Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Poezja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Poezja. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 6 sierpnia 2023

John Donne ― Sonet I




Przekład powstał w 2014 roku. A.D. 2023 zmieniłem parę drobiazgów pod kątem stylistycznym oraz (pod wpływem konstruktywnych, rzeczowych uwag pewnego czytelnika) dwie ostatnie linijki.


Sonnet I

Thou hast made me, and shall thy worke decay? 
Repaire me now, for now mine end doth haste; 
I runne to death, and Death meets me as fast, 
And all my pleasures are like yesterday. 
I dare not move my dimme eyes any way; 
Despaire behind, and Death before doth cast 
Such terrour, and my feeble flesh doth waste 
By sinne in it, which it t'wards hell doth weigh. 
Onely thou art above, and when towards thee 
By thy leave I can looke, I rise againe; 
But our old subtle foe so tempteth me, 
That not one houre my selfe I can sustaine. 
Thy Grace may wing me to prevent his art 
And thou like Adamant draw mine iron heart. 



Sonet I

Tyś mię ulepił ― daszli dziełu przepaść swemu?
Odnów mię teraz, odpraw Śmierć, co ku mnie pędzi, 
Równym krokiem ja ku niej gnam i ledwo dycham, 
Ustąpiły rozkosze czołu pochmurnemu, 
Nie śmiem dawać poleceń oku zemglonemu, 
Rozpacz po piętach depce, z płuc trwogę wydycham 
Przed Śmiercią, w słabym ciele życia ani piędzi 
Przez grzech natury lgnący ku piekłu czarnemu. 
Tyś w górnej sferze, aleć gdy spojrzeć na Ciebie
Dozwalasz, znów się wznoszę, wróg wszakże nasz stary
Przemyślnie mię podchodzi; nie jestem sam z siebie
Mocen trwać jednej chwili, kłonię się na mary.
Z czarciej matni Twa Łaska wzbić ku niebu mię może,
Tyś Dyjament, co serce me żelazne zorze.



© Paweł Jarosław Kamiński 2023


niedziela, 19 marca 2023

Tolkien ― przepowiednia Malbetha

Poniżej przedstawiam tłumaczenie przepowiedni Malbetha Jasnowidzącego z drugiego rozdziału Powrotu króla J.R.R. Tolkiena, o incipicie Over the land there lies a long shadow… Translat przeleżał w szufladzie dekadę. A nuż przypadnie do gustu co poniektórym hobbitofilom (bo akrybicznie akuratnym śródziemio- i tolkienologom raczej nie choćby z powodu braku aliteracji). Tak czy siak w skromniutkim zakresie poszerza serię przekładową.


Over the land there lies a long shadow,
westward reaching wings of darkness.
The Tower trembles; to the tombs of kings
doom approaches. The Dead awaken;
for the hour is come for the oathbreakers;
at the Stone of Erech they shall stand
and hear there a horn in the hills ringing.
Whose shall the horn be? Who shall call them
from the prey twilight, the forgotten people?
The heir of him to whom the oath they swore.
From the North shall he come, need shall drive him:
he shall pass the Door to the Paths of the Dead.


Nad krajem długi, kruczy cień gniazduje,
na zachód bije skrzydłami ciemności.
Wieża dygoce, zagłada wędruje
ku grobom królów. Wracają z nicości
Umarli. Oto wiarołomców pora 
staną raz jeszcze przy głazie Erechu,
na odgłos rogu brzmiący w górskim echu.
Któż zadmie wówczas i przyzwie z wieczora
z szarego mroku zapomniane plemię?
Następca tego, kto przyjął ich śluby.
W potrzebie wypchną go północne ziemie:
na Szlak Umarłych wkroczy Bramą Zguby.


© by Paweł Jarosław Kamiński 2023

piątek, 15 października 2021

ROBERT FROST ― Fire and Ice

Odnoszę wrażenie, że to chyba jeden z najczęściej tłumaczonych w Polsce, choć wcale nie najczęściej publikowanych, utworów poetyckich z kręgu anglojęzycznego. Być może za sprawą translatoriów, na których studenci mozolą się, by w pocie czoła wydać na świat pierwsze płody, które poddają ocenie wykładowców albo członków forów dla tłumaczy, chcąc zasięgnąć opinii na temat efektu swoich starań, talentu bądź jego braku, ewentualnie obszarów do poprawy. Pełno najróżniejszych wersji tego wiersza chociażby na forum mLingua.

Koster, Ogień, Iskry, Płomień, Węgle, Drewno Kominkowe 

Mimo że wiek studencki dawno już mam za sobą, zamieszczam poniżej własną hobbystyczną próbkę, w większości pochodzącą sprzed około ośmiu lat, schowaną na dnie szuflady, a wydobytą dzisiaj z zapomnienia na światło dzienne. Na ile udaną, oryginalną bądź interesującą ― nie wiem. Wprawdzie udało się zachować liczbę sylab (co akurat nie było konieczne) i układ rymów, lecz utwór stawia przed tłumaczem więcej wyzwań.

Rzecz odświeżyłem, to i owo poprawiłem, co nieco zmieniłem, efekt światu przedstawiłem.

Na koniec ciekawostka: czy zauważyliście, że tytuł wiersza niepokojąco koresponduje z nazwiskiem autora? Niepokój wzmaga rzecz jasna treść utworu. Aż ciarki biorą.


Fire and Ice / Ogień i lód

Some say the world will end in fire,
Some say in ice.
From what I've tasted of desire
I hold with those who favor fire.
But if it had to perish twice,
I think I know enough of hate
To say that for destruction ice
Is also great
And would suffice.


Świat, mówią jedni, połknie ogień,
Inni
że lód.
Na ile znam pragnienia płomień,
Trzymam z tymi, co twierdzą: ogień.
A gdyby raz i drugi mu
Paść przyszło, dość nienawiść znam,
By rzec, że do niszczenia lód
Też zda się nam
I jest go w bród.

 

 © Paweł Jarosław Kamiński 2021

 

niedziela, 4 kwietnia 2021

WILLIAM BLAKE ― The Sick Rose

Dziś wiersz Williama Blake'a (17571827). Tłumaczenie sprokurowałem w okolicach 2012 roku. Z jakim skutkiem — pozostawiam do oceny P.T. Czytelnikom niniejszego bloga.

THE SICK ROSE
O Rose, thou art sick!
The invisible worm,
That flies in the night,
In the howling storm,

Has found out thy bed
O crimson joy;
And his dark secret love
Does thy life destroy.



CHORA RÓŻA
Chora jesteś, Różo!
Robak niewidoczny,
Co pośród nocy lata,
Kędy wicher mroczny,

Matecznik odnalazł
Twej szkarłatnej radości
I miłością czarną, skrytą
Toczy cię do szpiku kości.
 
Rose, Kwiat, Czarny, Natura, Roślin, Kwiatowy, Kolorowe
Thou art sick

Na poezję Blake'a natknąłem się w latach licealnych przy okazji oglądania niezwykłego Truposza Jima Jarmuscha. A może było to przy okazji czytania książeczki dołączonej do kasety ze ścieżką dźwiękową do filmu? Nie jestem sobie w stanie dokładnie przypomnieć, ale poniższe niepokojące strofy pozostały w głowie po dziś dzień, mimo że od tamtej pory styczność z Blakiem miałem raczej sporadyczną:


                    THE GARDEN OF LOVE (fragment)

                    I went to the garden of love,
                    And I saw what I naver had seen:
                    A Chapel was built in a mist,
                    Where I used to play in a garden.

                    And the gates of this Chapel were shut,
                    And “Thou shalt not” writ over the door;
                    So I turn'd to the Garden of Love
                    That so many sweet flowers bore;

                    And I saw it filled with graves,
                    And tomb-stones where flowers should be;
                    And Priests with black gowns were walking their rounds,
                    And binding with briars my joys & desires.

Co w przekładzie Krzysztofa Puławskiego przybrało postać:

                    Do ogrodu miłości wstąpiłem,
                    Nie poznałem go — aż tak się zmienił,
                    Kaplica w nim stała na środku
                    Gdziem niegdyś się bawił w zieleni.

                    Kaplicę zamknięto na głucho
                    Ktoś „Nie będziesz...” wypisał nad drzwiami
                    Więc udałem się do ogrodu,
                    Co cieszył tyloma kwiatami

                    Zobaczyłem, że pełno w nim grobów,
                    Szare płyty w nim były, nie kwiaty
                    W czerni snuli się mnisi, przechodzili wciąż cisi
                    Wiążąc cierniem bez litości moje żądze i radości.



                                              **************              
 
 
                    AUGURIES OF INNOCENCE (fragment)

                    Every night and every morn
                    Some to misery are born,
                    Every morn and every night
                    Some are born to sweet delight.
                    Some are born to sweet delight,
                    Some are born to endless night.

 
Barańczak oddał te wersy następująco:

                    Co Noc co Dzień na świat przychodzi
                    Ktoś, kto się na Niedolę rodzi
                    Co Dzień co Noc wśród nas zagości
                    Ktoś urodzony dla Radości
                    Jeden z Radości tej skorzysta
                    Drugiego czeka Noc Wieczysta.




© Paweł Jarosław Kamiński 2021

piątek, 5 lutego 2021

Chleb powszedni tłumacza

Otrzymuję tekst do przełożenia. Felieton. Właściwie felietonik. Łatwo będzie? To się okaże, nieraz w praniu wyskakują jak diabeł z pudełka najróżniejsze niespodzianki.

Prawie na samym początku pojawia się cytat. Normalka. Z utworu poetyckiego. Też nihil novi. Idzie o wyimek z wiersza Jamesa Russella Lowella:

Life is a sheet of paper white
Whereon each one of us may write
His line or two, and then comes night.

Co robię? Proste: przegrzebuję internet w poszukiwaniu uznanego polskiego przekładu. Nigdzie nic. Null. Ani uznanego, ani jakiego bądź. No, wprawdzie jakiś fragment znajduję, ale akurat nie tych linijek.

Latać po bibliotekach, nie wiedząc na pewno, czy jego teksty były tłumaczone na polski, a jeśli tak, to które? A jeśli nawet przełożono tenże utwór, to jaka gwarancja, że znaleziony przekład będzie pasować do kontekstu felietoniku? Żadna. W dodatku czas nagli. Pytam na forum tłumaczy. Zero odzewu. Pytam na drugim. Nikt nic nie widział, ktoś coś słyszał jednym uchem.

Mogiła? Nic z tych rzeczy. Mysz przyparta do muru walczy dzielnie jak lew. Biorę tekst na warsztat i zdaję się na jakie takie zdolności w tym kierunku, którymi obdarzyła mnie Opatrzność. Jak wyjdzie, tak wyjdzie. Mus to mus. Daję z siebie, ile mogę, i lecę dalej.

Gdzieś w dwóch trzecich felietoniku powtórka z rozrywki. Też wiersz, ale tym razem nie z XIX wieku, tylko bodaj z początku XVII, pióra Waltera Raleigha.
 
Sir Walter stylizowany

 Rzeczony dystych leci tak:

But from this earth, this grave, this dust
My God shall raise me up I trust.


Coś niecoś przekładał Jerzy Sito, jednak i tu za nic nie mogę trafić na ślad polskiego tłumaczenia, o ile takowe w ogóle istnieje. No pięknie. Procedura się powtarza. Warsztat grzeje się i buczy, trybiki stękają, przekładnie sapią i dyszą. Translatorska machina pracuje pełną parą, tym bardziej że zadano jej przekład stylizowany (a co tam, jak szaleć, to szaleć, maksymalnie twórczy przekład to jest to, co tygrysy lubią najbardziej).

Ot, chleb powszedni w życiu tłumacza.
 
Na koniec ważna rzecz gwoli wyjaśnienia: felieton nie traktuje o poezji. Wcale się tym tematem nie zajmuje. Przytoczone w felietonie wyimki liryczne mają jedynie zilustrować pewną prawdę biblijną (Raleigh) oraz prawdę życiową (Lowell), poetycka forma zaś stanowi urozmaicenie formalne, aby czytelnik miał większą przyjemność obcowania z tekstem i nie zanudził się na śmierć.

********

PS. Gdyby kogo interesowały efekty końcowe zmagań w tym przypadku, oto i one:

Lowell

Oto papieru kartką życie nasze białą
Na któréj każdy piórem jeno frazkę małą
Skrobnie i noc zalega z mocą swoją całą.


Raleigh

Aleć że ze snu w łonie ziemi, wierzę,
Kiedyś mię Bóg ocuci i zabierze.



© by Paweł Jarosław Kamiński 2021

czwartek, 16 kwietnia 2020

Emily Dickinson ― I never saw a Moor

Oddałbym za nią wszystkich poetów, rzekł kiedyś Emil Cioran.

Znana, jakkolwiek późno odkryta, na dobrą sprawę dopiero w połowie XX wieku, pierwsi wydawcy bowiem pół wieku wcześniej pozmieniali jej nie tylko interpunkcję, ale też niecodzienne sformułowania, niedokładne rymy, wykosili co osobliwsze przenośnie i gruzłowaty miejscami styl.

Za życia wydała, i to anonimowo, zaledwie kilka liryków. Gdy w 1955 roku wyszedł niewygładzony przez „poprawiaczy” tom wierszy zebranych, oto okrzyknięto ją najwybitniejszą poetessą na amerykańskiej ziemi, uznając za współzałożycielkę amerykańskiej poezji i stawiając na piedestale w towarzystwie Walta Whitmana.

Przekładana była na polski przez wielu, dosyć wspomnieć Kazimierę Iłłakowiczówną, Ludmiłę Marjańską, Jacka Dehnela, Macieja Maleńczuka czy Stanisława Barańczaka. Ten ostatni, którego znakomite, acz nie pozbawione wad tłumaczenia przybliżyły polskim odbiorcom kanon poezji anglosaskiej (Jerzy Jarniewicz więc w swoim podziale tłumaczy na legislatorów i ambasadorów ― Edward Balcerzan dorzuca również typ reportera* ― określił go tym drugim mianem), poświęcił twórczości Emily Dickinson osobny tom dwustu prób uchwycenia przekroju, stanów i tajników jej duszy.

Ostatnio, A.D. 2018, wybór jej wierszy opublikowała Krystyna Lenkowska.

Na pierwszy rzut oka widać w jej utworach charakterystyczne przestankowanie, o które też w miarę możności warto w przekładzie zawalczyć. Poszarpana myślnikami (choć w poniższym wierszu nie aż tak wyraźnie) składnia odzwierciedla jakby niedokończone myśli, odcięte przemilczeniem.

Wyżyn co prawda nie sięgnę, ale czy miałoby mnie to odwieść od eksperymentów z materią artyzmu Pustelnicy z Amherst (faktycznej samotnicy, w przeciwieństwie do mniemanej mizantropii jej krajana Howarda Phillipsa Lovecrafta, zwanego niesłusznie Samotnikiem z Providence), prowadzonych w celach czysto praktycznych? Wprawek translatorskich nigdy za wiele: każde tego rodzaju działanie rozwija, już to ucząc czegoś o języku, już to pozwalając ulepszać warsztat jakże daleki od doskonałości. Zresztą doskonałość w przekładzie nie istnieje. Cóż by nią miało niby być? Jak by ją zmierzyć? Można wskazać na tłumaczenia genialność (nawet utworu miernego) czy kongenialność (gdy i oryginał był genialny), na wady i zalety translatu, na jego wybitność. Ale doskonałość to kategoria dostępna jedynie w wydumanym platońskim świecie idei. Można wytykać błędy rzeczowe w przekładzie skądinąd prześwietnie wykonanym i ukazującym nieprzeciętny talent tłumacza lub mówić o braku polotu i ducha w tłumaczeniu wolnym od wywrotek semantycznych. Zawsze może powstać kolejny przekład, który pod jakimś względem będzie oryginał od poprzedników oświetlał rzęsiściej, lecz przy tym zawsze znajdzie się subtelny krytyk władny wyłuskać przekładowe nieporozumienia i gotowy dopominać się o elementy, których w tłumaczeniu zbrakło.

Przekład doskonały? Musiałby, jak w opowiadaniu Borgesa o ponownym napisaniu Don Kichota przez Pierre’a Menarda, jota w jotę odzwierciedlać oryginał. Czyli takowym być.

Na tapet wziąłem wiersz bez tytułu, co jest dla poetessy typowe, o przyporządkowanym numerze 1052. Niniejszą produkcję poetycką datuje się w przybliżeniu na rok 1865, przy czym ogłoszono ją drukiem po raz pierwszy w 1890, tj. w wersji, jak wspominałem, przez starszych i mądrzejszych wykastrowanej.

A że w liryku pojawiają się wrzosy, przeto kolorystyka zobowiązuje (panie upraszam o wybaczenie niżej podpisanemu umiarkowanego daltonizmu).


https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/0/0e/Emily_Dickinson_daguerreotype_%28Restored%29.jpg
Pustelnica na krzesełku
 EMILY DICKINSON, #1052


I never saw a Moor —
I never saw the Sea —
Yet know I how the Heather looks
And what a Billow be.


I never spoke with God
Nor visited in Heaven —
Yet certain am I of the spot
As if the Checks were given —



Nie widziałam Wrzosowiska —
Nie widziałam Morza wcale —
Ale i tak wiem, jak Wrzos wygląda,
I wiem, czym są morskie Fale.

Z Bogiem nie mówiłam nigdy
Ani nie zwiedziłam Nieba —
Ale i tak dobrze znam je, jakbym
Miała Mapę tę co trzeba —



© by Paweł Jarosław Kamiński 2020


* Edward Balcerzan, Zmiana, czyli kontynuacja, Literatura na Świecie, 01-02/2013

sobota, 28 marca 2020

Feeryczny obwarzanek

Że Tolkien świętością jest, nie trzeba przypominać, wiedza to powszechna i oczywista, Hobbit figuruje już w kanonie lektur szkolnych. A zatem tym bardziej do kategorii czynów zbrodniczych i świętokradczych przynależy porywanie się na przekład bodaj skrawka jego magnum opus, bo fanatycy zatłuką bez litości, wedle zasady Seek & Destroy. Wiadomo nadto, że Skibniewskiej, jego wymarzonej ambasadorce w polszczyźnie, wystawiono niebotyczny cokół, którego pilnuje gwardia niepokonanych szurów, gotowych oddać życie w obronie jej dokonań.

Oto pewien przekładowca śmiał w połowie lat 90. targnąć się na tego bożka i wyszedł na tym jak Zabłocki na mydle (vide ukuty wśród entuzjastów fantastyki, funkcjonujący do dziś w tym kręgu, termin łozizm). Dość wspomnieć otwierający Władcę Pierścieni wiersz o tytułowym magicznym artefakcie. Łoziński, tłumacz, poległ z kretesem, bo przede wszystkim poprzeinaczał sensy, które w powieści odgrywają istotną, a nawet kluczową rolę. Miłośnicy Śródziemia nie zostawili więc na nim suchej nitki. Rwali włosy z głowy i pomstowali w Czarnej Mowie, życząc mu spędzenia wieczności w nieprzebitych ciem... pardon, burzum.

Pierścień, Pan Który Dzwoni, Hobbit, Middle Earth
Bajgiel, od którego zawisły losy Śródziemia

Hmm, skoro materia budzi tyle emocji, to aż prosi, żeby się z nią zmierzyć, choćby przyjść miało polec na placu boju. Za duży nudy w tej sferze ostatnio, wszyscy tylko rajcują w kółko o koronawirusie. Dosyć zatem zbędnej gadaniny. Raz kozie śmierć.


Three Rings for the Elven-kings under the sky,
Seven for the Dwarf-lords in their halls of stone,
Nine for Mortal Men doomed to die,
One for the Dark Lord on his dark throne,
In the Land of Mordor where the Shadows lie,
One ring to rule them all, one ring to find them,
One ring to bring them all and in the darkness bind them
In the Land of Mordor where the Shadows lie.



Trzy Pierścienie królom elfów, co za dach im chmur sklepienie,
Siedem panom krasnoludów w grocie skalnej, w górskiej stronie,
Dziewięć ludzkim śmiertelnikom, których dolą jest zginienie,
Jeden Pierścień
Władcy Mroku na smoliście czarnym tronie
W kraju Mordor, gdzie uwiły gniazdo Cienie.
Pierścień Jedyny, by nimi sterować,
Pierścień Jedyny, by znaleźć je w świecie,
Pierścień Jedyny, by mieć je w komplecie
I w czerni skrępować
W kraju Mordor, gdzie uwiły gniazdo Cienie.

© by Paweł Jarosław Kamiński 2020

wtorek, 14 maja 2019

OWEN SHEERS ― Not Yet My Mother

Tym razem eskapada w krainę walijskiej poezji.
Owen Sheers Not Yet My Mother


Kilka lat temu na pewnym forum tłumackim trafiłem na przegadane, niezgrabne, miejscami semantycznie przełgane tłumaczenie wiersza pt. Not Yet My Mother Owena Sheersa (rocznik ’74) ― walijskiego poety, pisarza, autora sztuk teatralnych, prezentera telewizyjnego. Do tego gracza rugby na pozycji młynarza.

Stwierdziwszy, że warto sprokurować własną wersję utworu, wgramoliłem się na grzbiet Pegaza. Czy jednak faktycznie poszybowałem ku Parnasowi, czy raczej zagalopowałem się na grzęzawiska grafomanii? Żaden ze mnie poeta, ale warsztat translatorski warto doskonalić na różnych poletkach, stąd i okazjonalne wypady w rejony liryki.

Tłumaczenie ulęgło się w mojej głowie w ciągu 45 minut. Nie mnie oceniać, czy miałbym to uznać za powód do dumy, czy też politowania wobec żenującego braku samokrytycyzmu. Fakt faktem, że spoglądając na swoją wersją chłodnym okiem z dystansu, po pięciu latach zmieniłem w niej dwie linijki i gdzieniegdzie zmodyfikowałem interpunkcję. Potrzeby wprowadzania innych, mniejszych lub większych, przekształceń nie widzę. Co nie znaczy, że wiersza nie da się przełożyć o niebo lepiej!

Rezultat zmagań przekładowego zagończyka poniżej.


OWEN SHEERS


Not Yet My Mother

Yesterday I found a photo
of you at seventeen,
holding a horse and smiling,
not yet my mother.

The tight riding hat hid your hair,
and your legs were still the long shins of a boys.
You held the horse by the halter,
your hand a fist under its huge jaw.

The blown trees were still in the background
and the sky was grained by the old film stock,
but what caught me was your face,
which was mine.

And I thought, just for a second, that you were me.
But then I saw the womans jacket,
nipped at the waist, the balooned jodhpurs,
and of course the date, scratched in the corner.

All of which told me again,
that this was you at seventeen, holding a horse
and smiling, not yet my mother,
although I was clearly already your child. 





Jeszcze nie moja matka

Wczoraj znalazłem zdjęcie:
siedemnastoletnia Ty
trzymająca konia, uśmiechnięta,
jeszcze nie moja matka.

Włosy skrywa ciasna dżokejka,
łydki wciąż długie jak u chłopaka.
Trzymasz konia za uzdę,
Twoja piąstka pod jego wielkim łbem.

W tle rozwiane drzewa w bezruchu,
ziarniste niebo na starej kliszy,
ale uderzyła mnie Twoja twarz,
taka moja.

Pomyślałem sobie, tylko przez chwilę, że to ja.
A potem widzę ten żakiet
zwężany w talii, damskie bufiaste bryczesy,
no i rzecz jasna nabazgraną w rogu datę.

Więc znowu dociera do mnie,
że to siedemnastoletnia Ty trzymająca konia,
uśmiechnięta, jeszcze nie moja matka,
choć ja już, widać, Twoim dzieckiem byłem.



© by Paweł Jarosław Kamiński 2019


niedziela, 16 grudnia 2018

PABLO NERUDA ― El Tigre

América Latina. Kontynent niepoprawnych, fatalnych w skutkach eksperymentów spod znaku marksizmu z jednej strony i okrutnych rządów twardej ręki prawicowych junt z drugiej; radosnej twórczości socjalistów na żywej tkance organizmu państwowego ― i brutalnych wojskowych przewrotów stanu, mających położyć kres niewydarzonym pomysłom gospodarczym. Puczów takich jak ten w Chile pamiętnego roku 1973, gdy władzę w sypiącym się gospodarczo kraju, po trzech latach niefrasobliwych „karnawałowych” rządów Allende, przejął bezpardonowym uderzeniem generał Augusto Pinochet, swoisty chilijski Jaruzelski ― też nie przebierający w środkach i też nieodmiennie skryty za przyciemnianymi szkłami, choć akurat z socjalistami absolutnie nie było mu po drodze: stał po drugiej stronie ideologicznej barykady.

Nieudolność rządów Allende pogłębiały działania przedsiębiorców, którzy (wspierani przez USA) sabotowali działania gabinetu, oraz fabrykantów, którzy przestawali inwestować. Do tego dochodziły posunięcia skrajnej lewicy, która przejmowała siłą fabryki, aby je nacjonalizować, poduszczała bezrolnych chłopów do zajmowania ziemi i, podobnie zresztą jak prawica, uciekała się do aktów terroryzmu.

Gdy wkroczył Pinochet, nastąpił cud gospodarczy. Tylko za jaką cenę? El General podźwignął kraj znad krawędzi katastrofy finansowej, by przez kolejne siedemnaście lat sprawować zamordystyczne rządy.

Chile. Ziemia umęczona srogą dyktaturą. Dobrze pamiętająca desaparecidos: „znikniętych” w godzinie wojskowego terroru. Niemy świadek spędzonych na Stadion Narodowy w Santiago przeciwników politycznych, także tych o nieprawomyślnej orientacji seksualnej, zamęczonych w imię ładu i porządku; liczbę ofiar śmiertelnych ocenia się na 3–4 tysiące, liczbę torturowanych na co najmniej kilkadziesiąt tysięcy.

Kraj wciąż podzielony jest na dwa obozy: zwolenników obalonego prezydenta Salvadora Allende, rewolucjonisty w aksamitnych rękawiczkach (kuzynka Isabel jest wcale wziętą powieściopisarką, vide Dom duchów, który trafił pod strzechy za pośrednictwem X muzy jako Dom dusz), i sympatyków twardego, nieugiętego generała, zawiadującego ongiś sforą siepaczy z tajnej policji DINA, której macki sięgały do wielu zakątków świata: za granicami kraju dopadła m.in. generała Carlosa Pratsa (zamordowany w Buenos Aires) i Orlanda Leteliera, szefa dyplomacji w rządzie Allende (zlikwidowany w Waszyngtonie).

Chile do niedawna spierało się o to, czy Pinochet przyczynił się bezpośrednio do śmierci Allende podczas ataku na prezydencki pałac La Moneda. W końcu w dzień zamachu rzucił sławetny rozkaz-hasło: Hay que matar la perra y se acaba la leva (Trzeba zabić sukę, a sfora się rozproszy). Spory trwały pomimo przeczących takiej wersji zdarzeń zeznań szeregu świadków ― osobistego lekarza i najbliższych współpracowników prezydenta, którzy byli przy nim 11 września w ostrzeliwanym z powietrza i ziemi gmachu; pomimo przeprowadzonej w 1990 ekshumacji, która nie potwierdziła famy o zabiciu prezydenta (orzeczono, że nie ma podstaw twierdzić, jakoby zginął z rąk osób trzecich). Naród wiedział swoje i pogłoski o mordzie nie cichły. Zwłoki wydobyto więc ponownie, tym razem w 2011, by ustalić ponad wszelką wątpliwość, czy Allende zginął śmiercią samobójczą. Ekshumacja potwierdziła samobójstwo. Ale czy zdołała przekonać wszystkich niedowiarków? Raczej nie, przecież taka wersja kładłaby kres legendzie o bohaterskiej śmierci przywódcy narodu. Którą to legendę notabene stworzyli Kubańczycy: rewolucjonista walczy do końca, rewolucjonista nie odbiera sobie życia.

Co zresztą przypomina nasz własny, swojski casus Wałęsy alias TW Bolka: któż bowiem lubi, gdy mu odbrązawiają bohaterów? O tym jakże powszechnym zjawisku psychologiczno-społecznym świadczy również inny przypadek z naszego poletka: gdy sytuujący się po prawej stronie Piotr Zychowicz wydał Skazy na pancerzach (Rebis 2018), posypały się na niego ze strony hurrapatriotów gromy, jakkolwiek rozpatrywana przezeń kwestia dotyczyła jedynie marginesu członków Armii Krajowej. Publicysta chciał tylko uczciwie przedstawić poczynania akowców, które nie w każdym jednym przypadku były nieskazitelne i prawe, gdyż, jak słusznie zauważa, nie ma narodów dobrych i złych, w każdym narodzie, w każdej dużej organizacji da się zaobserwować zachowania szlachetne i plugawe, wzniosłe i nikczemne.

Chile to także Pablo Neruda. Noblista zmarły niespełna dwa tygodnie po tragicznym zamachu stanu. Człowiek, w którego żyłach, jak u większości ziomków, płynęła indiańska krew. Przyjaciel i obrońca ludu. (Warto nadmienić, że w ’58 pomagał organizować kampanię wyborczą Allende)*. Oto próbka jego poezji i przekładu tejże w wydaniu niżej podpisanego.

Tygrys, Kot, Duży Kot, Zwierząt, Drapieżnik, Roar

PABLO NERUDA

El Tigre

Soy el tigre.
Te acecho entre las hojas
anchas como lingotes
de mineral mojado.

El río blanco crece
bajo la niebla. Llegas.

Desnuda te sumerges.
Espero.

Entonces en un salto
de fuego, sangre, dientes,
de un zarpazo derribo
tu pecho, tus caderas.

Bebo tu sangre, rompo
tus miembros uno a uno.

Y me quedo velando
por a
ños en la selva
tus huesos, tu ceniza,
inmóvil, lejos
del odio y de la cólera,
desarmado en tu muerte,
cruzado por las lianas,
inmóvil en la lluvia,
centinela implacable
de mi amor asesino.


Tygrys

Jestem tygrysem.
Czyham na ciebie wśród liści
szerokich niczym sztaby
mokrego kruszcu.

Biała rzeka wzbiera
pod oparem. Nadchodzisz.

Naga zanurzasz się.
Czekam.

I wtedy w susie
ognia, krwi, kłów,
szponów obalam
twoją pierś, biodra.

Chłepcę krew, kruszę
kończyny jedną po drugiej.

I pozostaję, warując
latami w dżungli
przy twoich kościach, prochach,
nieruchomy, daleki
od nienawiści i gniewu,
rozbrojony w obliczu twej śmierci,
w oplocie lian,
nieruchomy w deszczu,
niezłomny strażnik
miłości na zabój.


* Przedstawiając dzieje polityczno-gospodarcze Chile, oparłem się w dużej mierze na Gorączce latynoamerykańskiej Artura Domosławskiego (Warszawa 2004). W kwestii ekshumacji Allende ― zob. Bernd I. Gutberlet, Jak było naprawdę? 50 nieporozumień na temat historii, Katowice 2015.

© by Paweł Jarosław Kamiński 2018