przekład biblijny, „Collectanea Theologica”, t. 75, nr 4, 2005):
Jak w Biblii Tysiąclecia przyjęto pisownię wszystkich zaimków odnoszących się do Boga i Jezusa. Jest to niestety ortografia wprowadzona sztucznie, wbrew dawniejszej tradycji (od czasów Wujka po Dąbrowskiego) (...). Niesłusznie uchodzi za normatywną. Masowy czytelnik nie jest nawykły do tekstów kościelnych i odbiera ją jako męczącą i dziwaczną (...). Przyjęte rozwiązanie nie wynika z wierności oryginałowi, lecz pewnej maniery, a szkodzi przystępności dla ogółu, która była ważnym celem przekładu.

Do wszystkich powyższych uwag należy jednak poczynić pewne zastrzeżenie. Otóż o ile w tekstach autorskich można wyginać i kształtować praktycznie wszystkie zdania po uważaniu, o tyle w co niektórych tekstach przekładanych (tłumaczenie to wszakże czynność nie tyle stricte twórcza, co, rzekłbym, naśladotwórcza) ostre manewrowanie składnią zdań i synonimami, byleby zaimki odnoszące się do Boga zapisać małymi literami, może skutkować zagubieniem stylu oryginału. Taka ekwilibrystyka odbywa się kosztem wierności literze. Ergo: skórka nie opłaci się za wyprawkę. Jeśli więc nie możemy sobie pozwolić na zbytnie odchodzenie od formy tekstu wyjściowego, w takich przypadkach lepszą opcją wydaje się stosowanie rozwiązania wielkoliterowego. Nie powinno to jednak wynikać z lenistwa tłumacza, tylko z przyczyn obiektywnie narzucanych przez formę.

__________________

Podsumujmy:
  1. Istnieją dwie równoprawne możliwości zapisu zaimków względem Boga ― albo wielką literą, albo małą. Bardzo ważna jest konsekwencja w ramach jednego tekstu. Żadna z tych dwu opcji Bogu nie umniejsza.

  2. W bezpośrednich zwrotach do Boga (czyli w modlitewnych ― wyrażających cześć ― apostrofach i inwokacjach), podobnie jak w epistolarnych zwrotach do adresata, stosujmy literę wielką.

  3. Zaimki „swój”, „siebie”, „sobie”, „się” piszmy w odniesieniu do Boga małą literą niezależnie od sytuacji, przy czym nie zapominajmy o wspomnianym wyżej zastrzeżeniu.


© Paweł Jarosław Kamiński 2024



wtorek, 2 kwietnia 2024

Marek Piela — Księga Rodzaju

Przed Wielkanocą otrzymałem egzemplarz, opatrzony dedykacją autora tłumaczenia, „Księgi Rodzaju” w przekładzie Marka Pieli, profesora hebraistyki na UJ, autora licznych znakomitych tekstów nt. tłumaczeń Biblii Hebrajskiej, w tym książki „Grzech dosłowności we współczesnych polskich przekładach Starego Testamentu” (Wydawnictwo UJ, Kraków 2003). Marek Piela to europejskiego formatu hebraista, znakomity teoretyk przekładu i wykładowca hebrajszczyzny na UJ.

Miałem przyjemność jako redaktor współpracować z nim przy trzech przedsięwzięciach wydawniczych, w ramach których przetłumaczył wybrane księgi Starego Testamentu:
– „Księga Rodzaju”, Księgarnia Akademicka, Kraków 2020 (redakcja Księgi Rodzaju);
– „Księga rodzaju. Księga Wyjścia”, Księgarnia Akademicka, Kraków 2021 (redakcja Księgi Rodzaju i Księgi Wyjścia);
– „Księga Sędziów, Księgi Samuela i fragment 1 Księgi Królewskiej”, Księgarnia Akademicka, Kraków 2022 (redakcja Księgi Sędziów).

W tym roku ukazała się właśnie czwarta propozycja przekładowa prof. Pieli, również, jak poprzednie trzy, z piękną XVI-wieczną ryciną na froncie okładki. Tym razem jest to poprawiona, zmieniona „Księga Rodzaju”; w jej powstanie miałem najmniej wkładu, niemniej autor tłumaczenia wyróżnił mnie w podziękowaniach. To dla mnie zaszczyt, Panie Profesorze!


Swoimi publikacjami traktującymi o przekładzie Starego Testamentu Marek Piela wnosi powiew świeżego, zdrowego powietrza do przestarzałych, związanych kajdanami tradycji reguł translatorskich, którymi kierują się tłumacze Biblii w Polsce, a które skutkują przekładami nużącymi, ciężkimi w odbiorze, topornymi i niezrozumiałymi, podczas gdy oryginał był dla pierwotnego odbiorcy na ogół potoczysty (uwaga: nie mylić z potocznym, choć i takie partie znajdziemy w Biblii Hebrajskiej), klarowny i zrozumiały.

Marek Piela prezentuje w praktyce tłumaczenie Biblii zgodne z prawidłami, które postulował na przestrzeni ponad dwóch dekad. Księgi biblijne w jego wydaniu oddają zarówno znaczenie oryginału (jakże często w innych przekładach trudne do uchwycenia lub wręcz nieobecne), jak i walory literackie tegoż (mamy m.in. archaizację i intertekstualne aluzje). W końcu można je czytać bez widocznych hebrajskich konstrukcji, idiomów i frazeologizmów, które tak nagminnie w innych tłumaczeniach Biblii przebijają przez powłokę słabej polszczyzny, niewolniczo idącej za literą oryginału. W końcu trzymam w ręku Biblię napisaną po ludzku, nie zaś mętną, mistyczną „polszczyzną biblijną”. Dodatkowo partie dialogowe są zapisane od myślników, jak na polski tekst przystało; nie ukrywam, że autora przekładu namawiałem do zastosowania takiego rozwiązania już w pierwszym wydaniu „Księgi Rodzaju”.

Wszystkich zainteresowanych zachęcam do lektury!


© Paweł Jarosław Kamiński 2024


niedziela, 10 kwietnia 2022

Brudne oblicze Hioba

W licznych artykułach i na wielu forach internetowych do dziś nie gasną echa kłótni i sporów, dyskusji i szarpanin o nazwy własne w przekładach. Na przykład o te zastosowane przez Jerzego Łozińskiego we Władcy Pierścieni czy Monikę Adamczyk-Garbowską we Fredzi Phi-Phi. Ostatnio oryginalne nazwy własne w Anne of Green Gables przywróciła Anna Bańkowska i wśród czytelników znów zawrzało, gdy zobaczyli w księgarniach Anne z Zielonych Szczytów.

Jako czytelnicy niejednokrotnie fanatycznie przywiązujemy się do nazw zasłyszanych w pierwszym przekładzie i nie chcemy słyszeć o innych (casus Anne…); innym z kolei razem tłumacz nie dociera do zaleceń autora dla przekładaczy ani motywacji kierującymi jego wyborami nazewniczymi (vide Władca...) albo rozmyślnie na intencje autora nie zważa. A jak to jest z klasyką nad klasyki?

W dzisiejszym artykule rzecz rozbijać się będzie o nazewnictwo biblijnej księgi, której autorstwo przypisuje się tradycyjnie Mojżeszowi, traktującej o losach patriarchy imieniem... no właśnie, jakim?

Zyg-zyg marchewka!

W niektórych przekładach Pisma św. spotkać możemy wersję „Job”, w innych na ogół „Hiob” (pozostałe, dużo mniej znane warianty celowo pomijam). W hebrajszczyźnie stoi אִיּוֹב (Ijjow), tyle że w języku polskim wiele nazw własnych, w tym imion postaci biblijnych, ma utrwaloną od lat postać swojską, mniej lub bardziej odbiegającą od brzmienia oryginalnego. Oto garść z nich:

• Mojżesz ― hebr. Mosze,
• Izaak ― Jicchak,
• Eliasz ― Elija(hu),
• Jakub ― Jaakow,
• Salomon ― Sz(e)lomo,
• Ruben ― Reuwen,
• Elizeusz ― Elisza,
• Sychem ― Szechem,
• Jerozolima ― Jeruszalaim.

Ba, pewne postaci mogą się poszczycić dwiema omal równorzędnymi, by nie rzec: konkurencyjnymi, formami w tradycji polskich nieżydowskich przekładów: mamy więc Nabuchodonozora i (trochę mniej popularnego) Nebukadnesara, Ezechiasza i (rzadszego, ale też wcale zadomowionego) Hiskiasza. Dodatkowo w życiu codziennym wyznanie mojżeszowe wypracowało własne wersje ― w tym zdrobnienia ― biblijnych imion własnych, które można było często usłyszeć na ulicach miast, miasteczek i wsi II Rzeczypospolitej oraz tej pod zaborami:

• Jankiew, Jankiel ― Jakub,
• Szmul ― Samuel,
• Ryfka ― Rebeka,
• Mosiek ― Mojżesz,
• Icek ― Izaak,
• Srul ― Izrael.

Tytułowa postać niniejszego wpisu ma dwie utarte w polskich Bibliach wersje imienia: Job i Hiob. Polszczyzna literacka jednak upodobała sobie formę z inicjalnym „h”, stąd chociażby „hiobowa wieść”. Wersja z „j” powinna odejść do lamusa, tego jej z całego serca życzę, tym bardziej że brzydko się kojarzy. Pisał już o tym i apelował o wyrugowanie z kulturalnej polszczyzny formy „Job”, mocno przywodzącej na myśl całą rodzinę wulgaryzmów o rodowodzie rosyjskim, ksiądz Janusz Frankowski, i to kilkukrotnie:
Forma „Job” ze względów oczywistych brzmi wyjątkowo źle. To prawda, że w katolickich przekładach Biblii używano niestety właśnie tej formy. BT miała okazję przełamać tę złą tradycję i wprowadzić dużo szczęśliwszą formę „Hiob”, niestety okazji tej nie wykorzystała. (J. Frankowski, Biblia Tysiąclecia i problematyka dzisiejszych przekładów Pisma Świętego, „Znak”, 1975, t. 27, s. 722)
We wcześniejszym o kilka lat tekście wypowiada się jeszcze klarowniej:
Chodzi mi tu (...) o imię „Job”. Imię to mam pięknie spolszczone w postaci „Hiob” wraz z uświęconym już wyrażeniem „hiobowe wieści”. Jakże więc można było zgodzić się [chodzi o wydanie pierwsze BT ― przyp. PJK] na formę „Job”, która ― powiedzmy to wprost, aby ją ostatecznie skompromitować, by nie wróciła, broń Boże, w nowym wydaniu BT ― nie ma w sobie nic z dostojności i tragizmu Hioba, a musi budzić tylko skojarzenia z językiem brukowym. Ile razy w grupach młodzieżowych otwieraliśmy BT na tej księdze i młodzież zobaczyła to imię, można było dostrzec w oczach błysk niedowierzania i zakłopotania, jak odczytać na głos takie słowo. (J. Frankowski, Biblia Tysiąclecia ― jej wartość i znaczenie, „Ruch Biblijny i Liturgiczny”, 1970, nr 2–3, s. 80)
W końcu redaktorzy Biblii Tysiąclecia poszli po rozum do głowy i z rady skorzystali, czego dowodem wydanie piąte. Aczkolwiek nie wszyscy bibliści podzielali zmysł językowy Frankowskiego: za przykład braku wyczucia w tej materii posłuży nam wypowiedź ks. Chmiela o chybionej, w jego mniemaniu, zmianie w trzecim wydaniu „Tysiąclatki” (J. Chmiel, Textus Receptus współczesnej Biblii polskiej. O trzecim wydaniu Biblii Tysiąclecia, „Ruch Biblijny i Liturgiczny”, 1981, t. 34, s. 276):
Wydaje się, że jakkolwiek forma „Hiob” ma więcej precedensów w literaturze polskiej (por. np. „jak Hiob na swym barłogu” T. Żeleńskiego, „Hiobowe łzy” M. Romanowskiego czy też powiedzenie „Hiobowa wieść”), to jednak forma „Job” jest starsza w słownictwie polskim (por. M. Sępa Szarzyńskiego „Na one słowo Jopowe: Homo natus de muliere, brevi vivens tempore” czy też nazwy własne: Jop, Jopek itd. Ale Redactio locuta est, causa finita; mnie jednak żal „Joba” (gdyż nie mam skojarzeń werbalnych z b. Kongresówki).
Słuszną decyzję podjęli również wydawcy Uwspółcześnionej Biblii gdańskiej (Fundacja Wrota Nadziei, Toruń 2017), którzy odświeżając kilkusetletnie tłumaczenie, postanowili zastosować literacką wersję imienia, nie wywołującą paskudnych skojarzeń.

„Job” pokutuje nadal w nie najmłodszej już Biblii warszawskiej, tak powszechnej wśród protestantów. Szczęściem postanowiono od tej postaci (zapisu, nie patriarchy) odejść na kartach Biblii ekumenicznej. Niestety, nie ma pewności, że ten potworek nie będzie jak zły szeląg powracać w kolejnych przekładach, skoro wypłynął na powierzchnię w jednej z nowszych translacji, autorstwa Piotra Zaremby (EIB). A fe, panie tłumacz!

Można również iść w stronę egzotyzacji, stosując formę: Ijjow, lub przyjąć formę używaną w polskim piśmiennictwie żydowskim, czyli: Ijow.

********

Na koniec ciekawostka: Anglosasi mają związaną z Hiobem kolokację dotyczącą nie wieści, lecz... cierpliwości. O ile my określilibyśmy cierpliwość raczej mianem żelaznej, a przede wszystkim anielskiej lub, jeśli dotyczy mrówczej, koronkowej roboty ― benedyktyńskiej, o tyle w angielszczyźnie mówi się o cierpliwości hiobowej (the patience of Job). Widać, każda kultura wynosi z historii patriarchy inne zdobycze językowe.



© Paweł Jarosław Kamiński 2019, 2022


sobota, 15 sierpnia 2020

Felerny „Nowy Testament”

Nowy Testament. Któż o nim nie słyszał! Nawet nie uznający Jezusa za Mesjasza Żydzi mają świadomość, że coś takiego istnieje, jakkolwiek niekiedy nie mają większego pojęcia o treści tej księgi. (Zresztą nie dziwota, skoro podobnie jest z wieloma wyznającymi chrześcijaństwo Polakami). A stykając się z jej hebrajskim przekładem, nierzadko są zdumieni, jak mocno przypomina starożytne teksty ich przodków. Wszystko to zasługa języka, w którym go zapisano. I nie chodzi o zewnętrzne cechy greckiego tekstu, lecz o podpowierzchniowy semicki rys, zdradzający hebrajski i aramejski sposób myślenia autorów plus odwołania do Starego Testamentu zapośredniczone przez Septuagintę. Ta sama frazeologia. Idiomatyka. Stylistyka. Nie jest to greka klasyczna ani koinē, lecz raczej „greka żydowska”, w wielu miejscach łudząco podobna do tej z Septuaginty.

https://cdn-images-1.medium.com/max/1600/1*yCOYDuUbncmzjuVT_RbDpQ.jpeg
Pierwsze przymierze

Nowy Testament. Księgi święte nowej ery ludu Bożego, spisywane przez uczniów i pierwszych naśladowców tyle wyczekiwanego Christosa. Maszijacha. Pomazańca Jahwe. Baranka i Syna Bożego. Króla królów i Pana panów.

Nowy Testament. Zbiór pism łączących, w przeciwieństwie do pism przedchrześcijańskich, wiele wyznań — od katolików, przez protestantów i prawosławnych, po Świadków Jehowy.

Nowy Testament jaki jest, każdy widzi. A co naprawdę ta nazwa oznacza? Dlaczego nazwano testamentem tę część natchnionych pism? (Kwestię znaczenia członu „nowy” pominiemy).

W języku polskim słowo „testament” ma jedno, określone znaczenie. Nie teologiczne, lecz prawnicze. Czyżby więc w Biblii mowa była o jakichś dwóch ostatnich wolach zapisanych przez testatorów na rzecz spadkobierców? Testament wchodzi w życie wraz ze śmiercią legatora: Chrystus umarł na krzyżu, toteż wszystko się zgadza. Czy aby na pewno? O jakiż to testament idzie?

Słowo „testament” wywodzi się bezpośrednio z łacińskiego testamentum, który to termin oznaczał „«dokument pisany o charakterze oficjalnym», czyli równie dobrze akt przymierza jak testament” (D. Rops, Co to jest Pismo Święte?, Poznań—Warszawa—Lublin 1959, s. 35). Z kolei testamentum stanowi przekład greckiego diathēkē, które ma dwa znaczenia: (1) testament, (2) przymierze. Warto sobie postawić w tym miejscu pytanie, czy w teologii Tanachu (biblijnych pism hebrajsko-aramejskich) występuje idea testamentu. Chyba i ze świecą byśmy nie znaleźli. Za to na wielu miejscach czytamy o przymierzu Boga z jego ludem.

Okazuje się, że tłumacze Nowego Testamentu, przekładając greckie natchnione pisma, trafili kulą w płot, oddając diathēkē jako „ostatnią wolę”, czyli rzeczony „testament”, zamiast jako „przymierze”, termin mocno osadzony w historii patriarchów, a potem ludu izraelskiego (o pierwszym przymierzu czytamy już w Rdz 6,18). Oddajmy głos Romanowi Zającowi (Biblia. Początek, Kraków 2016, s. 125, 127):
Przymierze (hebr. berit) to jedno z najważniejszych słów w Biblii, gdyż za pomocą tego terminu próbowano oddać istotę relacji, jaka występuje między Bogiem a Jego ludem. Cała Biblia to historia zawieranych kolejno przymierzy z Bogiem. (…) Wątek przymierza Boga z ludźmi przewija się przez całe Pismo Święte i powraca niczym refren w piosence. Biblia zawiera opisy przymierza z Noem, Abrahamem oraz całym narodem izraelskim za pośrednictwem Mojżesza. Stwórca wszechświata (…) wciąż myśli o człowieku, którego kocha i któremu chce zapewnić szczęście. Dlatego wychodzi z propozycją przymierza, w którym w zamian za wierność i posłuszeństwo Jego woli obiecuje opiekę i błogosławieństwo. (…) Co ciekawe, hebrajskim słowem berit Biblia określa również małżeństwo i mówiąc o przymierzu Boga z człowiekiem, często odwołuje się właśnie do tej małżeńskiej symboliki.
Jak podaje Daniel Gruber (Kopernik i Żydzi, Kraków 2012, s. 43), wyraz diathēkē występuje na kartach Septuaginty (przedchrześcijańskiego przekładu na grekę Tanachu i paru nienatchnionych pism) przeszło trzysta razy, lecz nigdy nie oznacza testamentu — zawsze przymierze.

W polskich przekładach NT słowa „testament” i „przymierze” przeplatają się w Liście do Hebrajczyków, gdzie mowa jest o wyższej od aniołów i Mojżesza pozycji Chrystusa, lepszym takowego kapłaństwie aniżeli lewickim, lepszej ofierze na krzyżu niż składane w świątyni kozły, woły i owce. „Oto idą dni, mówi Pan, a zawrę z domem Izraela i z domem Judy przymierze nowe. Nie takie przymierze, jakie zawarłem z ich ojcami w dniu, gdym ujął ich za rękę, aby ich wyprowadzić z ziemi egipskiej (…). Takie zaś jest przymierze, które zawrę z domem Izraela po upływie owych dni, mówi Pan: Prawa moje włożę w ich umysły i na sercach ich wypiszę je, i będę im Bogiem, a oni będą mi ludem” — czytamy w Hbr 8,8–10, co jest żywcem wzięte z Jr 31,31–33.

W kolejnym rozdziale listu argumentacja idzie dalej, traktując o „pośredniku nowego przymierza” (Hbr 9,15).

Kim jest ów pośrednik, na czym polegała jego rola i jak ma się jego pośrednictwo do nauk Tanachu?

A zatem... i tu właśnie napotykamy językowe trudności. Przekłady bowiem wersetów Hbr 9,15–18, pisze Gruber, zawierają szereg błędów powielanych przez kolejnych tłumaczy bez wnikania w kontekst tego fragmentu i jego spójność z resztą Pisma św. Przytoczmy ten passus za Biblią warszawską:
  • I dlatego jest On pośrednikiem nowego przymierza, ażeby gdy poniesiona została śmierć dla odkupienia przestępstw popełnionych za pierwszego przymierza, ci, którzy są powołani, otrzymali obiecane dziedzictwo wieczne.
  • Gdzie bowiem jest testament, tam musi być stwierdzona śmierć tego, który go sporządził;
  • Bo testament jest prawomocny z chwilą śmierci, a nie ma nigdy ważności, dopóki żyje ten, kto go sporządził.
  • Dlatego i pierwsze przymierze nie zostało zapoczątkowane bez rozlewu krwi.

Przymierze Number One
 
Po pierwsze, jak pisaliśmy wyżej, błędem jest samo pisanie w wersetach 16 i 17 o testamencie (a czynią tak bodajże wszystkie polskie przekłady) zamiast o przymierzu.

Po drugie, wyjaśnia Gruber, tłumacze oddają w w. 17 greckie epi nekros jako „w chwili śmierci” (Biblia warszawska) lub „po śmierci” (Biblia Tysiąclecia), tymczasem wyrażenie to, oznaczające dosłownie „przy martwych”, odwołuje się do śmierci zwierzęcia, które musiało zostać zabite, aby przymierze było ważne, a zatem idzie tu o swoistą pieczęć potwierdzającą zawarcie przymierza.

Po trzecie wreszcie, przekładacze, nie rozumiejąc słowa diathemenos (ww. 16 i 17), oddają je jako „ten, który go [testament] sporządził”. Otóż podczas zawierania przymierzy nie umierała żadna ze stron — ani Bóg, ani Noe, Abraham czy Izrael. Umierało natomiast zwierzę składane w ofierze jako potwierdzenie ważności przymierza. Taką ofiarą, wskazuje autor Listu do Hebrajczyków, jest właśnie Chrystus, którego śmierć stanowi przypieczętowanie przymierza między Bogiem a ludźmi. „Diathemenos — czytamy u Grubera (dz. cyt., s. 50) — w kontekście nauczania przedstawionego w Liście do Hebrajczyków, a także w kontekście przymierza Prawa i nowego przymierza (...) nie powinno być tłumaczone jako «ten, który sporządza testament/przymierze», lecz raczej jako «to, co zawiera przymierze» lub prościej «to, co ustanawia (lub potwierdza) przymierze»”.

Inkryminowane cztery wersety winny zatem brzmieć mniej więcej tak (tamże):
  • Dlatego jest On pośrednikiem nowego przymierza, ażeby, gdy poniesiona została śmierć dla odkupienia przestępstw popełnionych za pierwszego przymierza, co którzy są powołani, mogli otrzymać dziedzictwo wieczne.
  • Gdzie bowiem jest przymierze, tam musi być stwierdzona śmierć tego, który potwierdza przymierze.
  • Bo przymierze jest potwierdzane na podstawie martwych ciał, gdyż nie ma ono ważności, dopóki żyje ten, kto potwierdza przymierze.
  • Dlatego i pierwsze przymierze nie zostało ustanowione bez rozlewu krwi.
Takie rozumienie tekstu pokazuje, jak głęboko zanurzone w pismach przedmesjańskich są pisma mesjańskie. Jak wyraźnie odwołują się do wydarzeń z dziejów patriarchów i ludu Izraela.

Wykładnia taka rozjaśnia mroki, wskazując na związki wersetów z tekstami Tanachu, a także między sobą nawzajem.

Dzięki temu czytelnik nie musi w 9 rozdziale Listu do Hebrajczyków przeskakiwać dalej, pobieżnie przeszedłszy nad pozornie zrozumiałymi wersetami, lecz dostrzega spójny, klarowny wywód odkrywający, czym na tle Tanachu była ofiara Mesjasza.

Nazwa „Nowy Testament” (podobnie zresztą jak „Stary Testament”) jest więc błędna i mylna, choć trudno dziś od niej uciec. Można wprawdzie próbować, ale najważniejsze to rozumieć znaczenie ofiary Jeszui, o której mówi List do Hebrajczyków 9,15–18, z całą mocą i dobitnie (by nie rzec: drastycznie) przedstawiający wspaniałość poświęcenia Jezusa Chrystusa: naszego Pana i Zbawcy, Arcykapłana i Odkupiciela, doskonałej krwawej Ofiary potwierdzającej przymierze Boga z człowiekiem.

A swoją drogą już nawet Świadkowie Jehowy, pomimo tendencyjności swego przekładu pism nowotestamentowych, zdobyli się na to, by zaproponować lepszy, bo nie mylący tytuł tej części ksiąg natchnionych: Chrześcijańskie Pisma Greckie. Ot, prosto i zwyczajnie. Bez przekłamania wkładającego do nazewnictwa Biblii obcą jej teologii ideę testamentu. 


© Paweł Jarosław Kamiński 2019

czwartek, 23 kwietnia 2020

Zagadkowy dialog w Kanie

Zacznę z grubej rury: stawiam tezę, że Ewangelię św. Jana 2,4 przekłada się, oględnie rzecz ujmując, niezbyt fortunnie. Ale wróćmy do początku.

„Paradoksalnie, wysoka ranga Biblii sprawia, że jest ona najgorzej przekładana (bo dosłownie) niż inne teksty o mniejszym znaczeniu. Dworzanin Górnickiego jest o wiele lepszym przekładem niż Biblia Wujka, również w naszych czasach znacznie lepiej przełożono na język polski Alicję w krainie czarów czy Kubusia Puchatka niż Pismo Święte”.

Takie oto słowa widnieją na tylnej okładce niezwykle ważnej (choć, zdaje się, niedocenianej) w polskiej biblistyce książki Marka Pieli pt. Grzech dosłowności we współczesnych polskich przekładach Starego Testamentu (wyd. UJ, Kraków 2003). Wprawdzie Piela, dr i wykładowca hebraistyki, odnosi się rzecz jasna  do wypaczeń w tłumaczeniach Biblii Hebrajskiej, jednak to samo na temat  jakości przekładu można powiedzieć o tłumaczeniach Nowego Testamentu. Dzieje się tak nie tylko ze względu na odległość czasową tamtych kultur i realiów, lecz również z powodu jaskrawej odmienności greki czy hebrajskiego od nowożytnych języków europejskich. Niemiecki czy hiszpański dzieli od polskiego de facto znacznie, ale to znacznie mniej aniżeli od starożytnej greki czy hebrajszczyzny. Dlatego w przypadku przekładu Biblii należy oderwać się od struktury powierzchniowej tekstu i spróbować zupełnie naturalnymi słowami, pozostawiając literę na boku, wyrazić to, co mówi oryginalny tekst Pisma. Języki biblijne bowiem różnią się od naszych sposobem opisywania rzeczywistości szalenie: na tym tle odmienności między polskim (należącym do grupy języków słowiańskich) a angielskim, niemieckim czy norweskim (grupa germańska) bądź francuskim czy hiszpańskim (grupa romańska) zdają się niewielkie, gdyż wszystkie one należą do rodziny języków indoeuropejskich, kulturowo od setek lat wymieszanych.

Tłumacze Biblii są częstokroć, na skutek różnych uwarunkowań, niewolniczo przywiązani do oddawania tekstu w językach nowożytnych mniej lub bardziej dosłownie nawet za cenę czytelności tekstu. Dlatego niejednokrotnie natrafiamy także w Nowym Testamencie na wertepy utrudniające lekturę i stające okoniem logice. Weźmy pod lupę fragment Ewangelii św. Jana. Jest to, w odróżnieniu od trzech pozostałych Ewangelii (tzw. synoptycznych), tekst nasycony metaforami, niekiedy zagadkowy, czasem porównywany nawet do ewangelii gnostyckich. Jan jednak po prostu miał taki, a nie inny temperament i sposób myślenia, które uwidoczniły się w stylu spisanych przez niego faktów z życia Jezusa z Nazaretu.

Dla tłumaczy może to być jednak usprawiedliwienie ciążenia ku dosłowności: jako Ewangelia pneumatyczna (gr. pneuma — duch), bo tak nazywana bywa ta księga, sprzyjać może mętnym tłumaczeniom. Sam zaś tekst grecki mętny nie jest, jedynie co najwyżej nie rozumiany przez biblistów albo rozumiany dobrze, lecz w braku umiejętności translatorskich przekładany niejasno, przez co dociekliwy czytelnik natrafia nieraz na różne fragmenty, gdzie brak ciągu przyczynowo-skutkowego zaburza zdolność wychwycenia sensu.

Jeden z takich przykładów niejasności występuje w perykopie (całostka narracyjna, obejmująca czasem kilka wersetów, a czasem kilkadziesiąt) w drugim rozdziale. Maria, matka Jezusa, widząc, że staroście wesela zbrakło już wina, mówi do Syna (Biblia warszawska): „Wina nie mają”. Jezus odpowiada na to: „Czego chcesz ode mnie, niewiasto? Jeszcze nie nadeszła godzina moja”. Na te słowa Maria mówi sługom: „Co wam powie, czyńcie!”. Następnie słudzy przygotowują stągwie, napełniają je wodą, a Jezus przemienia wodę w wino.

Rozumiecie logikę tego dialogu między matką a synem w kontekście całej sceny? Bo ja nie. Po pierwsze Jezus zwraca się do matki dość obcesowo, a przecież przykazanie mówi jasno: Czcij ojca swego i matkę swoją. Tu widzimy z jego strony brak szacunku i niezasadne rozdrażnienie. Dalej Jezus mówi, że nie nadszedł jeszcze jego czas, więc Maria rozumie... że jego czas nadszedł. Czeski film.

Bywa, że protestanci i katolicy spierają się, czy słowa Jezusa należy oddać jako oschlejsze: kobieto, czy łagodniejsze: niewiasto (dobrze, że nie: Daj mi spokój, kobieto! albo: Odczep się, babo!), ale w świetle faktycznego znaczenia Jezusowych słów (o czym niżej), okazuje się, że słowo gyne (kobieta, niewiasta) nie odgrywa tu najmniejszego znaczenia, gdyż w dialogu rzecz rozbija się o co innego, niż nam to na ogół Biblie podają.

Stągwie
Kany z Kany

A o co się rozbija? Przede wszystkim dialog musi być spójny z kontekstem, czego w Biblii warszawskiej nie widać. Patrzę się, wytężam wzrok i szare komórki — i nic zgoła zbornego nie znajduję.

Po drugie, podpowiedź zostaje nam podsunięta przez biskupa Kazimierza Romaniuka*, który wyjaśnia, że zdanie oddawane jako „Jeszcze nie nadeszła godzina moja” ma w grece również znaczenie inne, twierdzące, a więc zupełnie przeciwne: można je mianowicie wyrazić za pomocą pytania retorycznego „Czyż nie nadeszła już moja godzina?”. I z tego już wypływa logiczne opisane zachowanie Marii: skoro Jezus mówi, że nadeszła już jego godzina, to matka wydaje usługującym stosowne polecenie. Tak też rozumieli tę część wersetu tłumacze Biblii Tysiąclecia, którzy nieśmiało, bo nieśmiało (vide użyta przez nich proteza nawiasu kwadratowego), ale przedstawili wersję: „[Czyż] jeszcze nie nadeszła godzina moja?”.

Co jednak z pierwszą częścią wersu 4? Jak pisałem przy innej okazji, Robert Stiller, poliglota i autor dwu wybitnych, ba! genialnych przekładów Mechanicznej pomarańczy Burgessa, zachwycał się polskim przekładem tego zdania jako „Co mnie i tobie, niewiasto?” (przekład Seweryna Kowalskiego). Po polsku jednak, bądźmy szczerzy, jest to bełkot. Koniec kropka. A co mamy w oryginale? Otóż w grece pojawia się tu sformułowanie Ti emoi kai soi, gynai? (Τί ἐμοὶ καὶ σοί, γύναι?), czyli bardzo dosłownie „Co mnie i tobie, niewiasto?”. Tłumacze najwyraźniej nie dają sobie z tym zdaniem rady ze względu na jego eliptyczność: o jego skrótowości i niezrozumiałości stanowi brak czasownika. O tym, jak wielkim wyzwaniem jest dla przekładowców ten urywek, świadczy wielość jego interpretacji, która znajduje wyraz w poszczególnych przekładach. Oto zestawienie rozmaitych propozycji, z jakimi możemy się zetknąć w polskich Bibliach:

  • Czego chcesz ode mnie, niewiasto? (Biblia warszawska)
  • Rozumiem twoje zatroskanie, ale co Mnie do tego, kobieto? (EIB)
  • Co ja mam z tobą, kobieto? (UBG)
  • Czyż to moja lub Twoja sprawa, Niewiasto? (BT)
  • Kobieto, czy to należy do Mnie lub do ciebie? (BPa)
  • Nie musisz mi mówić, matko, co mam robić. (NT Współczesny Przekład)
  • Na razie nie mogę wam pomóc. (Słowo Życia 1989)
  • To chyba nie jest ani mój, ani twój problem. (Słowo Życia 2014)

Prawda, że niezły rozstrzał? „Oryginał poddany próbie innego języka odsłania miejsca wieloznaczne albo nie całkiem jasne i wymusza rozszyfrowującą interpretację”, przypomina Małgorzata Łukasiewicz**. Toteż spróbujmy wniknąć w kontekst i dociec, co autor miał na myśli. Skoro Maria wydała sługom polecenie, to znaczy, że słowa Jezusa musiały stanowić dla niej potwierdzenie, że cudu dokona. A zatem, jak pisał bp Romaniuk, sens drugiego zdania Jezusa sprowadza się do przyznania, że czas nadszedł („Czyż nie nadeszła już moja godzina?”). Pozostaje jeszcze zagadkowe, eliptyczne zdanie pierwsze, w którym Jezus nie mógł się do matki odnieść niegrzecznie (patrz Dekalog): ostro odzywał się przede wszystkim do przywódców mu przeciwnych i obłudnych, najczęściej ze stronnictwa faryzeuszy. 

Otóż w polszczyźnie istnieje akurat pewna podobna do greckiej konstrukcja, która wyraża, że to, o czym mówi rozmówca jest dla nas oczywistością, i że wiemy na ten temat znacznie więcej niż to, co chce nam on zakomunikować. Konstrukcja, dodajmy, dzięki której podajemy informację w sposób delikatny i taktowny, wolny od szorstkości. 

Wyobraźmy sobie sytuację, że mąż i żona rozmawiają na temat sąsiada, Kowalskiego. Żona przybiega do męża z sensacyjną wiadomością:

— Marek, nie uwierzysz! Kowalski przyszedł do domu zalany. Ledwie się trzymał na nogach.

W odpowiedzi słyszy:

— Ale o czym my mówimy? Przecież to alkoholik od piętnastu lat.

Wprawdzie mógłby żonie odparować: „Też mi nowina! Przecież to alkoholik od piętnastu lat. Nie wiedziałaś tego, głupia?”, jednak ponieważ jako kochający mąż nie chce robić żonie przykrości, lecz pragnie okazać takt i łagodność, dlatego posługuje się wyrażeniem: O czym my mówimy? Często dla większej emfazy lub naturalności albo udosadnienia dorzuca się słówko „tu” („O czym my tu mówimy?”), „ale” („Ale o czym my mówimy?”) lub wyrażenie „w ogóle” („O czym my w ogóle mówimy?”). Można je nawet wszystkie razem połączyć: „Ale o czym my tu w ogóle mówimy?”.

Jezus doskonale wie, że właśnie tu, na weselu w Kanie Galilejskiej, dokona pierwszego cudu. Został już ochrzczony przez Jana, był już na pustyni czterdzieści dni, powołał pierwszych uczniów, a teraz uczyni pierwszy cud. Właśnie między innymi dlatego, może nawet głównie dlatego, tutaj się znalazł. Maria jednak nie ma o tym pojęcia. Gdy na weselu skończyło się wino, informuje o tym Jezusa, na co w odpowiedzi słyszy: doskonale wiem, że wina zabrakło, a do tego wiem jeszcze więcej, mianowicie to, że w moich (i Ojca) planach było, iż podczas wspólnego radowania się na weselu dokonam pierwszego cudu.

Aby cały dialog był po polsku zrozumiały i naturalny, trzeba uciec od dosłowności, śmiało odklejając się, i to mocno, od litery. Mógłby zatem brzmieć na przykład tak:

— Zabrakło im wina.
— Ale o czym my mówimy? No, oczywiście, że się tym zajmę. Przecież właśnie tu mam zamiar dokonać pierwszego cudu.

Albo tak:

— Wino im się skończyło.
— O czym my w ogóle mówimy? Doskonale o tym wiem i się tym zajmę. Po to tu jestem.

Jezus te słowa mógł wypowiedzieć wręcz z uśmiechem, mając zrozumienie dla nie pojmującej za dobrze jego misji matki, a już na pewno nie siedzącej mu w głowie i nie znającej jego konkretnych planów.

Z drugiej strony bibliści po pierwsze wskazują, że tłumaczone zazwyczaj jako „kobieto” słowo gyne nie miało tak obcesowego, oschłego wydźwięku jak obecnie, po drugie zaś, że fragment Ti emoi kai soi? to przetransponowany na grekę idiom hebrajski, który oznaczać może „Czego ode mnie chcesz?”, „Czemu się mnie czepiasz?”, „Czemu mnie w to wciągasz?”, „Nie mów mi, co mam robić”, „Czemu akurat ja?” lub „Twój problem mnie nie obchodzi”. Wytłumaczenie takie pozostawałoby w zgodzie, przynajmniej pod względem lingwistycznym, z ważną zasadą brzytwy Ockhama, wskazując, że nie trzeba przypisywać Jezusowi użycia tego sformułowania w niekonwencjonalnym znaczeniu, lecz należy uznać, że Jezus powiedział łagodnie matce, żeby mu nie zawracała głowy. Ale czy faktycznie w świetle powyższej analizy kontekst pasuje do takiego odczytania słów Mesjasza? Odpowiedzcie sobie sami.


© by Paweł Jarosław Kamiński 2020

* Kazimierz Romianiuk, „Kim jest tłumacz?”, w: Nasz Czas, 16 XII 2013, wydanie internetowe.
** Małgorzata Łukasiewicz, Pięć razy o przekładzie, Karakter, Kraków–Gdańsk 2017, s. 73.


Dopisek 03.08.2022
Poniżej przedstawiam jeszcze dwie wersje oderwane od dosłowności, a przystające do kontekstu obejmującego też, co ważniejsze, słowa Marii następujące po odpowiedzi Jezusa:

— Zabrakło im wina.
— Nie musisz mi o tym mówić, matko. To dla mnie doskonała okazja.
Matka rzekła więc do sług:
— Zróbcie wszystko, co wam powie.

— Zabrakło im wina.
— Doskonale o tym wiem, matko [lub podobnie: Doskonale zdaję sobie z tego sprawę, matko]. To dla mnie świetna okazja.
Matka rzekła więc do sług:
— Zróbcie wszystko, co wam powie.

sobota, 5 października 2019

Przeklęta historia, czyli nie będę niczego sprawdzać!

Ciężka jest dola tłumacza... Każą mu być encyklopedystą, a najlepiej omnibusem, a on ma dzieci do wykarmienia, przeto brakuje mu czasu, żeby sprawdzać, jak się rzeczy mają. Efekt końcowy? Robota na pół gwizdka.

Czytam sobie w pewnej książce fragment o perskim władcy Kserksesie I Wielkim (biblijnym Achaszweroszu, który pojawia się w
Księdze Estery ― tym samym, który pobił Leonidasa pod Termopilami) i natrafiam na taki kwiatek:
Znany jest z kilku wyczynów (...) zbudował most nad Hellespontem, który został zniszczony przez sztorm zaraz po wybudowaniu. Kserkses był tak zły z tego powodu, że „zesłał” trzysta plag na morze i wrzucił do Hellespont parę kajdan, aby w ten sposób wyrazić swój gniew; rozkazał również ściąć wszystkich budowniczych mostu. Wśród osób, które sfinansowały budowę, był człowiek o imieniu Piteusz Lidian (...).
Tłumacza coś najwyraźniej tknęło, skoro słowo „zesłał” ujął w cudzysłów. Coś mu nie grało, ale czy się tym przejął? Po co tracić czas na zapoznanie się z biografią króla czy wojnami grecko-perskimi? Po kiego grzyba wertować książki i artykuły na ten temat? Przecie wszystko w tekście angielskim jest klarowne i zrozumiałe. Jasne jak słońce w południe. A nawet jeśli nie do końca zrozumiałe, to czytelnik kiep i jełop ― na pewno nie wie (bo i skąd?) ani nie sprawdzi (skoro mnie się nie chce, to tym bardziej jemu).

Znalezione obrazy dla zapytania "xerxes the great"
خشایارشا (Kserkses Nerwus I alias Furiat Achaszwerosz)

Że niby mądrzę się, bom akurat niedawno napotkał tę historię u Kapuścińskiego w Podróżach z Herodotem (Kraków 2004, s. 190)? Ejże, przekładowca wiedzieć wszystkiego nie jest w stanie, ale ma wszystko sprawdzać lub ze specjalistami konsultować, skoro autor odnosi się do wydarzenia z dziejów świata. Albo jeśli coś wzbudza podejrzenia tłumacza przy przekładzie. Prywatnie może być na bakier z historią, ale w robocie musi się wykazać doraźnym znawstwem (redaktor też niech nie śpi). Inaczej pojawienie się naszych tłumackich śmiesznostek staje się nieuniknione.

Kserkses, którą to informację możemy bez trudu także znaleźć w dostępnych na wyciągnięcie ręki, przepastnych czeluściach internetu, nie zsyłał na Hellespont żadnych plag (ang. scourges), lecz... kazał wrzepić morzu trzysta batów (też scourges). Rzeczywistość nie była więc tak zupełnie absurdalna, acz nie da się ukryć, że posunięcie szachinszacha zakrawało na atak szału, ewentualnie dziwactwo pierwszej (nomen omen) wody, i do mądrych nie należało ― ale przynajmniej wykonalnych!

Wszystkiemu winna nie jest wcale polisemia, tylko goniące tłumacza terminy, lenistwo lub niekompetencja.

Swoją drogą takie porywcze zachowanie Kserksesa rzuca co nieco światła na opisane na kartach Megilat Ester wydarzenia w pałacu tego perskiego dynasty.

Ach, byłbym zapomniał: no i nie idzie o żadnego Piteusza Lidiana, do kroćset tysięcy beczek, tylko o Lidyjczyka Pytiosa! Czyli męża imieniem Pytios, należącego do starożytnego ludu z pewnego skrawka dzisiejszej Turcji.


© by Paweł Jarosław Kamiński 2019.

poniedziałek, 28 stycznia 2019

Jak tu nie psioczyć na jej przekłady?

Ranga Biblii jako Słowa Bożego wymaga najlepszej jakości przekładu, a co za tym idzie najlepszych fachowców — tymczasem biorą się do niej amatorzy fachu translatorskiego, aczkolwiek skądinąd dobrzy, a nawet wybitni bibliści. Złe czy koślawe przekłady znacząco utrudniają zrozumienie tylu jasnych i nieskomplikowanych komunikatów biblijnych. W przypadku tłumaczenia Biblii wciąż jak na lekarstwo profesjonalnego podejścia: jest ona przekładana przez biblistów zamiast przez wytrawnych tłumaczy z biblistami się konsultujących.

Choć przekładu idealnego Pisma Świętego nie ma, należy do niego dążyć. Tymczasem w polskich Bibliach roi się od błędów tłumaczeniowych. Księgę nad księgami przekłada się w Polsce gorzej niż pierwszy z brzegu tytuł beletrystyczny stojący na półce księgarskiej. Gdyby istniały wysokiej jakości tłumaczenia Biblii, zniknęłaby racja bytu niejednej dyskusji o klarownych i prostych w oryginale wersetach, które wskutek fatalnego przekładu bywają często rozumiane opacznie — alegorycznie, metaforycznie bądź mistycznie, byle nie właściwie ani z sensem. Duszpasterze potrafią wygadywać niestworzone rzeczy, wyciągać fantastyczne wnioski i stawiać osobliwe tezy na podstawie passusów zwichniętych pod kątem translacji.

Tekst oryginalny Biblii czytany w synagogach czy w zgromadzeniu Izraela nie miał w warstwie powierzchniowej dla ówczesnych odbiorców tajemnic: komunikaty językowo były zrozumiałe, co najwyżej ich głębia mogła być nieogarniona (uczniowie nie pojmowali niektórych przypowieści, ale w podstawowej warstwie przekaz takowych nie stanowił dla nich łamigłówki czy ezoterycznego rebusu). Tymczasem tekst Biblii jest dla dzisiejszych czytelników nawet na poziomie elementarnego znaczenia w licznych miejscach niezrozumiały bądź zniekształcony lichym przekładem. Nieraz wręcz bełkotliwy, skreślony niby w polskich słowach, ale zbudowany z konstrukcji niepolskich. Albo napisany kulawą polszczyzną, nie oddającą talentu i kunsztu autorów biblijnych.

Gros polskich przekładów ma niestety charakter w znacznym stopniu literalny, tzn. kalkuje hebrajskie konstrukcje, frazeologizmy, z rzadka i szyk wyrazów w zdaniu. A zatem krótko przypomnijmy: „Można np. (i bardzo często wręcz należy) tłumaczyć wyraz przez grupę lub nawet zdanie i na odwrót, jeżeli tylko zachowana zostanie ekwiwalencja (...)” (A. Zaborski, Nowe tłumaczenia Biblii a teoria przekładu, w: „Ruch Biblijny i Liturgiczny”, nr 30, 1977, s. 304).

Tłumacze Biblii zapominają lub nie uwzględniają prostego faktu, że przeciętny jej czytelnik nie uczy się greki, hebrajskiego ani aramejskiego, toteż chce otrzymać w swoim języku zrozumiały przekład, pozbawiony hebraizmów oraz szkaradnych, niedołężnych dziwotworów. A przecież właśnie z myślą o czytelniku niefilologu powinni translatorzy realizować swoją odpowiedzialną, żmudną i niełatwą (niekiedy szalenie trudną i ocierającą się o niemożliwość), aczkolwiek przy tym niezwykle fascynującą pracę.

Jeden z wielu przykładów kalectwa i bełkotu to choćby przełożenie greckiego Ti emoi kai soi, gynai? (Τί ἐμοὶ καὶ σοί, γύναι?) jako „Co mnie i tobie, niewiasto?” (J 2,4). Jest to po polsku komunikat niezborny. Barbaryzm pierwszej wody. Konia z rzędem temu, kto znajdzie w polskiej literaturze przykłady użycia tego kuriozalnego zwrotu. Przecież to de facto nie po polsku, mimo obecności wyłącznie polskich liter i słów! I nieistotne, że odważny i nie lada jaki tłumacz Robert Stiller się nim zachwycał (R. Stiller, Pokaż język!, t. 1, Kraków 2012, s. 313), gdyż ów zmarły przed dwoma laty poliglota miewał swoje chimery: w tej samej publikacji postulował np. podtrzymanie rozróżnienia semantycznego form „tarok” i „tarot” (s. 230-233), jak również wprowadzenie form przymiotnikowych „akkadzki” czy „szumerski” (s. 32-35) w miejsce — może niekoniecznie poprawnie utworzonych (ale taki już jest język, to nie matematyka!) — uświęconych uzusem przymiotników „akadyjski” i „sumeryjski”...

Dore - Pomieszanie języków
Krucafuks! Wszystko przez tę zakichaną wieżę!

Spójrzmy na kilka innych przykładów spośród licznych translatorskich śmiesznostek na kartach Biblii:
  • Oddawanie remes jako „płazy” (np. w Rdz 1), pomimo że Hebrajczycy nie znali taksonomii Linneusza (co oznacza „płaz” od czasów tego pana, wie każdy po podstawówce) i remes jest pojęciem szerszym, a nawet nie do końca jasnym, z pewnością jednak nie tożsamym z naszymi płazami.
  • Wstawianie nerek (np. „Bóg bada serca i nerki”), gdy autor nie ma na myśli organu, lecz sferę emocjonalną. W wielu miejscach ST klajot bywa przekładane dosłownie jako „nerki” zamiast „uczucia” czy „serce”. U Hebrajczyków nerki metaforycznie odpowiadały za sferę uczuć, emocji, czyli za to, czego źródła my, Polacy, upatrywaliśmy kiedyś w innym organie: sercu. I chociaż nie od dziś wiadomo, że za emocje odpowiada mózg, dawniejszy sposób wyrażania się nie przeminął; podobnie mimo że Kopernik wstrzymał Słońce, ruszył Ziemię, wciąż mówimy o wschodzie czy zachodzie słońca. Zaiste co wrażliwszych językowo czytelników biblijne nerki potrafią  przyprawić o palpitację serca, więc może warto by im tego oszczędzić?
  • Wprowadzanie cudacznej „wyżyny” jako ekwiwalentu hebr. bama, choć można by zaproponować: świątynię (lub ołtarz) na wzgórzu (wzniesieniu, pagórku), czy też: świątynię (ołtarz, świątynkę) postawioną (wzniesioną, zbudowaną) na wzgórzu. Naprawdę nie trzeba być geografem, żeby wiedzieć, jak kolosalna różnica jest np. między Wyżyną Lubelską a występującymi w jej obrębie, zapewne w liczbie dziesiątków, jeśli nie setek tysięcy, wzgórzami. Toż to podstawowa wiedza, nie specjalistyczna. Żaden prosty człowiek nie powie o pobliskim wzniesieniu, że to wyżyna. Jak można pisać w przekładzie — horrendum — że ktoś pobudował czy poniszczył wyżyny? Jakiż człowiek, ba, jakiż tytan byłby do czegoś takiego zdolny?! A w Biblii Hebrajskiej idzie o zwyczajne pobudowanie bądź poniszczenie ołtarzy na wzgórzach.
  • Tworzenie kuriozalnych konstrukcji „radujcie, weselcie, cieszcie się w Bogu”, co daje punkt wyjścia do mistycznych interpretacji. A przecież tak łatwo o naturalny odpowiednik: radujcie, weselcie, cieszcie się Bogiem albo z Boga, bo właśnie taki sens niesie stosowna hebrajska konstrukcja.
  • Przekładanie lew haewen jako „kamienne serce” wbrew oryginałowi, w którym lew haewen znaczy: upór, zatwardziałość, podczas gdy polskie „kamienne serce” oznacza: nieczułość, brak litości. Hebrajskie serce bowiem jest siedliskiem intelektu, rozumu, procesów myślowych, czyli tym, co nasza polska głowa.
Błędów takich w przekładach Pisma Świętego jest niestety cała masa. Czytelnik nie potrafi sobie przez nie wyobrazić danej sytuacji, w którą uwikłani są bohaterowie, wczuć się w nią, zrozumieć zachodzących zdarzeń, a tym samym ślizga się po powierzchni tekstu, miast w niego wniknąć bez tracenia czasu i energii na dociekania filologiczne. Tymczasem tego typu mankamenty są, na tle tłumaczeń Biblii, rzadkie w przekładach powieści. Słowo Boże jakoś nie ma nad Wisłą szczęścia do profesjonałów. Krajowi przekładacze Biblii nierzadko nie mają wykształcenia lub umiejętności w zakresie traduktologii. Nie znając prawideł przekładu albo nie mając zdolności w tym kierunku, są niekompetentni, a do przekładu biorą się tylko dlatego, że są filologami, teologami bądź znawcami Pisma Świętego (realiów biblijnych, starożytnych pism okołobiblijnych, dzieł ojców Kościoła etc.) — tylko że przy tłumaczeniu to zdecydowanie za mało. Zamiast być konsultantami przekładu (którym powinien się zająć biegły tłumacz), są jego nieszczęsnymi autorami.

Stąd moje powtarzające się tu i ówdzie biadania nad stanem polskich przekładów Biblii i skargi, że taki stan nie może dłużej trwać. W końcu to Słowo Boże, nie byle jaka książka — przeto powinni się do niego brać tłumacze zawodowcy, nie zaś osoby legitymujące się jedynie wiedzą i doświadczeniem z zakresu biblistyki, filologii czy teologii. Dzieła klasyków, jak Flaubert, Dostojewski czy Nabokov są coraz lepiej rozumiane, a co za tym idzie coraz lepiej przekładane (i to jak nieraz prześwietnie!), tymczasem w Polsce mimo przyrostu fachowej wiedzy na temat Biblii stan jej przekładów utrzymuje się na żenująco niskim poziomie, jak gdyby postęp był niemożliwością. A przy tym każdy nowy przekład pręży dumnie muskuły i wypina pierś do orderu, mimo że powiela rozwiązania poprzedników i wprowadza na ogół kosmetyczne zmiany (vide chociażby przereklamowana Biblia ekumeniczna).

Rzecz jasna nie sposób przecenić wkładu polskich przekładów Biblii w rozwój języka polskiego. Jednak ta Księga zasługuje na coś więcej: na to, by jej tłumaczenia dorównywały poziomem przekładom europejskich klasyków dokonywanym przez znamienitych polskich tłumaczy. Egzegeza i hermeneutyka są dziś daleko posunięte i bibliści często świetnie rozumieją dany fragment, a mimo to nie potrafią wyrwać się z okowów tradycyjnych rozwiązań przekładowych. Nie umieją albo boją się zerwać, gdzie trzeba, z tak często zaciemniającą klarowny obraz tekstu, wypracowaną przez stulecia „polszczyzną biblijną”. Nawet jeśli co poniektórzy mają na przekład świeższe, zdrowsze spojrzenie, obawiają się blamażu, gdyż szacowne grono polskich biblistów, okopane w obozie reakcji, zawsze wie lepiej.

Iksiński nie zna greki ani hebrajskiego: chciałby otrzymać w swoim języku zrozumiały przekład, pozbawiony hebraizmów i kalekich po polsku tworów. Chciałby ujrzeć sens poszczególnych wersetów napisanych poprawną i zgrabną polszczyzną. Nieco bardziej wyrobiony czytelnik chciałby ponadto dotknąć piękna zewnętrznego Biblii, o którym tyle się trąbi, lecz którego nie można uświadczyć, chyba że weźmie się do ręki leciwy już i w wielu miejscach trudno przyswajalny Psałterz Dawidów rymotwórcy z Czarnolasu. (Ma się rozumieć nie wszystkie partie Pisma św. to literatura piękna: mamy też teksty techniczne, np. opis wykonania świątyni i jej sprzętów, czy fragmenty o charakterze prawniczym). A co dostaje? Pogruchotane składniowo lub pokraczne ustępy, przez których koślawość musi się mozolnie przedzierać. Przychodzi mu porać się z ciemną materią szpetnego i pokrętnego — bynajmniej nie z założenia i nie w oryginale! — tekstu, ponieważ tłumacz nie odrobił lekcji z przekładu i wykonał kiepsko robotę (vulgo: dał plamę). Ba, często stwarza na podstawie tych fatalnie przełożonych zdań mistyczne, fantastyczne bądź dziwaczne interpretacje, bo skoro w Biblii jest napisane tak a tak, to on, czytelnik, ma pełne prawo wysnuwać na podstawie przeczytanego tekstu określone wnioski.

**********

Na koniec jedna z wielu perełek przekładowych. W Łk 24,25 czytamy słowa zmartwychwstałego Jezusa wypowiedziane do dwóch uczniów w drodze do Emaus: O głupi i gnuśnego serca, by uwierzyć we wszystko, co powiedzieli prorocy (Biblia warszawska). Tekst jest dokładnym zaprzeczeniem myśli oryginału. O ile w przekładzie Jeszua gani uczniów za to, że wierzą we wszystko, co przepowiadali prorocy, co jest rzecz jasna absurdalne, o tyle w oryginale powodem rugania jest niewiara we wszystko, co przepowiadali prorocy. Oto jak pięknie przełożono i zredagowano współczesną polszczyzną prosty komunikat Syna Bożego.

© by Paweł Jarosław Kamiński 2018