Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Klasyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Klasyka. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 27 stycznia 2026

Nowe szaty Chandlera

W 2022 roku nakładem wydawnictwa Karakter zaczęły ukazywać się nowe wydania dzieł Chandlera, klasyka literatury noir, zaliczanego do grona najwybitniejszych przedstawicieli prozy amerykańskiej, a nawet twórców o randze światowej. W pierwszym roku wyszły trzy tomy z Philipem Marlowe’em (Głęboki sen, Żegnaj, laleczko i Wysokie okno), rok później dwa kolejne (Pani w jeziorze i Siostrzyczka), Długie pożegnanie w kolejnym roku i wreszcie w ostatnich miesiącach 2025 roku światło dzienne ujrzał Playback – siódma i zarazem finalna część przygód prywatnego detektywa, zamykająca serię. Gwoli ścisłości: jest to ostatnia powieść ukończona przez Chandlera, bo pozostawił po sobie rozgrzebany rękopis Poodle Springs, później domknięty przez Roberta B. Parkera.

Chandler zaczynał jako twórca literatury hardboiled, zrywającej z idealistyczną wizją amerykańskiego społeczeństwa, by przejść do skupionej na historii jednostki prozy noir – często nazywanej czarnym kryminałem, chyba zresztą niesłusznie*. Pierwsze opowiadanie kryminalne napisał w wieku 45 lat, pierwszą powieść – po pięćdziesiątce. Głęboki sen i Żegnaj, laleczko (dwie pierwsze odsłony perypetii słynnego detektywa) to utwory, które najmocniej zmieniły tradycyjny kryminał, uważane za największe osiągnięcia pisarza**.

Okładki Karakterowych edycji zaprojektowano w stylu retro. Bez dwóch zdań mają swój urok, ale skąd pomysł, żeby zastosować w oprawie tak wiotki karton? Po jednorazowej lekturze grzbiet odkształca się, przyjmując postać niecki. Publikacja eksponująca na półce swoją zapadniętą klatkę piersiową nie wygląda atrakcyjnie. Okazuje się, że ten cienki, nie zafoliowany karton był celowym posunięciem. Autor projektu graficznego Przemek Dębowski swego czasu napisał na fejsbuku: „(...) niepowlekane okładki będą się wycierać dokładnie tak, jak zaplanowałem”. Cóż, mnie taka koncepcja projektowa nie przekonuje.

Z kolei wewnątrz tomu górna żywa pagina widnieje, nie wiedzieć czemu, zbyt blisko tekstu głównego, a dolny margines jest nieproporcjonalnie wysoki: rzecz postawiono na głowie. Wszystko to szpeci wnętrze książki, sprawiając wrażenie typograficznego niechlujstwa. Ale ten layout to celowy zabieg, wzorowany na paperbackowych wydaniach. W moje poczucie estetyki wszakże nie trafiający. Skład ratuje ładny krój pisma, uprzyjemniający obcowanie z powieścią.

Przyznaję się bez bicia, wcześniej Chandlera nie znałem. Wprawdzie jakieś 25–30 lat temu próbowałem przeczytać jedną z jego książek, ale bez powodzenia: film urwał mi się po paru stronach. Zrzucam to na karb czytelniczej niedojrzałości młokosa. Dzięki nowym wydaniom nadarzyła się okazja, by nadrobić zaległości. Na pierwszy ogień poszło Wysokie okno, trzecia odsłona „Philipa Marlowe’a przypadków”. Nie powiem, utwór bardzo mi się spodobał. Tłumacz, Bartosz Czartoryski, używa interesującego języka, modernizmy wcale mi nie przeszkadzają, ba, całość brzmi świeżo, a dzięki nim dialogi wydają się naturalne. Uważam to za udany zabieg, konsekwentną strategię translatorską – dyskusyjną, acz możliwą do obrony. Otrzymujemy zatem zmyślnie spreparowaną wirtualną polszczyznę Los Angeles lat czterdziestych XX wieku. Chandlera uwspółcześnionego, choć nie przesadnie.

Powtórzę: powieść na ogół czyta się bardzo dobrze. Tyle że – i tu leży pies pogrzebany – jako w pełni autorski utwór, a nie przekład. Zestawienie z oryginałem obnaża błędy, które tłumaczenie dyskwalifikują. Okazuje się bowiem, że tłumacz nie oddaje sprawiedliwości frazie autora: nadmiernie dopowiada fragmenty oszczędne, w wielu miejscach puszcza wodze fantazji, zbyt upotocznia bądź upiększa tekst, a jego język nie odzwierciedla rysów Chandlerowskiej maniery – jest zbyt przegadany, kolokwialny, okrągły i uładzony tam, gdzie autor jest emocjonalnie chłodny, suchy i rzeczowy, lakoniczny, ironicznie subtelny lub szorstki, omal gruzłowaty. Czartoryski niejednokrotnie doprecyzowuje to, co twórca pozostawił w niedomówieniu lub jedynie delikatnie zasugerował. Krótko mówiąc, głos detektywa w wydaniu Chandlera oraz głos w wersji Czartoryskiego biegną odrębnymi torami. Jeżeli jednak nie zna się oryginału, niepodobna tego wychwycić.

No i prawdziwy Chandler jest znacznie ciekawszy językowo niż jego polski cień. Chandler operuje ekonomią przemocy i elegancji. Każde jego zdanie jest jak dobrze skrojony garnitur Marlowe’a – ani jednego zbędnego centymetra materiału. Jeśli tłumacz dodaje od siebie fiorytury i bombki, niszczy tę konstrukcję. Zamiast zachować chropowatość oryginału, funduje czytelnikowi „bezpieczną”, wygładzoną lekturę, która odbiera Chandlerowi jego legendarny pazur.

Dla unaocznienia translatorskich nadużyć, odchyleń i zniekształceń przyjrzymy się wyimkom z Głębokiego snu – dwom pierwszym akapitom powieści oraz dynamicznemu fragmentowi z rozdziału siedemnastego.


Otwarcie

The Big Sleep (Głęboki sen) zaczyna się następująco:
It was about eleven o’clock in the morning, mid October, with the sun not shining and a look of hard wet rain in the clearness of the foothills. I was wearing my powder-blue suit, with dark blue shirt, tie and display handkerchief, black brogues, black wool socks with dark blue clocks on them. I was neat, clean, shaved and sober, and I didn’t care who knew it. I was everything the well-dressed private detective ought to be. I was calling on four million dollars.
The main hallway of the Sternwood place was two stories high. Over the entrance doors, which would have let in a troop of Indian elephants, there was a broad stained-glass panel showing a knight in dark armour rescuing a lady who was tied to a tree and didn’t have any clothes on but some very long and convenient hair. The knight had pushed the vizor of his helmet back to be sociable, and he was fiddling with the knots on the ropes that tied the lady to the tree and not getting anywhere. I stood there and thought that if I lived in the house, I would sooner or later have to climb up there and help him. He didn’t seem to be really trying.
Tymczasem u Bartosza Czartoryskiego czytamy:
Było około jedenastej przed po­łu­dniem je­sien­ne­go dnia w po­ło­wie paź­dzier­ni­ka. Słoń­ce ani my­śla­ło grzać, a za­chmu­rzo­ne nie­bo nio­sło dla po­gó­rza obiet­ni­cę rzę­si­stej ule­wy. Mia­łem na so­bie błę­kit­ny gar­ni­tur, gra­na­to­wą ko­szu­lę, kra­wat i po­szet­kę, czar­ne brog­sy, a do te­go weł­nia­ne skar­pe­ty te­go sa­me­go ko­lo­ru, z gra­na­to­wy­mi wzor­ka­mi w kształ­cie ze­ga­rów. By­łem trzeź­wy i świe­żo ogo­lo­ny, wy­glą­da­łem schlud­nie, ale nie przez wzgląd na to, co po­my­ślą in­ni – tak po pro­stu po­wi­nien się pre­zen­to­wać każ­dy do­brze ubra­ny pry­wat­ny de­tek­tyw. Sze­dłem z wi­zy­tą do czte­rech mi­lio­nów do­la­rów. 
Głów­ny hall po­sia­dło­ści Stern­wo­odów był wy­so­ki na dwa pię­tra. Nad drzwia­mi wej­ścio­wy­mi, przez któ­re da­ło­by się prze­go­nić sta­do in­dyj­skich sło­ni, znaj­do­wał się du­ży wi­traż, a na nim ry­cerz w ciem­nej zbroi ra­to­wał przy­wią­za­ną do drze­wa da­mę. Ta nie mia­ła na so­bie odzie­nia, okry­wa­ły ją tyl­ko dłu­gie wło­sy, tak­tow­nie spły­wa­ją­ce po jej na­gim cie­le. Ry­cerz uniósł przy­łbi­cę, chcąc się za­pew­ne przed­sta­wić, i maj­stro­wał przy za­ci­śnię­tych su­płach, ale bez po­wo­dze­nia. Przy­sta­ną­łem, za­sta­na­wia­jąc się, czy gdy­bym tu miesz­kał, któ­re­goś dnia nie wla­zł­bym na gó­rę i mu nie po­mógł. Nie wy­glą­dał, jak­by się szcze­gól­nie sta­rał.
Już na pierwszy rzut oka widać appoggiatury i dopowiedzenia. Czartoryski ewidentnie rozgaduje Chandlera, tracąc jego lakoniczny rytm. Na początek zwróćmy uwagę na trzy jaskrawe przykłady eksplicytacji, które aż kłują w oczy:

1. „Słońce ani myślało grzać”: W oryginale mamy surowe sun not shining. Tłumacz dodaje słońcu intencjonalność i emocje, niszcząc chłodny, niemal protokolarny opis pogody. To klasyczne uładzanie.

2. „Taktownie spływające po jej nagim ciele”: Chandler napisał tylko convenient hair. Słowo „taktownie” to czysta nadinterpretacja tłumacza – narzuca czytelnikowi ocenę, której Marlowe wcale nie wypowiada tak wprost. U Chandlera nie ma moralizowania. To był żart – włosy są convenient, bo zasłaniają to, czego cenzura by nie przepuściła. „Taktownie” sprowadza to do poziomu wiktoriańskiej pruderii.

3. „Chcąc się zapewne przedstawić”: To bodaj największy grzech z tych trzech. Oryginalne to be sociable jest znacznie szersze i bardziej ironiczne. Czartoryski doprecyzowuje intencję rycerza, zabijając subtelny dowcip oryginału. Sugestia Czartoryskiego, że rycerz „chciał się przedstawić”, jest dopowiedzeniem, które zabija absurd tej myśli.

Co mamy dalej? Tłumacz niepotrzebnie rozbija pierwsze zdanie na dwa. Jeśli nie ma ku temu realnych, mocnych przesłanek, nie należało tego robić. „Rzęsista ulewa” to też zbyt klasyczne określenie jak na szurpate, niemal brzydkie hard wet rain. W zdaniu ukazującym ubiór protagonisty Czartoryski wprowadza „a do tego”, przez co upłynnia tok zdania i zarazem komplikuje prostotę oryginału. Pierwsze zdanie oryginału to długa, gęsta ekspozycja pogody, która buduje nastrój. Rozbicie jej na dwa zdania (i to z użyciem personifikacji słońca) zamienia twardy kryminał w prozę obyczajową. „Rzęsista ulewa” to wytarty frazes, podczas gdy twarde, „męskie”, omal brzydkie hard wet rain sprawia, że nieledwie odczuwamy chłód i wilgoć. Chandler pisze tu surowiej – raczej o „mocnej zlewie” aniżeli „rzęsistej ulewie”.

„Z gra­na­to­wy­mi wzor­ka­mi w kształ­cie ze­ga­rów” to poważna merytoryczna pomyłka. Synonimiczne terminy socks with clocks oraz clocked socks nie odnoszą się do rysunków zegarków, lecz do tradycyjnego wzoru dekoracyjnego z boku skarpety, tuż nad kostką. Clocks czy też clocking to zazwyczaj pionowa linia, haft lub wzór (np. w kształcie jodełki lub motywów roślinnych), które biegną w górę nogi. Często wykonuje się go w kontrastowym kolorze. Pierwotnie clocks były szwami wzmacniającymi w miejscu, gdzie łączono kawałki materiału skarpety lub pończochy. Z czasem stały się wyznacznikiem elegancji i statusu, szczególnie popularnym w XVIII i XIX wieku. Obecnie skarpetki z clocks są uważane za klasyczny element męskiej mody formalnej, stanowiąc subtelną alternatywę dla gładkich modeli. To nie tylko błąd słownikowy, ale także błąd kulturowy. Marlowe, zakładając skarpetki z klasycznym haftem, podkreśla swój konserwatywny sznyt i dbałość o detal godny dżentelmena. Czartoryski, robiąc z tego „wzorki w kształcie zegarów”, zmienia bohatera w kogoś niemal infantylnego. Zamiast dyskretnej elegancji mamy jarmarczną dosłowność.

W miejsce czterech przymiotników neat, clean, shaved and sober tłumacz serwuje nam odpowiednik w stylu gazetowym: „By­łem trzeź­wy i świe­żo ogo­lo­ny, wy­glą­da­łem schlud­nie”, a następnie – nie rozumiejąc dowcipu – dopisuje „ale nie przez wzgląd na to, co po­my­ślą in­ni” i żeby jego interpretacja trzymała się kupy, dorzuca jeszcze „tak po prostu”. Nie na tym polegał żart. Autorowi chodziło o to, że bohater ma gdzieś, co pomyślą inni na temat jego wyglądu, nie pasującego do stereotypu prywatnego detektywa. Wyszykował się, ubrał wyjściowo i gwizdał na to, co powiedzą inni. Czartoryski nie uchwycił buntu Marlowe’a. Fraza I didn’t care who knew it odnosi się do dumy detektywa. On wie, że wygląda „za dobrze”, niemal jak amant, co w jego branży jest podejrzane. Marlowe obnosi się ze swoją czystością i trzeźwością jak z tarczą. Tłumaczenie „nie przez wzgląd na to, co pomyślą inni” jest płaskie i pozbawione tej zaczepnej iskry. Na domiar złego Chandlerowskie sober (trzeźwy) zostało u Czartoryskiego zepchnięte na dalszy plan, a przecież fakt, że detektyw jest trzeźwy o jedenastej rano, jest tutaj równie znaczący jak to, że jest ogolony.

„Tak po pro­stu po­wi­nien się pre­zen­to­wać każ­dy do­brze ubra­ny pry­wat­ny de­tek­tyw” też nie oddaje sensu zdania I was everything the well-dressed private detective ought to be. W oryginale nie chodzi tylko o prezencję, ale o całokształt. „Tak po pro­stu po­wi­nien się pre­zen­to­wać (...)” brzmi jak instrukcja z katalogu mody męskiej. Oryginał operuje stereotypem: Marlowe nie tylko „wygląda”, on w tej chwili jest ucieleśnieniem ideału detektywa.

Zdanie otwierające drugi akapit zawiera trzy niefortunne rozstrzygnięcia translatorskie. Po pierwsze „główny hall”. To ileż niby holów miała ta rezydencja? Angielskie hall jest pojemne – obejmuje zarówno hol, westybul, lobby, jak też przedpokój, korytarz itp. Stąd ujednoznacznienie w postaci main. Polskie wyrażenie „główny hall” czyni z rezydencji Sternwoodów budowlę o pałacowym rozmachu. „Główny hall” w polszczyźnie często sugeruje, że budynek to gmach użyteczności publicznej lub hotel. W domu prywatnym to tyle co „hol” lub „przedpokój”.

Po drugie „posiadłość”. Autor rozmyślnie używa zwyczajnego place, jakby detektyw sucho odhaczał fakt w swoim notatniku, nie opisywał rozmiarów ani bogactwa domostwa. Chandlerowskie place jest celowo niechlujne, niemal lekceważące – to po prostu „dom Sternwoodów”. Zrobienie z tego „posiadłości” czy innej „rezydencji” to klasyczna nobilitacja tekstu, która kłóci się z plebejskim, cynicznym spojrzeniem Marlowe’a. On nie przyjechał podziwiać architektury, tylko wykonać robotę dla schorowanego generała.

Po trzecie „hall (...) był wysoki na dwa piętra” nie jest dla mnie do końca jasne – czy hol obejmował dwie kondygnacje (parter i piętro), czy też trzy (parter i dwa piętra)? Użycie tego zwrotu przez Czartoryskiego wprowadza niepotrzebny szum informacyjny. Angielskie two stories high oznacza dwa poziomy, czyli w tym przypadku wersja nr 1.

„Nagie ciało” w dalszej części akapitu niepotrzebnie wprowadza wprost dozę erotyki tam, gdzie oryginał jest subtelny i przez niedopowiedzenie dowcipny. Chandler pisze, że kobieta z witrażu didn’t have any clothes on. To suchy fakt, który w połączeniu z convenient hair tworzy dystans i humor. Tłumacz wykłada kawę na ławę, zabijając cały urok tego niedomówienia.

Wreszcie zdanie przedostatnie: „Przy­sta­ną­łem, za­sta­na­wia­jąc się, czy gdy­bym tu miesz­kał, któ­re­goś dnia nie wla­zł­bym na gó­rę i mu nie po­mógł”. W oryginale nie ma żadnej niepewności, lecz stanowcze: I would sooner or later have to climb up there (prędzej czy później musiałbym). Tłumacz wprowadza tu tryb powątpiewania i rozmycia, który osłabia pewność siebie bohatera. Marlowe nie zastanawia się „czy”, on stwierdza fakt. Co więcej, „wlazłbym” czyni głos detektywa zbyt kolokwialnym. Nie ten rejestr. Choć Marlowe jest twardy, w jego narracji (szczególnie w opisach) dominuje chłodna elegancja. Słowo „wlazłbym” jest zbyt potoczne. Czartoryski robi z Marlowe’a „chłopaka z sąsiedztwa” zamiast współczesnego błędnego rycerza.

Chandler z fają

Przystępując do krytyki przekładów, częstokroć sam rozwiązuję rebusy translatorskie, aby pokazać, że się jednak da. Żeby zadać kłam porzekadłu: „Łatwiej powiedzieć, niż zrobić”. Nie inaczej jest i tym razem: poniżej wstawiam własną wersję, która unaocznia, że „polski cień” to wina tłumacza, nie zaś ograniczeń języka polskiego. Oba akapity można by oddać mniej więcej tak (muszę przyznać, że sporo się nabiedziłem, nim znalazłem satysfakcjonujące odpowiedniki dwóch wyrażeń: convenient hair oraz to be sociable, to było bodaj największe dla mnie wyzwanie w tym wyimku, ale i nie lada frajda):

Było koło jedenastej przed południem, połowa października; słońce nie świeciło, a w czystym powietrzu pogórza wisiała zapowiedź mocnej zlewy. Miałem na sobie bladobłękitny garnitur, granatową koszulę, krawat i poszetkę, czarne brogsy i czarne wełniane skarpety z bocznym haftem. Byłem schludny, czysty, ogolony i trzeźwy i nie obchodziło mnie, kto o tym wie. Porządnie ubrany prywatny detektyw pierwszej wody. Wybierałem się z wizytą do czterech milionów dolarów. 
Hol u Sternwoodów obejmował parter i piętro. Nad drzwiami wejściowymi, które pomieściłyby tabun słoni indyjskich, znajdował się szeroki witraż: rycerz w ciemnej zbroi ratował przywiązaną do drzewa damę, której jedynym okryciem były bardzo długie, fortunnie ułożone włosy. Rycerz odsłonił przyłbicę, aby skrócić dystans, i majstrował przy supłach liny krępującej damę, ale za nic mu nie szło. Stojąc tak, pomyślałem, że gdybym tu mieszkał, prędzej czy później musiałbym się wdrapać tam i mu pomóc. Nie wyglądał, jakby się specjalnie starał.

Scena bójki

Jako drugi przykład wybrałem scenę dynamiczną, aby uwidocznić, jak tłumacz radzi sobie z tego rodzaju miejscami. Fragment pochodzi z 17 rozdziału powieści. 

Oryginał:

I threw the gun down at the kid’s feet and said: ‘Maybe you need this.’ 
He stooped for it like a flash. There was nothing slow about his movements. I sank a fist in the side of his neck. He toppled over sideways, clawing for the gun and not reaching it. I picked it up again and threw it in the car. The boy came up on all fours, leering with his eyes too wide open. He coughed and shook his head. 
‘You don’t want to fight,’ I told him. ‘You’re giving away too much weight.’ 
He wanted to fight. He shot at me like a plane from a catapult (...).

Czartoryski:

Cisnąłem chłopakowi pistolet pod nogi. 
– A może potrzebujesz tego? – zapytałem. 
Rzucił się na ziemię. Błyskawicznie. Nie spodziewałem się, że potrafi się tak szybko ruszać. Zdzieliłem go w kark. Poleciał na bok, po omacku szukając broni, której nie mógł dosięgnąć. To ja podniosłem pistolet i wrzuciłem go do samochodu. Chłopak zaś sunął na czworakach, łypiąc wybałuszonymi oczyma. Kaszlnął i potrząsnął głową. 
– Nie chcesz się ze mną bić – powiedziałem. – Musiałbyś się sporo napocić. 

A jednak chciał. Wystrzelił jak pocisk z katapulty (...).
Ten przekład to podręcznikowy przykład rozbrajania dynamiki i niszczenia stylu noir. Czartoryski nie tylko „uładza” tekst, on go dopisuje, wkładając w usta i myśli Marlowe’a emocje, których ten nigdy by nie wyraził. To już nie jest poprawianie, to pisanie książki od nowa.

„Cisnąłem” sugeruje dużą siłę, gwałtowność lub emocjonalne pobudzenie. To ruch zamaszysty, niemal agresywny. W oryginale mamy proste I threw the gun down. Marlowe (narrator) wykonuje tę czynność z chłodną kalkulacją: nie jest wściekły, lecz testuje chłopaka, prowokuje go. „Rzuciłem” jest beznamiętne, co lepiej oddaje profesjonalny cynizm bohatera. Threw down oznacza rzucenie w dół, pod nogi. „Cisnąłem” po polsku częściej sugeruje rzut przed siebie, w dal, z dużą energią. Chandler wybierał najprostsze czasowniki czynnościowe. To throw to „rzucić”. Gdyby chciał, żeby broń „świsnęła” w powietrzu, użyłby flung lub hurl. Krótko mówiąc, Czartoryski niepotrzebnie podbił temperaturę emocjonalną tej sceny: narrator wydaje się bardziej pobudzony, niż jest w rzeczywistości.

„Nie spodziewałem się, że potrafi się tak szybko ruszać”. To klasyczne nadpisanie tekstu. Chandler przedstawił chłodne, obiektywne stwierdzenie faktu (brak powolności). Czartoryski dodał tu subiektywne odczucie bohatera („nie spodziewałem się”), nieobecne w oryginale: There was nothing slow about his movements. To obiektywna obserwacja profesjonalisty. Tłumacz robi z Marlowe’a zdziwionego nowicjusza. Zamiast opisu faktu dostajemy wewnętrzny monolog pełen zbędnych słów, który zabija tempo bójki. Subiektywizacja narratora rozsadza chłodny rejestr Marlowe’a.

„Zdzieliłem go w kark” to błąd anatomiczny. Side of his neck to bok szyi (tętnica, nerwy), co tłumaczy, dlaczego chłopak „obalił się na bok”. Cios w bok szyi to konkretna technika obezwładniająca. Uderzenie w kark to zupełnie inny cios. „Zdzielenie w kark” brzmi jak bójka pod remizą, a nie precyzyjne działanie byłego gliniarza.

„To ja podniosłem pistolet”. Chandler nie używa tu emfazy (nie podkreśla zaimka „ja”). To zwyczajnie kolejna czynność w ciągu zdarzeń. Dodanie „to ja” sugeruje jakąś rywalizację o broń (zresztą raczej rewolwer aniżeli pistolet), podczas gdy w oryginale mamy suchy opis faktów: rzuciłem, on nie dosięgnął, ja podniosłem.

„Zaś sunął”. Came up oznacza, że chłopak uniósł się z ziemi do pozycji na czworaka. „Sunął” sugeruje ruch poziomy (może pełzanie), co zmienia dynamikę sceny. „Sunięcie” na czworakach brzmi nienaturalnie. Chłopak się podnosił, ot i tyle.

„Nie chcesz się ze mną bić” i nawiązujące do tego „a jednak chciał” są kalką z angielskiego. Polszczyzna raczej nie używa w takich sytuacjach czasownika „chcieć”, tylko coś w rodzaju „lepiej, żebyś nie...”, „lepiej nie...”, „wolałbyś nie...”, „tylko nie...” lub czegoś podobnego, adekwatnie do kontekstu. „A jednak”, zaokrąglające zdanie, też psuje frazę Chandlera. U niego nie ma spójnika.

„Musiałbyś się sporo napocić”. Zmarnowana puenta to chyba największy feler tego fragmentu. Słowa You’re giving away too much weight są metaforą bokserską – idzie o to, że chłopak jest za chudy, za lekki na Marlowe’a. To suchy, techniczny fakt. Tłumacz zamienił błyskotliwą, profesjonalną uwagę na wyświechtany frazes. To już nie jest Chandler, lecz dialog pozbawiony idiomu noir, bliższy konwencji telewizyjnej sensacji.

I wreszcie: „Wystrzelił jak pocisk z katapulty”. Wprawdzie prędkość ataku oddana, ale ginie porównanie do samolotu. Tymczasem krążowniki, pancerniki, a później lotniskowce używały za Chandlera katapult hydraulicznych lub parowych, aby nadać samolotom ogromną prędkość początkową na bardzo krótkim odcinku pokładu. Samolot nie rozpędzał się stopniowo, lecz był dosłownie wystrzeliwany w powietrze.

Bójkę można by w przybliżeniu przełożyć tak:
Rzuciłem rewolwer pod nogi chłopaka. 
– Może ci się przydać. 
Schylił się po niego w mig. W jego ruchach nie było śladu flegmy. Przyłożyłem mu pięścią w szyję. Zwalił się na bok, macając na oślep za bronią – nie sięgnął. Podniosłem ją i wrzuciłem do auta. Uniósł się na czworaki, łypiąc na mnie wytrzeszczonymi oczami. Kaszlnął i potrząsnął głową. 
– Nie próbuj się bić – powiedziałem. – Nie twoja kategoria wagowa. 
Próbował. Wystrzelił w moim kierunku jak samolot z katapulty (...).

Podsumowanie

Przekład Czartoryskiego zasadniczo czyta się dobrze, nawet świetnie – ale nie jako Chandlera. Systematyczna eksplicytacja, nobilitacja rejestru i wygładzanie frazy prowadzą do utraty tego, co w jego prozie najważniejsze: lakonicznej ironii, brutalnej ekonomii słowa i narracyjnej chropowatości. To dowód, że nawet poprawny językowo przekład może być stylistycznie fałszywy. W literaturze noir taka fałszywość jest błędem zasadniczym. Marlowe traci profesjonalizm, a proza swoje legendarne tempo.

W praktyce oznacza to, że Chandler Czartoryskiego jest wyheblowany, wyszlifowany, bezpieczny, a co najgorsze – wyjaśniony. Głos detektywa stracił swoją kostropatość na rzecz literackiej poprawności. Czartoryski uprawia nadgorliwą pedagogikę przekładu – tak bardzo chce, aby polski czytelnik wszystko zrozumiał i aby ładnie brzmiało, że zabija ducha oryginału. Tłumacz powinien pozwolić przemówić oryginałowi, zamiast według własnej koncepcji zmieniać sensy i tony tekstu. Czartoryski przestał być przezroczystym medium, a stał się poprawiaczem autora, nie ufającym inteligencji odbiorcy. W literaturze noir, a szczególnie u Chandlera, to właśnie te puste miejsca, niedopowiedzenia i szorstkość budują napięcie. Jeśli tłumacz wypełnia je własnym komentarzem, tekst przestaje być kryminałem, a staje się jego streszczeniem z komentarzem odautorskim – bez napięcia i bez ryzyka.


© Paweł Jarosław Kamiński 2026 (aktualizacja: 30.04.2026)


* Więcej na temat terminologii z tym związanej – zob. P. Stasiewicz, Sześć odcienie czerni. Szkice o klasykach powieści noir, Universitas, Kraków 2021, s. 16–34.
** Tamże, s. 113, 117–118.

piątek, 23 sierpnia 2024

Anatomia przekładu

Wśród czytelników Pisma Świętego nie zorientowanych w arkanach sztuki przekładowczej panuje powszechne a mylne przekonanie, że tłumaczenie wierne to tłumaczenie dosłowne. Otóż jest wręcz odwrotnie – im dosłowności mniej, tym z reguły przekład lepszy.


Niektórzy argumentują, że dobre wydanie Biblii winno zawierać literalnie przełożony tekst z zaproponowanymi wieloma opcjami przekładu leksemów czy zwrotów, a czytelnik samodzielnie dokona sobie interpretacji. Że niby odbiorca nie znający danego języka wybierze sobie spośród zaproponowanych przez tłumacza wariantów te, które uzna za najwłaściwsze. Tyle że taki tekst w gruncie rzeczy powstać by nie mógł, nie sposób bowiem wyczerpać wszystkich możliwości przełożenia danego zdania, a nawet słowa. Jakiż wyraz istnieje w oderwaniu od kontekstu?

Mit słownika

Wielu zjadaczy chleba żyje w złudnym przeświadczeniu, jakoby przekład polegał na zamianie słów i konstrukcji języka wyjściowego (języka oryginału) na słowa i konstrukcje języka docelowego (języka przekładu). I że w związku z tym receptą na dobry przekład jest solidny, czyli gruby słownik. Otóż nie tędy droga... W tłumaczeniu nie podmienia się mechanicznie słownikowych odpowiedników, przekład to czynność znacznie bardziej złożona: gdyby było tak łatwo, tłumaczy już dawno zastąpiłyby maszyny. Tymczasem język i myślenie podlegają znaczniej bardziej skomplikowanym mechanizmom.


Niepodobna zmieścić w słowniku wszystkich znaczeń danego leksemu, które by przyszły do głowy rodzimemu użytkownikowi języka, gdyż „nikt nie jest w stanie wyobrazić sobie wszystkich sytuacji, w jakich pojawić się może dana jednostka leksykalna” (K. Hejwowski, Kognitywno-komunikacyjna teoria przekładu, Warszawa 2006, s. 35). Co za tym idzie, „nawet najobszerniejsze słowniki zawierają luki” (K. Lipiński, Vademecum tłumacza, Kraków 2006, s. 139). Ponadto posiłkowanie się słownikami, a także wydawnictwami poprawnościowymi, w celu uniknięcia użycia danego słowa w niewłaściwym znaczeniu przynależy raczej do nowożytności. Dawniej słowników było znacznie mniej i tym samym znacznie rzadziej do nich sięgano, nawet obecnie jednak znaczenie leksemów należy ustalać przede wszystkim na podstawie kontekstu, nie słownika, gdyż to słowniki powstają na podstawie tekstów, nie odwrotnie. Każdy autor może rozszerzyć znaczenie danego wyrażenia, zwrotu, frazy czy wyrazu i używa języka specyficznie: ma swój idiolekt, niekoniecznie wyraża się „słownikowo”. Oddajmy głos przytoczonemu już Krzysztofowi Hejwowskiemu (dz. cyt., s. 29–30, 34):

Mit tłumaczenia dosłownego zakłada wiarę w mit słownika. Mit słownika to przekonanie niektórych naiwnych użytkowników o tym, że słowniki podają nam ekwiwalenty tłumaczeniowe danych jednostek leksykalnych języka wyjściowego. Wystarczy wziąć taką gotową cegiełkę ze słownika dwujęzycznego i wetknąć ją w odpowiednie miejsce tekstu docelowego. (...) Tłumacze wiedzą doskonale, że ekwiwalenty w słownikach dwujęzycznych trzeba weryfikować za pomocą różnych słowników monolingwalnych (...). Szukając polskiego ekwiwalentu angielskiego wyrazu podczas tłumaczenia, wolę często zajrzeć do angielskiego słownika jednojęzycznego, bo zamieszczony tam opis wyrazu i przykłady jego zastosowań pewniej mnie zwykle doprowadzą do poszukiwanego wyrazu polskiego niż słownik dwujęzyczny. Trzeba pamiętać, że słowniki nie odkrywają i nie ujawniają jakichś absolutnych prawd o języku i jego znaczeniu. Opisują jedynie rzeczywistość językową w kategoriach statystycznych. (...) 
Ludzie wierzą w autorytet słowa pisanego. Często sądzimy, że słowniki i opracowania gramatyczne to pełna wiedza na temat języka, przedstawiona nam przez specjalistów, którzy wiedzą wszystko. My, zwykli śmiertelnicy, nigdy takiej wiedzy nie osiągniemy, możemy jedynie do niej aspirować. W takim nabożnym podejściu do słowników znika nam z pola widzenia prosta prawda, że słowniki są pisane przez ludzi, których wiedza na temat języka – choć zapewne większa od przeciętnej – nie może przecież być pełna, którzy dysponują ograniczonym czasem, ograniczonym budżetem i ograniczonymi korpusami tekstów. Efekty ich działania mogą być lepsze lub gorsze, ale nigdy nie dostarczą nam pełnego opisu języka.


Barwnie i ze swadą w materii zawodności i niewystarczalności słownika wypowiada się tłumacz z portugalskiego Danielo Nogueira (tłum. Joanna Tkaczyk):

Tłumacz otoczony słownikami jest jednym z tych złudzeń, które straszą wyobraźnię laików – ale i wielu tłumaczy. Sterta słowników nie czyni dobrym tłumaczem – tak jak dobry aparat nie uczyni nikogo dobrym fotografem czy też posiadanie samochodu Formuły 1 nie zrobiłoby ze mnie kierowcy wyścigowego. 
Ograniczyłem wiarę w słowniki. Ktoś, kto napisał to, co teraz tłumaczę, nie zawsze kieruje się słownikiem. Raczej jest zupełnie odwrotnie: słowniki niejako podążają za tym, co napisali ludzie, i zawierają jedynie użycie uważane za „poprawne”, jakiekolwiek jest znaczenie. Oczywiście zawierają tylko rzeczy sprawdzone. A ludzie, którzy piszą słowniki, mają również swoje uprzedzenia. (...) 
Słowniki są bardzo potężną bronią i nie powinno się zostawiać ich w niedoświadczonych lub niewyszkolonych rękach. Słowniki dwujęzyczne są bardziej niebezpieczne od jednojęzycznych, ponieważ dają tłumaczom złudne poczucie bezpieczeństwa. A im większe, tym bardziej niebezpieczne: Jest ten wielki słownik, wydany przez to duże wydawnictwo i napisany przez takich specjalistów, a w nim „X” = „Y”. Więc mogę przetłumaczyć „X” jako „Y”.

Niestety, to nieprawda. W najlepszym przypadku słownik podaje, że znaleźliśmy co najmniej jeden przykład słowa „X”, które według naszej najlepszej wiedzy i przekonania powinien być przetłumaczony jako „Y” i uznany za odpowiedni do słownika. To nie znaczy, że przykład słowa „X” w naszym tekście należy tłumaczyć jako „Y”. Jest to bolesna lekcja, ale musi nauczyć się jej każdy, kto planuje w przyszłości zostać dobrym tłumaczem.

Owszem, można by wydać multiwariantywny, rzecz jasna nie wyczerpujący wszystkich możliwości, specjalny przekład Biblii z myślą o filologach (hebraistach czy grecystach lub osobach uczących się tych języków), tyle że przeciętny człowiek filologiem nie jest i guzik go obchodzą zakresy znaczeniowe leksemów, idiomy czy składnia języka wyjściowego – i słusznie, bo od przełożenia ich na zrozumiały komunikat nie jest nieprzygotowany filologicznie (czyli niekompetentny językowo) czytelnik, lecz tłumacz filolog (znawca języka i kultury oryginału). Nie znającemu greki ani aramejszczyzny Iksińkiemu taka akademicka „pomoc” w interpretowaniu Pisma św. wyświadczyć by mogła wręcz niedźwiedzią przysługę z racji nieposiadania przezeń zaplecza filologicznego. Musi zatem posiłkować się różnymi przekładami, z tych zaś każdy jest interpretacją: nie da się od tego uciec.

Terminy historyczne, nieprzystawalność pojęć

Są w świecie antycznym rzeczy i pojęcia – wyjaśnia Kazimierz Kumaniecki – które od dawna nie istnieją już w świecie nowożytnym i nie mają w nim swoich odpowiedników; toteż tłumacz pragnąc je wiernie oddać staje od razu przed wielkimi trudnościami, z których zresztą niejednokrotnie nie zdaje sobie w pełni sprawy. (K. Kumaniecki, Nad prozą antyczną, w: O sztuce tłumaczenia, Wrocław 1955, s. 99).

Następnie autor rzuca garść przykładów. Grecki stratēgos (στρατηγός) nie może zostać w tłumaczeniu „generałem” czy „hetmanem”, nie sposób mówić o „narodzie ateńskim”, jeżeli Ateńczycy nie tworzyli narodu, łaciński consul to w średniowieczu nie „konsul”, lecz „rajca”, advocatus zaś – „wójt” (tamże, s. 99–100).

Dzieje tak się też w przypadku Pisma Świętego, gdzie pewne utarte w polszczyźnie biblijnej terminy nie przystają do dzisiejszych realiów ani nie stanowią adekwatnego odpowiednika danego leksemu użytego w oryginale. Tak jest choćby ze słowem „celnik”, które znaczy obecnie co innego niż w staropolskich Bibliach (pracownika państwowego urzędującego na przejściu granicznym), znacznie lepiej zaś sens greckiego telōnēs (τελώνης) oddaje dziś polskie słowo „poborca”. Słabo też wypadają „uczeni w piśmie (Piśmie)”, „uczeni w Prawie” czy „doktorowie”, podczas gdy lepszym odpowiednikiem tożsamych nomodidaskalos (νομοδιδάσκαλος: Łk 5,17), grammateus (γραμματεύς: Łk 5,21; Mk 2,6; 12,28; Mt 9,3; 23,29) i nomikos (νομικὸς: Mt 22,35; Łk 10,25; 11,43.46.47) byłby „znawca Tory” lub „znawca Pisma Świętego” (nie: pisma, bo nie uczyli czytać i pisać! również raczej nie: Pisma, gdyż słuchacze nie będą dużej litery słyszeć: przypomnę, że Biblia bywa czytana podczas kazań i homilii – dla niektórych ludzi jedynych sytuacji, kiedy mogą zapoznać się z jej treścią); można by też ewentualnie rozważyć – na zasadzie tzw. egzotyzacji – wprowadzenie, wraz z załączeniem odpowiedniej adnotacji, terminu „sofer” (l.mn. „soferowie”, od hebr. soferim), jeśli o soferów w tekście chodzi. Biblijne realia są egzotyczne, pochodzą z odległych czasów ludzi żyjących niejako w innym świecie: kiedy tłumaczymy tekst pochodzący np. ze średniowiecza, występują w nim średniowieczne realia, a co za tym idzie – terminy i pojęcia historyczne, które niekiedy trzeba opatrzyć stosownym glosariuszem, jeżeli współcześnie nie mamy odpowiednika określonej funkcji, przedmiotu czy zjawiska.

Łatwiej zrzynać, niż ruszyć konceptem

Tłumacze Biblii zbyt często zakładają ręce i asekuracyjnie papugują rozwiązania poprzedników, tymczasem uczciwie podchodząc do rzeczy, winni zweryfikować, czy aby na pewno dane słowo lub zwrot rozumiano dotychczas należycie, nawet gdyby tradycja określonej wykładni i rozwiązania przekładowego sięgała setek i więcej lat. Jeśli popełniono kiedyś błędy, trzeba dopatrzeć, żeby ich nie powtarzać, choćby stali za nimi wielcy średniowieczni czy nowożytni egzegeci: jednym z takich przypadków jest powielanie, bodaj wskutek wykładni Jana Chryzostoma, niefortunnie przełożonego w J 11,33 i J 11,38 słowa embrimaomai (ἐμβριμάομαι), które tak naprawdę mówi o wzburzeniu, gniewie Jezusa, nie o wzruszeniu (zob. W. Linke, Wzruszenie czy zdenerwowanie Jezusa? Uwagi do tłumaczenia J 11,33.38, czyli tłumacz samotny wobec tradycji, w: Polszczyzna biblijna, t. 1, Toruń 2009, s. 203–222).

Z takim lenistwem intelektualnym mamy zresztą do czynienia na polu przekładu nie tylko Biblii, lecz także, aczkolwiek w znacznie mniejszym stopniu, starożytnych filozofów. Przykładem trudności translatorskich są chociażby greckie arēte i łacińskie virtus, niekoniecznie tożsame z polską „cnotą” (zob. T. Mróz, Rara avis przekładów Platona. „Eutyfron” w tłumaczeniu Józefa Bocheńskiego, w: Homo moralis – homo creativus, Jelenia Góra 2015, s. 125–6). U Stagiryty z kolei tytuł dzieła oddawany tradycyjnie jako Etyka nikomachejska winien brzmieć raczej O celu ludzkiego życia bądź Do czego powinniśmy dążyć?, gdyż wbrew bałamutnej ułudzie greckich ethike i ta ethika nie traktuje o etyce ani moralności (zob. L. Skowroński, Dlaczego konieczne jest nowe tłumaczenie Etyki nikomachejskiej Arystotelesa?, „Archiwum historii filozofii i myśli społecznej” 2011, nr 56, s. 53–68).


Koloryt



Nierzadko pada argument, że skoro oryginał ma swój urok i kryje tajemnice, to i przekłady dosłowne muszą dać czytelnikowi posmak owej tajemnicy oraz tzw. kolorytu lokalnego (couleur locale). Zwolennicy takiego podejścia chcą mieć do czynienia w przekładzie z efektem obcości. Koncepcja dwóch sposobów tłumaczenia – wyobcowującego i przyswajającego — pochodzi bodaj od Lutra i Schleiermachera. Tyle tylko, że przekład Biblii nie jest podręcznikiem do nauki greki, aramejskiego czy hebrajskiego. Tłumaczenie ma być oddaniem w języku docelowym tego, co niezrozumiałe dla czytelnika nie znającego języka wyjściowego. A za arcypotężną dawkę kolorystyki wystarczą aż nadto już same zachowania, zwyczaje, geografia i obrzędy postaci biblijnych żyjących w jakże odległych czasowo, geograficznie, mentalnie i obyczajowo światach. Egzotyzmy należy więc sobie darować, chyba że – jak pisałem wyżej – mamy do czynienia ze zjawiskiem, funkcją czy przedmiotem historycznym dziś już nie występującym.

W zasadzie w każdym wypadku można i jest bezpiecznie z semityzmów rezygnować – przekonuje Andrzej Zaborski. – Język polski niewątpliwie posiada środki wyrazu ekwiwalentne środkom wyrazu języka hebrajskiego czy greki, chociaż oczywiście nie te same. (Nowe tłumaczenia Biblii a teoria przekładu, „Ruch Biblijny i Liturgiczny” 1977, nr 30, s. 306).

Przekład jest interpretacją

Jeszcze inni preferują przekłady dosłowne Pisma św. dlatego, że wolą być „zwiedzeni” literalnością tłumaczenia aniżeli wykładnią interpretatora. Tak jakby była jakaś różnica w stopniu niezrozumienia tekstu w jednym i drugim przypadku: błędna wykładnia jest błędna niezależnie od tego, czy podsunie nam ją autor przekładu niedosłownego, czy też dosłownego. A że nie można ufać interpretacji określonego tłumacza? Oczywiście! Przy tak arcyważnym tekście jak Słowo Boże nie można sobie pozwolić na zdanie się na jednego człowieka. Tylko że od poszerzenia horyzontu jest lektura książek i artykułów traktujących na temat poszczególnych biblijnych zagadnień, zwrotów, leksemów czy wersetów. I naturalnie porównywanie danego ustępu w różnych przekładach Biblii. Ewentualnie można się nauczyć oryginału, skoro nie chce się być skażonym interpretacją tłumacza. Niemniej jednak nawet wówczas będziemy sobie tekst przekładać i interpretować w głowie, gdyż każda lektura, nawet w ramach języka rodzimego, jest już interpretacją (zob. M. Łukasiewicz, Pięć razy o przekładzie, Kraków–Gdańsk 2017, s. 59–88). Pisał o tym chociażby Gadamer, co widać już po wymownym tytule jego pracy Lektura jest przekładem. Czymże jest przekład, jeśli nie oddaniem w innym języku tego, czegośmy się doczytali (tamże, s. 61)? Stefan Ingvarsson w wywiadzie dla „Dwutygodnika” ujmuje rzecz w następujący sposób: „(...) tłumacz dokonuje interpretacji, przekład jest orzeczeniem tłumacza na temat tego, czym jest według niego oryginalny tekst”.

NIE MA TRANSLACJI BEZ INTERPRETACJI – ta zasada stoi na pierwszej stronie elementarza adeptów sztuki przekładu. „[K]ażde przekładowe wykonanie oryginału jest jego interpretacją” (A. Kopacki, Mała typologia wady, w: O nich tutaj, Kraków–Warszawa 2016, s. 97). Uniknąć tego – powtórzmy – nie sposób, czytelnicy są skazani na poznawanie odczytań tłumaczy.

Nie tylko kafir nie ma letko



Na pocieszenie (acz marne, iście godne przyjaciół Hioba) można dodać, że podobne problemy występują w przypadku tłumaczeń świętej księgi islamu. Koran w klasycznym i nieocenionym przekładzie na polski też, jak dowodzi szkic Nasalskiego, pozostawia wiele do życzenia, grzesząc dosłownością i nieczytelnością (I. Nasalski, Koran w tłumaczeniu Józefa Bielawskiego, „Języki orientalne w przekładzie” 2002, nr 24, Kraków, s. 123–131). Dla przykładu sięgnijmy do trzech konkretów ukazanych w artykule:
  • W wersecie 68:16 czytamy: „My napiętnujemy go na ryju”. Czyżby chodziło o wulgarnie sformułowany tekst o wypaleniu za karę jakiegoś znamienia? Nic z tych rzeczy: idzie o zwykłe „utrzemy mu nosa”.
  • W wersecie 2:188 spotykamy niezbornie posklejane słowa: „(...) i nie zjadajcie sobie nawzajem majątków nadaremnie; nie oddawajcie ich sędziom po to, by zjadać grzesznie część majątku innych ludzi – skoro przecież wiecie”, tymczasem oryginał znaczy: „Nie pozbawiajcie się swoich majątków. Nie przekupujcie też sędziów, aby wejść w posiadanie cudzego majątku, skoro wiecie, że jest to grzechem”.
  • Werset 2:217 zaskakuje nas szkaradzieństwem: „[a jeśli ktoś z was wyrzeknie się swej religii] tacy będą mieszkańcami ognia”, mimo że nie chodzi tu o czczących ogień zaratusztrian, lecz o potępieńców, toteż właściwym przekładem mogłoby być: „takich czeka ogień piekielny” lub „tacy będą się smażyć w piekle”.
 
 
© Paweł Jarosław Kamiński 2019 (aktualizacja: sierpień 2024)

niedziela, 12 maja 2024

Mesjasz megaloman

Chciałbym podzielić się z P.T. Czytelnikami garścią faktów i przemyśleń dotyczących pisowni zaimków odnoszących się do Boga. A nuż okaże się przydatna dla autorów, redaktorów i tłumaczy tekstów nie tylko stricte religijnych.

W uchwale Rady Języka Polskiego z 7 maja 2004 czytamy:
Zaimki odnoszące się do Boga również można zapisywać wielką lub małą literą, np. On/on, Jego/ jego, Twój/twój. Zaimki zwrotne się/siebie piszemy małą literą.
W wydanej później Pisowni słownictwa religijnego powyższy tekst przybrał następującą postać:
Wielką literą piszemy: (…) Zaimki odnoszące się do Boga: jeżeli zaimków tych używamy w wypowiedziach skierowanych do Boga, to zapisujemy je wielką literą, np. Bądź wola Twoja; jeżeli natomiast używamy ich w wypowiedziach o Bogu, można zapisywać je wariantywnie – wielką lub małą literą, np. On/on, Jego/jego, np. powitajmy maleńkiego i Maryję, matkę Jego lub …i Maryję, matkę jego. Zaimki zwrotne się/siebie w tejże funkcji piszemy małą literą, np. Pan Bóg objawił ludziom siebie i tajemnicę swojej woli.
Z umiarkowanym stopniem ujmowania w karby dużych liter zaimków odnoszących się do Jezusa w zwrotach nie bezpośrednich, lecz w partiach narracyjnych mamy do czynienia w bardzo popularnej protestanckiej Biblii warszawskiej. Kilka przykładów:
  • „A On wziął owe pięć chlebów i dwie ryby (...)” (Mk 6,41).
  • „Ja chrzciłem was wodą, On zaś będzie chrzcił was Duchem Świętym” (Mk 1,8).
  • „A On mu odrzekł: Czemu pytasz mnie o to, co dobre?” (Mt 19,17).
  • „A On gromił je i nie pozwalał im mówić, bo one wiedziały, iż On jest Chrystusem” (Łk 4,41)
  • „Ale On mówił o świątyni ciała swego” (J 2,21).
Biblia warszawska nie jest w tej materii konsekwentna i dużą literą obdarowuje tylko niektóre tyczące Jezusa zaimki. Biblia Tysiąclecia posuwa się w jeszcze dalej, gęsto faszerując tekst zaimkami wielkoliterowymi ― wystarczy otworzyć tekst na obojętnie której stronie dowolnej Ewangelii.

O dziwo, manierę stosowania dużej litery do zaimków można spotkać w sytuacjach, gdy wypowiedź nie pochodzi od narratora, lecz pada z ust ludzi nie przekonanych do mesjaństwa Jezusa albo przynajmniej tego nieświadomych, a nawet ― tak, tak! ― wyraźnie do Jezusa nastawionych wrogo:
  • „Oni zaś rzekli do Niego: »Uczniowie Jana dużo poszczą i modły odprawiają, podobnie też uczniowie faryzeuszów; natomiast Twoi jedzą i piją«” (Łk 5,33 BT).
  • „Jakże Ty, będąc Żydem, prosisz mnie, Samarytankę o wodę?” (J 4,9).
  • „Znowu zapytał go arcykapłan, i rzekł mu: Czy Ty jesteś Chrystus, Syn Błogosławionego?” (Mk 14,61).
  • „Czemu On tak mówi? [On] bluźni” (Mk 2,7 BT).
Nawet w wypowiedzi diabła obserwujemy osobliwy zapis dużymi literami:
  • „Dam Ci tę całą władzę i jej przepych, ponieważ mnie ona została powierzona i mogę ją dać, komu chcę. Jeśli więc oddasz mi hołd, wszystko będzie Twoje” (Łk 4,6 Biblia paulistów).
Swoją drogą ciekawe, dlaczego dużą literą nie oddają zaimków w wypowiedziach szatana dotyczących własnej osoby (można by wszak np. w Mt 4,9 napisać: „To wszystko dam ci, jeśli upadniesz i złożysz Mi pokłon”). Nie brakowało mu przecież pychy, ego miał wprost niebotyczne: „Wstąpię na niebiosa, swój tron wyniosę ponad gwiazdy Boże i zasiądę na górze narad, na najdalszej północy. Wstąpię na szczyty obłoków, zrównam się z Najwyższym” (Iz 14,13-14). Nikogo, ma się rozumieć, nie zachęcam do takiej praktyki, wskazuję tylko na pewien brak przemyślenia i konsekwencji w decyzjach ortograficznych przyjętych w polskich Bibliach.

To wszystko dam Ci, jeśli upadniesz i złożysz Mi pokłon

Szczytem jednak wielkoliterowej obsesji są bodaj partie tekstu, w których Jezus mówi sam o sobie, a redaktorzy piszą dużymi literami zaimki „Ja”, „Mnie”, „Mój” itp. Swego czasu zżymał się na to zmarły niedawno Robert Stiller: „Z tą groteskową dużą literą, jakby podkreślając czołobitność Jezusa wobec samego siebie” (Pokaż język!, t. 1, Kraków 2012, s. 313). Tymczasem dużymi literami trzeba gospodarować w polszczyźnie oszczędnie. Z praktyką takiego swobodnego używania dużych liter mamy do czynienia nawet w Biblii warszawskiej, a cóż dopiero w „Tysiąclatce”:
  • „Oto dlatego Ja posyłam do was proroków i mędrców, i uczonych w Piśmie (...)” (Mt 23,34).
  • „To i Ja wam nie powiem, jaką mocą to czynię” (Mt 21,27).
  • „Wszakże nie co Ja chcę, ale co Ty” (Mk 14,36).
  • „Jeżelibym Ja wydawał o sobie świadectwo, świadectwo moje nie byłoby wiarygodne (...)” (J 5,31).
  • „Nie powitałeś Mnie pocałunkiem (...). Głowy nie namaściłeś Mi oliwą (...)” (Łk 7,45-46 BT).
  • „Tak, Ja Nim jestem” (Mt 26,64 BT) ― tu mamy urocze spiętrzenie aż dwóch takich zaimków.
W tekstach tak zapisanych Jezus jawi się jako megaloman, pyszałek i egocentryk, podczas gdy opisany w Księdze Izajasza Sługa Jahwe miał się cechować m.in. daleko posuniętą pokorą. Pokory wszakże nie uświadczymy w tak dziwnych rozwiązaniach redaktorskich polskich tłumaczeń Pisma św., które swoim zapisem wręcz świadczą o nieskromnie wybujałym ego Człowieka z Nazaretu. Zresztą nawet wstawianie wielkoliterowych zaimków w tekstach dotyczących Ojca niebieskiego lub wychodzących z jego ust (poza wypowiedziami skierowanymi wprost do niego) też budzi pewien niesmak i zgrzyta. Jahwe ― Ojciec, Syn czy Duch Święty ― nie potrzebuje takiego wsparcia ortograficznego. O aktach stwórczych i odkupieńczych Boga oraz jego działaniu w życiu jednostek i narodów mówi całe mnóstwo wersetów. Mocy, wielkości i niepowtarzalności Boga nie trzeba podbudowywać wielkoliterowymi zaimkami: nie przydadzą mu one boskości ani nie przymnożą niepodrabialnych atrybutów.

Niektórym i tego nie wystarcza: wcielają do armii dużych liter nawet zaimki „swój” i „sobie”. Zjawisko to szczęśliwie nie występuje, jak się zdaje, w przekładach Biblii, mamy z nim jednak do czynienia w religijnych tekstach pozabiblijnych (np. śpiewnikach).

Na tym nie koniec. Ta jedynie słuszna moda przenika do piśmiennictwa pozateologicznego, gdzie coraz więcej takich dziwów. Zapewne niemały wpływ ma na to zjawisko angielszczyzna i tłumaczone z niej teksty, dlatego przypomnę, że His (gdy mowa o którejś z Osób Boskich) nie zawsze trzeba oddawać po polsku jako „Jego”. W przekładzie na polski zaimki można często pominąć, bo są one domyślne na podstawie kontekstu, a jeśli zaimka użyć należy, to nieraz wystarczą zwyczajne „swój” lub „własny”. Przecież gdy idzie o jedną i tę samą osobę, nie mówimy: Marcin wziął jego kapelusz, tylko: Marcin wziął swój kapelusz, a najczęściej po prostu: Marcin wziął kapelusz, jeżeli tylko kontekst nie podpowiada, aby w grę mógł wchodzić kapelusz kogo innego niż Marcina, a z takimi sytuacjami przecież, statystycznie rzecz biorąc, mamy do czynienia w tekstach i w życiu zdecydowanie najczęściej.

Zjawisko przeniknęło do pism niereligijnych do tego stopnia, że już trudno sobie wyobrazić tekst, w którym by w odniesieniu do Boga zaimki pisano małymi literami. Jako ostateczną wyrocznię podsuwa się książkę, skądinąd pomocną i wartościową, Pisownia słownictwa religijnego lub izolowane porady językoznawców. Jakby zapominając o jednym: że taki czy inny zapis zależy od kontekstu, jak również od intencji piszącego, nie zaś od sztywnej, ślepej reguły językoznawców. Dodatkowo mamy chociażby warianty „Ewangelia” i „ewangelia” (gdy mowa o naukach Jezusa, nie o księdze), a także „Pismo Święte” i „Pismo święte”. Teolodzy wszakże znają i forsują oczywiście tylko sztancę: „Ewangelia” i „Pismo Święte”.

Interesująco pisał o wielkoliterowej konwencji Michał Wojciechowski, którego wypowiedź pozwolę sobie przytoczyć in extenso (M. Wojciechowski, Słabe punkty polskiego tłumaczenia Ewangelii w Biblii Tysiąclecia, „Biblica et Patristica Thoruniensia”, nr 9, 2016, s. 155):
Najszkodliwsze jest jednak to, że zaimki, które odnoszą się do Osób Boskich, Jezusa jako człowieka i jego matki, pisane są w BT z dużej litery. Jest to jaskrawa sprzeczność z oryginałem, gdzie zaimki te są niesamodzielne i przeważnie nawet nieakcentowane. Dość często można by je po prostu ominąć. Raczej „czcij ojca i matkę” niż „czcij ojca swego i matkę swoją”.

Nadmiar dużych liter wcale nie nawiązuje do tradycji. Jest to koncepcja redaktorów BT, gdyż przekłady wcześniejsze ich nie nadużywały. Przeniesiono tę manierę z niektórych tekstów liturgicznych, wmawiając wszystkim, że taka powinna być norma. Tymczasem oddawanie czci Panu Jezusowi przez sztuczną ortografię wydaje się mocno powierzchowne.

Dalsze przekłady poszły niestety za tym, choć zostawiając małą literę przy pierwszej osobie. W BT Jezus mówi jednak o sobie „Ja”, „Mnie” ― z dużej litery. Z dużej litery mówią też o nim przeciwnicy, co jest jaskrawym zafałszowaniem. Potem redaktorzy pism i książek religijnych zaczęli wymuszać również na autorach artykułów i książek nadużywanie dużych liter w tekstach naukowych i popularnych, przez co publikacje religijne bywają dość niestrawne dla nieprzyzwyczajonych do tej maniery.
I jeszcze dwa słowa ze strony profesora (M. Wojciechowski, Najnowszy przekład biblijny, „Collectanea Theologica”, t. 75, nr 4, 2005):
Jak w Biblii Tysiąclecia przyjęto pisownię wszystkich zaimków odnoszących się do Boga i Jezusa. Jest to niestety ortografia wprowadzona sztucznie, wbrew dawniejszej tradycji (od czasów Wujka po Dąbrowskiego) (...). Niesłusznie uchodzi za normatywną. Masowy czytelnik nie jest nawykły do tekstów kościelnych i odbiera ją jako męczącą i dziwaczną (...). Przyjęte rozwiązanie nie wynika z wierności oryginałowi, lecz pewnej maniery, a szkodzi przystępności dla ogółu, która była ważnym celem przekładu.

Do wszystkich powyższych uwag należy jednak poczynić pewne zastrzeżenie. Otóż o ile w tekstach autorskich można wyginać i kształtować praktycznie wszystkie zdania po uważaniu, o tyle w co niektórych tekstach przekładanych (tłumaczenie to wszakże czynność nie tyle stricte twórcza, co, rzekłbym, naśladotwórcza) ostre manewrowanie składnią zdań i synonimami, byleby zaimki odnoszące się do Boga zapisać małymi literami, może skutkować zagubieniem stylu oryginału. Taka ekwilibrystyka odbywa się kosztem wierności literze. Ergo: skórka nie opłaci się za wyprawkę. Jeśli więc nie możemy sobie pozwolić na zbytnie odchodzenie od formy tekstu wyjściowego, w takich przypadkach lepszą opcją wydaje się stosowanie rozwiązania wielkoliterowego. Nie powinno to jednak wynikać z lenistwa tłumacza, tylko z przyczyn obiektywnie narzucanych przez formę.

__________________

Podsumujmy:
  1. Istnieją dwie równoprawne możliwości zapisu zaimków względem Boga ― albo wielką literą, albo małą. Bardzo ważna jest konsekwencja w ramach jednego tekstu. Żadna z tych dwu opcji Bogu nie umniejsza.

  2. W bezpośrednich zwrotach do Boga (czyli w modlitewnych ― wyrażających cześć ― apostrofach i inwokacjach), podobnie jak w epistolarnych zwrotach do adresata, stosujmy literę wielką.

  3. Zaimki „swój”, „siebie”, „sobie”, „się” piszmy w odniesieniu do Boga małą literą niezależnie od sytuacji, przy czym nie zapominajmy o wspomnianym wyżej zastrzeżeniu.


© Paweł Jarosław Kamiński 2024



wtorek, 2 kwietnia 2024

Marek Piela — Księga Rodzaju

Przed Wielkanocą otrzymałem egzemplarz, opatrzony dedykacją autora tłumaczenia, „Księgi Rodzaju” w przekładzie Marka Pieli, profesora hebraistyki na UJ, autora licznych znakomitych tekstów nt. tłumaczeń Biblii Hebrajskiej, w tym książki „Grzech dosłowności we współczesnych polskich przekładach Starego Testamentu” (Wydawnictwo UJ, Kraków 2003). Marek Piela to europejskiego formatu hebraista, znakomity teoretyk przekładu i wykładowca hebrajszczyzny na UJ.

Miałem przyjemność jako redaktor współpracować z nim przy trzech przedsięwzięciach wydawniczych, w ramach których przetłumaczył wybrane księgi Starego Testamentu:
– „Księga Rodzaju”, Księgarnia Akademicka, Kraków 2020 (redakcja Księgi Rodzaju);
– „Księga rodzaju. Księga Wyjścia”, Księgarnia Akademicka, Kraków 2021 (redakcja Księgi Rodzaju i Księgi Wyjścia);
– „Księga Sędziów, Księgi Samuela i fragment 1 Księgi Królewskiej”, Księgarnia Akademicka, Kraków 2022 (redakcja Księgi Sędziów).

W tym roku ukazała się właśnie czwarta propozycja przekładowa prof. Pieli, również, jak poprzednie trzy, z piękną XVI-wieczną ryciną na froncie okładki. Tym razem jest to poprawiona, zmieniona „Księga Rodzaju”; w jej powstanie miałem najmniej wkładu, niemniej autor tłumaczenia wyróżnił mnie w podziękowaniach. To dla mnie zaszczyt, Panie Profesorze!


Swoimi publikacjami traktującymi o przekładzie Starego Testamentu Marek Piela wnosi powiew świeżego, zdrowego powietrza do przestarzałych, związanych kajdanami tradycji reguł translatorskich, którymi kierują się tłumacze Biblii w Polsce, a które skutkują przekładami nużącymi, ciężkimi w odbiorze, topornymi i niezrozumiałymi, podczas gdy oryginał był dla pierwotnego odbiorcy na ogół potoczysty (uwaga: nie mylić z potocznym, choć i takie partie znajdziemy w Biblii Hebrajskiej), klarowny i zrozumiały.

Marek Piela prezentuje w praktyce tłumaczenie Biblii zgodne z prawidłami, które postulował na przestrzeni ponad dwóch dekad. Księgi biblijne w jego wydaniu oddają zarówno znaczenie oryginału (jakże często w innych przekładach trudne do uchwycenia lub wręcz nieobecne), jak i walory literackie tegoż (mamy m.in. archaizację i intertekstualne aluzje). W końcu można je czytać bez widocznych hebrajskich konstrukcji, idiomów i frazeologizmów, które tak nagminnie w innych tłumaczeniach Biblii przebijają przez powłokę słabej polszczyzny, niewolniczo idącej za literą oryginału. W końcu trzymam w ręku Biblię napisaną po ludzku, nie zaś mętną, mistyczną „polszczyzną biblijną”. Dodatkowo partie dialogowe są zapisane od myślników, jak na polski tekst przystało; nie ukrywam, że autora przekładu namawiałem do zastosowania takiego rozwiązania już w pierwszym wydaniu „Księgi Rodzaju”.

Wszystkich zainteresowanych zachęcam do lektury!


© Paweł Jarosław Kamiński 2024


niedziela, 6 sierpnia 2023

John Donne ― Sonet I




Przekład powstał w 2014 roku. A.D. 2023 zmieniłem parę drobiazgów pod kątem stylistycznym oraz (pod wpływem konstruktywnych, rzeczowych uwag pewnego czytelnika) dwie ostatnie linijki.


Sonnet I

Thou hast made me, and shall thy worke decay? 
Repaire me now, for now mine end doth haste; 
I runne to death, and Death meets me as fast, 
And all my pleasures are like yesterday. 
I dare not move my dimme eyes any way; 
Despaire behind, and Death before doth cast 
Such terrour, and my feeble flesh doth waste 
By sinne in it, which it t'wards hell doth weigh. 
Onely thou art above, and when towards thee 
By thy leave I can looke, I rise againe; 
But our old subtle foe so tempteth me, 
That not one houre my selfe I can sustaine. 
Thy Grace may wing me to prevent his art 
And thou like Adamant draw mine iron heart. 



Sonet I

Tyś mię ulepił ― daszli dziełu przepaść swemu?
Odnów mię teraz, odpraw Śmierć, co ku mnie pędzi, 
Równym krokiem ja ku niej gnam i ledwo dycham, 
Ustąpiły rozkosze czołu pochmurnemu, 
Nie śmiem dawać poleceń oku zemglonemu, 
Rozpacz po piętach depce, z płuc trwogę wydycham 
Przed Śmiercią, w słabym ciele życia ani piędzi 
Przez grzech natury lgnący ku piekłu czarnemu. 
Tyś w górnej sferze, aleć gdy spojrzeć na Ciebie
Dozwalasz, znów się wznoszę, wróg wszakże nasz stary
Przemyślnie mię podchodzi; nie jestem sam z siebie
Mocen trwać jednej chwili, kłonię się na mary.
Z czarciej matni Twa Łaska wzbić ku niebu mię może,
Tyś Dyjament, co serce me żelazne zorze.



© Paweł Jarosław Kamiński 2023


niedziela, 18 czerwca 2023

Powrót mrocznego Fiodora

Kilkanaście lat temu natrafiłem w sieci na krytyczne omówienie przekładu komiksu Batman: Powrót Mrocznego Rycerza Franka Millera. Będąc ostatnio w bibliotece, w okolicach regału z komiksami dla starszyzny przypomniałem sobie o tamtym artykule i zerknąłem w poszukiwaniu tego „dzieła, które — jak zachwala na tylnej okładce wydawca (Egmont) — w połowie lat osiemdziesiątych ubiegłego stulecia zrewolucjonizowało sztukę komiksu. Frank Miller (autor m.in. serii Sin City oraz albumów Ronin i 300) pokazał czytelnikom nową twarz Batmana oraz zaproponował sposób narracji niespotykany dotąd w przygodach superbohaterów”. Stało sobie na półce i spokojnie czekało, aż ktoś się nim zainteresuje. Miało farta. Przy czym w mojej głowie rewolucji nie zrobiło (wszak poznałem je cztery dekady po premierze), a kreska, fabuła i treści zawarte w dymkach przypadły mi do gustu, mówiąc oględnie, średnio. (Swoją drogą podobnie było z filmem fabularnym Mroczny Rycerz: w trakcie domowego seansu wpadłem w objęcia Morfeusza).

Jak się okazało, było to nowsze, drugie wydanie, przełożone przez inną osobę. Która nie poprawiła wszystkich poprzednich błędów tłumacza, a dodatkowo wygenerowała nowe. Pominę je, a zwrócę jedynie uwagę na nieznośną manierę zapisu wypowiedzi, od razu rzucającą się w oczy. Otóż w wielu dymkach niektóre fragmenty wypowiedzi zaznaczono tłustym drukiem. Jest tego całe mnóstwo. Wytłuszczenia mają wskazywać na wyrazy mocniej akcentowane w wypowiedzi, ale w rzadko którym dymku jest to potrzebne: przekładowca obsesyjnie zaznaczył „szczególnie ważne” miejsca, mimo że polszczyzna posługuje się w tym celu z reguły innymi środkami (pisałem o tym przy okazji odnoszenia się do biografii Lovecrafta i komiksu Hellboy). W związku z czym znajdujemy takie oto ciekawostki (proszę spróbować wymówić naturalnie te zdania, kładąc nacisk na wyróżnione słowa, a w ramach translatorium zastanowić się, jak należałoby napisać poszczególne zdania, aby brzmiały niewymuszenie po polsku; wszystkie przykłady pochodzą tylko z czternastej strony):

  • Absolutnie, Bill. To ciężki miesiąc w tym mieście. W tej chwili słupek rtęci wskazuje niezwykłą jak na tę porę roku temperaturę 39℃... [Przy okazji kolejna kalka: absolutnie, który to wyraz ma oznaczać odpowiedź twierdzącą na pytanie: „(...) ale panujące upały bez wątpienia również mogły się do tego przyczynić, prawda, doktorze?”].
  • Chciał tylko pieniędzy. Naiwnie sądziłem, że to najgorszy gatunek człowieka.
  • Ci tu... to jego dzieci. Czystszy gatunek...
  • ...i świat należy do nich.
  • To nie on. Tamten drgnął, gdy naciskał spust. Było mu niedobrze... czuł się winny po tym, co zrobił...
  • Nie mogę załatwić gościa, bo ten tego chce...
  • Skoczmy na pasaż, stary...
  • ...bestialsko wymordowano wszystkich członków rodziny. Organy ścigania przypuszczają, że mutanci, podejrzani o dokonanie tego okrutnego czynu, dopuścili się go z powodów rabunkowych...
  • Z ostatniej chwili — na drzwiach Pierwszego Kościoła pod wezwaniem Chrystusa Odkupiciela znaleziono przybitego martwego kota... O dokonanie czynu podejrzany jest gang mutantów...

I tak wszędzie, w całym bez mała 200-stronicowym komiksie. Mania wytłuszczania (a w książkach niekomiksowych: kursywienia) jest wcale nierzadka u niewyrobionych anglojęzycznych autorów, ale nawet ci zręczniejsi stosują ten środek znacznie częściej niż nasi rodzimi pisarze, nad Wisłą bowiem akcentuje się wyrazy na piśmie zasadniczo inaczej. Przenoszenie jej na grunt polszczyzny nie przydaje tekstowi wdzięku ani nowoczesności, świadczy o braku znajomości prawideł przekładu i arkanów polszczyzny oraz skutkuje gnieciuchem i szkaradzieństwem. Gdzie był redaktor, który okopany w rodzimych zasadach, regułach, konwencjach i tradycjach powściągnąłby dzikie zapędy tłumacza?

Z kolei z inną zaskakującą manią — pardon! — manierą spotkałem się niedawno w przekładzie Braci Karamazow. Manierą powtarzania. Poza tym edycja prześliczna: jest tasiemka pełniąca rolę zakładki, krój pisma urzeka, format też nieszablonowy, do tego płyta ze spektaklem. Tekst wizualnie odbiera się znakomicie (znacznie lepiej od znakowej edycji w przekładzie Adama Pomorskiego), uroda typograficzna zachwyca. Wszystko wydane na moim podwórku AD 2015: Centrum Kultury w Lublinie. Autor przekładu: Cezary Wodziński.

A jednak lektura gładko nie idzie. Proszę mnie poprawić, jeśli się mylę, ale jak dla mnie poniższe przykłady świadczą o redundancji, niezrozumieniu funkcji co poniektórych spójników albo gubieniu się w tasiemcowych zdaniach. Jeśli wszystko to jednak zamierzone jest przez Dostojewskiego — w co nieśmiało wątpię — zwrócę tłumaczowi (requiescat in pace) honor. Bo wiadomym jest mi, że Dostojewski czasami pisał niełatwo, przykładowo tzw. skazem, nie zawsze, a może nawet rzadko umiejętnie oddawanym przez polskich tłumaczy, o czym informuje w poświęconej sztuce przekładu antologii O nich tutaj Jan Gondowicz (Fiodor na ciepło), dając zarazem brawurową próbkę własnego, 14-wierszowego tłumaczenia fragmentu opowiadania Połzunkow w zestawieniu z przegadaną (31 linijek), na pozór aby wierną wersją, która wyszła spod pióra Tadeusza Podgórca. Oto ustępy, o które potknęła się moja noga, gdym podjął lekturę Braci Karamazow:

  • Natomiast teraz powiem o tym „właścicielu majątku” (jak go u nas nazywali, choć niemal całe swoje życie przeżył poza swoim majątkiem) tylko tyle, że był on dziwnym typem człowieka nie dość, że podłym i zdeprawowanym, to zarazem postrzelonym — lecz z tego wszak gatunku postrzeleńców, którzy potrafią doskonale zajmować się swoimi majątkowymi interesikami i, jak się zdaje, wyłącznie nimi.
  • Znałem wszak jedną taką pannę, z poprzedniego, „romantycznego” jeszcze pokolenia, która po kilku latach tajemniczej miłości do pewnego pana — a mogła, dodam, w każdej chwili najspokojniej w świecie wyjść za niego za mąż — skończyła jednakże w ten sposób, że wydumała sobie nieprzezwyciężone przeszkody i pewnej burzliwej nocy rzuciła się z wysokiego brzegu, przypominającego urwisko, w odmęty dość głębokiej i rwącej rzeki, zginęła w niej przeto wyłącznie z własnego kaprysu, tylko dlatego, żeby upodobnić się do Szekspirowskiej Ofelii, i wolno przypuszczać, że gdyby owo urwisko, od dawna przez nią upatrzone i ukochane, nie było tak malownicze, lecz znacznie bardziej prozaiczne i płaskie, do samobójstwa prawdopodobnie w ogóle by nie doszło.
  • Wkrótce po porwaniu Adelajda Iwanowna w mig spostrzegła, że dla swego męża żywi wyłącznie pogardę i nic więcej.

Wszystko to spisałem zaledwie z trzech pierwszych stronic tytanicznej powieści. Wisienką na torcie jest zdanie o tym, jak to Fiodor Pawłowicz Karamazow „porzucił swoje dziecko powite z Adelajdą Iwanowną” — i sami widzicie, że nie mam wyjścia: muszę sięgnąć po przekład Pomorskiego. Zresztą zachwalany. Jakkolwiek summa summarum liczy się bardziej treść książki aniżeli walory wizualne, nie ukrywam, że aspekt estetyczny (staranne wydane, atrakcyjna czcionka) ułatwia lekturę, a Znak nie wychodzi naprzeciw moim gustom w tym względzie. Ale co tam, mniejsza o urodę edycji, ważne, żeby nie ulgnąć na językowych mieliznach.

Fiodor na wieść o jakości przekładów niejakiego Dostojewskiego

Do następnego!

© by Paweł Jarosław Kamiński 2023 (aktualizacja: październik 2024)

niedziela, 10 kwietnia 2022

Brudne oblicze Hioba

W licznych artykułach i na wielu forach internetowych do dziś nie gasną echa kłótni i sporów, dyskusji i szarpanin o nazwy własne w przekładach. Na przykład o te zastosowane przez Jerzego Łozińskiego we Władcy Pierścieni czy Monikę Adamczyk-Garbowską we Fredzi Phi-Phi. Ostatnio oryginalne nazwy własne w Anne of Green Gables przywróciła Anna Bańkowska i wśród czytelników znów zawrzało, gdy zobaczyli w księgarniach Anne z Zielonych Szczytów.

Jako czytelnicy niejednokrotnie fanatycznie przywiązujemy się do nazw zasłyszanych w pierwszym przekładzie i nie chcemy słyszeć o innych (casus Anne…); innym z kolei razem tłumacz nie dociera do zaleceń autora dla przekładaczy ani motywacji kierującymi jego wyborami nazewniczymi (vide Władca...) albo rozmyślnie na intencje autora nie zważa. A jak to jest z klasyką nad klasyki?

W dzisiejszym artykule rzecz rozbijać się będzie o nazewnictwo biblijnej księgi, której autorstwo przypisuje się tradycyjnie Mojżeszowi, traktującej o losach patriarchy imieniem... no właśnie, jakim?

Zyg-zyg marchewka!

W niektórych przekładach Pisma św. spotkać możemy wersję „Job”, w innych na ogół „Hiob” (pozostałe, dużo mniej znane warianty celowo pomijam). W hebrajszczyźnie stoi אִיּוֹב (Ijjow), tyle że w języku polskim wiele nazw własnych, w tym imion postaci biblijnych, ma utrwaloną od lat postać swojską, mniej lub bardziej odbiegającą od brzmienia oryginalnego. Oto garść z nich:

• Mojżesz ― hebr. Mosze,
• Izaak ― Jicchak,
• Eliasz ― Elija(hu),
• Jakub ― Jaakow,
• Salomon ― Sz(e)lomo,
• Ruben ― Reuwen,
• Elizeusz ― Elisza,
• Sychem ― Szechem,
• Jerozolima ― Jeruszalaim.

Ba, pewne postaci mogą się poszczycić dwiema omal równorzędnymi, by nie rzec: konkurencyjnymi, formami w tradycji polskich nieżydowskich przekładów: mamy więc Nabuchodonozora i (trochę mniej popularnego) Nebukadnesara, Ezechiasza i (rzadszego, ale też wcale zadomowionego) Hiskiasza. Dodatkowo w życiu codziennym wyznanie mojżeszowe wypracowało własne wersje ― w tym zdrobnienia ― biblijnych imion własnych, które można było często usłyszeć na ulicach miast, miasteczek i wsi II Rzeczypospolitej oraz tej pod zaborami:

• Jankiew, Jankiel ― Jakub,
• Szmul ― Samuel,
• Ryfka ― Rebeka,
• Mosiek ― Mojżesz,
• Icek ― Izaak,
• Srul ― Izrael.

Tytułowa postać niniejszego wpisu ma dwie utarte w polskich Bibliach wersje imienia: Job i Hiob. Polszczyzna literacka jednak upodobała sobie formę z inicjalnym „h”, stąd chociażby „hiobowa wieść”. Wersja z „j” powinna odejść do lamusa, tego jej z całego serca życzę, tym bardziej że brzydko się kojarzy. Pisał już o tym i apelował o wyrugowanie z kulturalnej polszczyzny formy „Job”, mocno przywodzącej na myśl całą rodzinę wulgaryzmów o rodowodzie rosyjskim, ksiądz Janusz Frankowski, i to kilkukrotnie:
Forma „Job” ze względów oczywistych brzmi wyjątkowo źle. To prawda, że w katolickich przekładach Biblii używano niestety właśnie tej formy. BT miała okazję przełamać tę złą tradycję i wprowadzić dużo szczęśliwszą formę „Hiob”, niestety okazji tej nie wykorzystała. (J. Frankowski, Biblia Tysiąclecia i problematyka dzisiejszych przekładów Pisma Świętego, „Znak”, 1975, t. 27, s. 722)
We wcześniejszym o kilka lat tekście wypowiada się jeszcze klarowniej:
Chodzi mi tu (...) o imię „Job”. Imię to mam pięknie spolszczone w postaci „Hiob” wraz z uświęconym już wyrażeniem „hiobowe wieści”. Jakże więc można było zgodzić się [chodzi o wydanie pierwsze BT ― przyp. PJK] na formę „Job”, która ― powiedzmy to wprost, aby ją ostatecznie skompromitować, by nie wróciła, broń Boże, w nowym wydaniu BT ― nie ma w sobie nic z dostojności i tragizmu Hioba, a musi budzić tylko skojarzenia z językiem brukowym. Ile razy w grupach młodzieżowych otwieraliśmy BT na tej księdze i młodzież zobaczyła to imię, można było dostrzec w oczach błysk niedowierzania i zakłopotania, jak odczytać na głos takie słowo. (J. Frankowski, Biblia Tysiąclecia ― jej wartość i znaczenie, „Ruch Biblijny i Liturgiczny”, 1970, nr 2–3, s. 80)
W końcu redaktorzy Biblii Tysiąclecia poszli po rozum do głowy i z rady skorzystali, czego dowodem wydanie piąte. Aczkolwiek nie wszyscy bibliści podzielali zmysł językowy Frankowskiego: za przykład braku wyczucia w tej materii posłuży nam wypowiedź ks. Chmiela o chybionej, w jego mniemaniu, zmianie w trzecim wydaniu „Tysiąclatki” (J. Chmiel, Textus Receptus współczesnej Biblii polskiej. O trzecim wydaniu Biblii Tysiąclecia, „Ruch Biblijny i Liturgiczny”, 1981, t. 34, s. 276):
Wydaje się, że jakkolwiek forma „Hiob” ma więcej precedensów w literaturze polskiej (por. np. „jak Hiob na swym barłogu” T. Żeleńskiego, „Hiobowe łzy” M. Romanowskiego czy też powiedzenie „Hiobowa wieść”), to jednak forma „Job” jest starsza w słownictwie polskim (por. M. Sępa Szarzyńskiego „Na one słowo Jopowe: Homo natus de muliere, brevi vivens tempore” czy też nazwy własne: Jop, Jopek itd. Ale Redactio locuta est, causa finita; mnie jednak żal „Joba” (gdyż nie mam skojarzeń werbalnych z b. Kongresówki).
Słuszną decyzję podjęli również wydawcy Uwspółcześnionej Biblii gdańskiej (Fundacja Wrota Nadziei, Toruń 2017), którzy odświeżając kilkusetletnie tłumaczenie, postanowili zastosować literacką wersję imienia, nie wywołującą paskudnych skojarzeń.

„Job” pokutuje nadal w nie najmłodszej już Biblii warszawskiej, tak powszechnej wśród protestantów. Szczęściem postanowiono od tej postaci (zapisu, nie patriarchy) odejść na kartach Biblii ekumenicznej. Niestety, nie ma pewności, że ten potworek nie będzie jak zły szeląg powracać w kolejnych przekładach, skoro wypłynął na powierzchnię w jednej z nowszych translacji, autorstwa Piotra Zaremby (EIB). A fe, panie tłumacz!

Można również iść w stronę egzotyzacji, stosując formę: Ijjow, lub przyjąć formę używaną w polskim piśmiennictwie żydowskim, czyli: Ijow.

********

Na koniec ciekawostka: Anglosasi mają związaną z Hiobem kolokację dotyczącą nie wieści, lecz... cierpliwości. O ile my określilibyśmy cierpliwość raczej mianem żelaznej, a przede wszystkim anielskiej lub, jeśli dotyczy mrówczej, koronkowej roboty ― benedyktyńskiej, o tyle w angielszczyźnie mówi się o cierpliwości hiobowej (the patience of Job). Widać, każda kultura wynosi z historii patriarchy inne zdobycze językowe.



© Paweł Jarosław Kamiński 2019, 2022


niedziela, 31 października 2021

Mój domysł nie będzie lepszy niż twój

Zdanie otwierające powieść brzmi, nie powiem, dość zachęcająco: „Kiedy w dniu, który znasz jako środę, zaczyna ci się wydawać, że jest niedziela, coś jest zdecydowanie nie tak”. Kusi do rzucenia okiem na kolejne akapity. Sęk w tym, że dalszą lekturę utrudnia zniesmaczający czytelnika przekład (dałem sobie spokój gdzieś w okolicach 110 strony): frazie brakuje potoczystości, zdania są na ogół gramatycznie poprawne, ale niektóre bywają słoniowato ociężałe, momentami niezdarne i sztuczne. Subtelnie (a czasem brutalnie) koślawe i drewniane. A garbaty i bezkrwisty język ciężko strawić.

Gdy będę mieć dostęp do papierowego oryginału, nie omieszkam się z nim zapoznać, boć to — ladies and gentlemen — klasyka SF, a fantastykę darzę do dziś sentymentem. (Pierwszy, pamiętny numer „Nowej Fantastyki” kupiłem, jeszcze za kieszonkowe, w kwietniu 1993 roku, niedługo potem, w lipcu, wyłowiłem w kiosku mojego pierwszego „Fenixa” — z najlepszego bodajże okresu, kiedy naczelnym był Rafał Ziemkiewicz, a w dziale publicystyki brylowali: Oramus, Kołodziejczak i Braiter — ze zgiętym wpół, rozpadającym się robotem na okładce: jakież się wtedy przede mną światy otworzyły!) Póki co jednak dysponuję tylko wersją elektroniczną dziełka, z której korzystam w celach użytkowych, nie rozrywkowych — wyłącznie gwoli zestawienia polskiego tekstu z oryginałem — a że w takiej postaci książki jakoś do mnie nie przemawiają, dlatego zaczekam na lepsze czasy, by móc się wtedy oddać lekturze wolnej od tłumackich zadziorów.

Najnowszą wersję polską książki Johna Wyndhama Dzień tryfidów, bo o niej mowa, ogłosiła drukiem oficyna Vis-à-vis Etiuda (Kraków 2018) i to z niej pochodzić będą cytowane fragmenty. Poniżej próbka ciekawostek językowych z tej produkcji.

Korzenie, Drewno, Drzewo, Natura, Las, Zielony, Stary
Dżungla polszczyzny wykończy wszystkich i wszystko, nawet tryfidy

„Ja... one... chyba się zaklinowały — powiedziałem” (s. 17). Tak oto przekalkowane z angielszczyzny bąkanie usiłuje nieudolnie naśladować naturalną polską mowę.

Na tej samej stronie w pierwszej części zdania „Na następnym piętrze wziąłem się w garść i zebrałem się na odwagę, żeby zajrzeć na inny oddział” niepotrzebnie przy każdym czasowniku wisi zaimek zwrotny „się”: owszem, feler mniejszego kalibru, wielu przeszłoby nad tym do porządku dziennego bez zmrużenia powieki, ale zjawisko przyklejania rzeczonego zaimka do każdego czasownika nasila się w literaturze, jakby nie istniała w polszczyźnie dyżurna elipsa, przydająca tekstowi wdzięku i uwalniająca go tym samym od toporności.

„Się” nieładnie umieszczono na końcu zdania chociażby na stronach 62 („Wydawało się, że jeszcze coś doda, ale zawahała się”) i 42 („Znajdujący się tuż pod kielichem ciemnozielony strąk wielkości dużego jabłka lśnił i rozdymał się”), które to zjawisko coraz częściej się przytrafia książkom, mimo że jest (z wyjątkiem króciuteńkich zdań i rozkazów) bezsprzecznym uchybieniem stylistycznym. Erba mala presto cresce.

Na stronach 27 (2x) i 28 czytamy o firmie Arctic & European Fish Oil Company, by oto na stronie 37 natknąć się na Attic & European Fish Oil Company występujące w towarzystwie, i to w kolejnym akapicie (sic)... dobrze już znanej nam Arctic & European Fish Oil Company. Owszem, błąd ten figuruje w niektórych angielskich wydaniach, ale to nie powód, żeby tłumacz dyskretnie nie zamaskował tej ewidentnej usterki.

„Mój domysł nie będzie lepszy niż twój” (My guess would be no better than yours) niewolniczo oddaje zdanie nawiązujące znaczeniowo do idiomu your guess is as good as mine, czyli po polsku „dobre pytanie”, „też chciałbym wiedzieć”, „wiem tyle, co i ty” czy — jak mówi się w stronach mojej ślubnej — „Ty mnie pytaj, a ja ciebie”.

Razi mnogość afektowanych ochów, rodem z XIX-wiecznej pensji:
    • „Patrz! Och, patrz!” (s. 67),
    • „Och! Och, to Annie!” (tamże),
    • „Och, kobiety. Tego ci potrzeba? — spytał przywódca” (s. 51),
    • „Och, myślę, że sobie poradzimy” (s. 75),
niekiedy występujących także w wersji „och tak” (s. 73, 74).

A skoro już jesteśmy przy pensjonarskiej manierze: aż nazbyt często natykamy się na „no cóż” (także na początku zdań), co wprowadza do wypowiedzi postaci niepożądaną pretensjonalność:
    • „No cóż, to po prostu kwestia wślizgnięcia się do sklepu (...)” (s. 74),
    • „No cóż, każdy ma inny gust” (s. 75).

(...) if news were scarce and a touch of the mysterious East to według tłumacza „wiadomości stanowiące dotyk tajemniczego Wschodu” (s. 30). „Dotyk Wschodu” — argumentowaliby obrońcy — jest poetycznym sformułowaniem, dla mnie jednak to widomy znak niezamierzonej nieporadności. Nie lepiej byłoby napisać, że „dają posmak tajemniczego Wschodu” albo coś w tym guście?

„Miałem także poczucie, że dopóki zachowam swoje normalne ja (as long as I remained my normal self), sprawy mogą nawet teraz (...) wrócić do normy” (s. 45). Polskie zdanie można by zinterpretować tak, jakby protagonista walczył z przejmującym nad nim kontrolę dr. Hyde'em. Tymczasem chodzi o zwykłą sytuację zachowywania się z godnością, praworządnie i etycznie w obliczu swoistego końca świata.

I wandered along past displays which made my mouth water while my already obsolete conventions kept me hungry nie oznacza, jak by chciał tłumacz, „przestarzałe konwenanse sprawiały, że byłem głodny” (tamże) — bo to soki wywołują ssanie w żołądku, nie konwenanse — tylko że bohater chodził głodny, ponieważ wpojone mu przed laty normy zachowania nie pozwalały zniżyć się do procederu szabrowania.

„Proszę stać nieruchomo” (s. 47) niezgrabnie oddaje angielskie Stand still then, które w tym kontekście mogłoby przybrać formę zwyczajnego „Proszę się nie ruszać”, „Niech pan się nie rusza”, a nawet bardziej bezpośredniego „Pan się nie rusza” lub jeszcze mniej certolącego się „Nie ruszaj się pan”.

'There's one thing,' he said. 'They'll be needing all their damned patronage for themselves now' można by oddać w tym kontekście (główny bohater opowiada ślepemu od urodzenia, że nagle wszyscy na ziemi stracili wzrok, na co ślepiec reaguje właśnie tą wypowiedzią) jako „Powiem tylko jedno”, „Powiem (tylko) tyle”, „Powiem tak” albo, jak w klasycznym tłumaczeniu Wacławy Komarnickiej, „Jedno tylko mogę powiedzieć” zamiast niecodziennie brzmiącym „To jest coś” (s. 48).

U Komarnickiej naturalniej brzmią też dialogi, dość porównać nacechowane zdziwieniem, spontaniczne „Pani dziecko widzi?” (a nawet jeszcze lepiej „To pani dziecko widzi?”, bo to raczej nie tyle pytanie, co stwierdzenie) z nieco formalnym, sztywnym i przez to nieprzekonującym „Czy pani dziecko widzi?” w najnowszym przekładzie (tamże).

Go on, Mary. Tell the gentleman to dla tłumacza „No dobrze, Mary. Powiedz panu” (jw.). Komarnicka zachętę oddaje poprawnym: „No, Mary, powiedz panu”.

Na tej samej stronie mamy prześliczne „zderzenia zdarzały się”.

Czy tylko mnie w zdaniu „Wydaje mi się, jest to silniejsze, kiedy jest sucho” (s. 39) brakuje słówka „że”? Bezsprzecznie skopiowano tutaj angielską składnię (I fancy they do it more when it's dry), co polskiemu tekstowi na dobre nie wyszło.

Na s. 62 zostajemy uraczeni nieładnym „Zaczynam czuć się pozostawiona własnemu losowi”, zamiast przeczytać coś w rodzaju: „Zaczynam odnosić wrażenie, że rzucono (pozostawiono, wydano) mnie na pastwę (łaskę) losu”.

Stronę dalej czytamy: „Chyba pamiętam, że gdzieś tutaj jest pewien sklep”. „Chyba pamiętam” to, przyznacie, niezbyt fortunne połączenie. To tak, jak gdyby napisać: przypuszczam, że pamiętam. Powinno być raczej „O ile pamiętam”, „O ile dobrze pamiętam”, „Jeśli mnie pamięć nie myli”. No i po co to „pewien”?

Angielskie But an old saying about a pitcher and a well kept on recurring to me oddano na s. 43 niezrozumiale jako „Ale sprawdziło się na mnie stare powiedzenie o dzbanie i studni”. W anglojęzycznym świecie istotnie mamy porzekadło The pitcher goes often to the well, but it is broken at last (występujące też w wersji The pitcher will go to the well once too often), któremu wszakże odpowiada polskie „Póty dzban wodę nosi, póki się ucho nie urwie”, tymczasem tłumaczenie zbija czytelnika z tropu, każąc mu głowić się nad tym enigmatycznym fragmentem.

Urodę zdań „To sprawia, że czuję się, jakbym była piratem” (s. 63) oraz „Jaki mógłby być plan, aby poradzić sobie z tym wszystkim?” (s. 44) pozostawiam bez komentarza. Albo nie, dam jednak przestrogę: wiedzcie, że takich paskud jest w książce niemało i już samo to skutecznie odstręcza od lektury. Tak wygląda dictum acerbum o przekładzie Dnia tryfidów.

Na koniec rzecz prozaiczna: „Choć kochanie” ze s. 76. Ba, powtórzona stronę dalej, co może sugerować, że nie jest to zwyczajna literówka, lecz świadectwo lekceważącego stosunku wydawnictwa do klienta. Ale co tam, skoro to tylko infantylna fantastyka, czytelnikowi można wcisnąć wszystko, kto by się przejmował różnicą między „chodź” i „choć”.

No cóż, kończmy tę wiwisekcję i choćmy spać. Och tak.

 

© Paweł Jarosław Kamiński 2021