Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fałszywi przyjaciele. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fałszywi przyjaciele. Pokaż wszystkie posty

środa, 6 grudnia 2023

Cuda, cuda ogłaszają

Technologia próbuje zdominować swoją znienawidzoną siostrę przyrodnią coraz widoczniej. Pisałem już kiedyś o tym, ale kryzys się pogłębia. Co widać choćby w książce Caspara Hendersona Nowa mapa cudów (Marginesy, Warszawa 2019). Bardzo interesująco skreślonej, do tego pięknie skrojonej typograficznie, tyle że uderzającej wszędobylską technologią. Na każdym kroku. Bach, przyjmujemy cios za ciosem, przewracając stronice. Plask, dostaje się nam po gębie. Co, nie wierzycie? Proszę bardzo:

  • „W tej książce odwołuję się do filozofii, historii, sztuki, nauki oraz technologii w poszukiwaniu pełniejszego zrozumienia zarówno cudów wprawiających nas w zachwyt i zdumienie, jak i z samej natury owego stanu umysłu” (s. 13).
  • „(...) zachwyt nowością oraz dążenie do przyjemności, w połączeniu z przeprowadzoną na chłodno analizą, nierzadko stawały się siłą napędową postępu technologicznego oraz społecznego, przynoszącego liczne korzyści i prowadzącego do wielkich przełomów” (s. 21).
  • „W naszej kulturze nauka i technologia są ściśle kojarzone z ideą postępu” (s. 24).
  • „Za sprawą technologii może stać się na przykład możliwe uwięzienie nas w wirtualnym świecie równoległym, w którym sami nie będziemy sobie zdawać sprawy z własnej niewoli — jak w Matrixie, z tą różnicą, że iluzja będzie kontrolowana przez państwo, korporacje lub grupy przestępcze, a nie przez inteligentne maszyny” (s. 285).
Na niebezpieczne gniazdo czytelnik natyka się na s. 25. Istne wężowisko:

  • „Dziś nauka i technologia poszerzają granice dobrobytu ludzkości, wykraczając daleko poza najśmielsze marzenia naszych przodków”.
  • „Jednym z nich [widm, które nas prześladują] jest negatywny wpływ nauki i technologii na środowisko naturalne: to one umożliwiają współczesnym społeczeństwom zanieczyszczanie oraz naruszanie naturalnej równowagi ekosystemów, od których jesteśmy zależni, co w konsekwencji prowadzi do destabilizacji”.
  • „Tak bardzo gloryfikowany przez nas postęp postęp technologiczny, i w ogóle cała nasza cywilizacja — pisał Albert Einstein w połowie XX wieku — są niczym siekiera w ręku patologicznego przestępcy”.
  • „Lęk wywołuje w nas również obawa, że pomimo wspaniałych perspektyw otwieranych przed nami nowe technologie doprowadzą ostatecznie do ograniczenia naszej wolności”.


„Technologia” to istna plaga, mamy ją też w eseju Houellebecqa poświęconym Lovecraftowi Przeciw światu, przeciw życiu (PWN, Warszawa 2012), notabene słabo złożonym (vide tu i ówdzie posklejane słowa, vide strony 58 i 59 z brakującymi wcięciami akapitowymi albo tymczasowo urwanymi zdaniami, których treść kończy się w następnym wierszu, tym razem rozpoczętym odwrotnie, tj. niepotrzebnym wcięciem):
  • „Seks, pieniądze, religia, technologia, ideologia, podział bogactw... dobry pisarz nie może o niczym zapomnieć” (s. 60).
Na szczęście tłumacz na tej samej stronie strzela honorowego gola:
  • «Po co tak bardzo przejmować się przyszłością skazanego świata?», jak odpowiedział Oppenheimer, ojciec bomby atomowej, dziennikarzowi pytającemu go o długoterminowe konsekwencje postępu technicznego”.
Wpadki tego rodzaju znajdziemy także na stronicach książki Robale rządzą światem (Bellona, Ożarów Mazowiecki 2019):
  • „Postęp technologiczny sprawił, że wiemy o nich [robalach] więcej niż kiedykolwiek — dzięki trójwymiarowym skanom jesteśmy w stanie śledzić lot owadów i projektować naśladujące ich ruch mikrodrony; komputery wielkości ziarenka pyłu służą nam do badania ginących pszczół; specjalna aparatura pozwala izolować z ciał owadów cząsteczki antybiotyków” (s. 12-13).
  • „Zbliżają się czasy rozkwitu technologii i medycyny. Czy może w nich zabraknąć rozwiązań opartych na biomikrze i naśladowaniu owadów?” (s. 253).
W arcyciekawej, opasłej (679 stron) książce, szczęśliwie zaopatrzonej w skorowidz, a zatytułowanej Naukowcy i ich odkrycia. XVI-XX wiek (Sel, Kraków 2019), przekładowcy też nie mają litości. Mamy więc klasyczny „postęp technologiczny” (s. 11 i 13), „nowe technologie” (s. 12) albo fragmenty w rodzaju:
  • „Najpierw przyszła technologia, ponieważ łatwiej jest konstruować maszyny metodą prób i błędów, bez pełnego zrozumienia zasad ich działania” (s. 12).
  • „Ale gdy tylko nauka połączyła się z technologią, postęp ruszył naprawdę” (s. 12).
  • „Rewolucja naukowa nie odbywała się w odosobnieniu. Na pewno jej początki nie należały do głównego nurtu przemian cywilizacyjnych, choć na wiele sposobów nauka (poprzez jej wpływ na technologię i nasz światopogląd) stała się siłą napędową kultury Zachodu” (s. 13).
Tańce, hulanki, swawole. A to dopiero początek książki. Co kogo opętało? Gdzie się podziała swojska „technika”? Już pal licho występujące w liczbie mnogiej „technologie”, w ostateczności przymknąłbym na nie oko, ale nie potrafię przejść do porządku dziennego nad urodą i artyzmem sformułowań typu „nauka i technologia” czy „postęp technologiczny”.

Być może przyszło mi być ostatnim Mohikaninem, może walka już przegrana, wszystkie przyczółki utracone. Czyżby zostało mi tylko rzucić czytanie w diabły, siąść i odpalić kolejny odcinek — pardon, epizod — La Casa de Papel na netfliksach?


© Paweł Jarosław Kamiński 2023

niedziela, 18 czerwca 2023

Powrót mrocznego Fiodora

Kilkanaście lat temu natrafiłem w sieci na krytyczne omówienie przekładu komiksu Batman: Powrót Mrocznego Rycerza Franka Millera. Będąc ostatnio w bibliotece, w okolicach regału z komiksami dla starszyzny przypomniałem sobie o tamtym artykule i zerknąłem w poszukiwaniu tego „dzieła, które — jak zachwala na tylnej okładce wydawca (Egmont) — w połowie lat osiemdziesiątych ubiegłego stulecia zrewolucjonizowało sztukę komiksu. Frank Miller (autor m.in. serii Sin City oraz albumów Ronin i 300) pokazał czytelnikom nową twarz Batmana oraz zaproponował sposób narracji niespotykany dotąd w przygodach superbohaterów”. Stało sobie na półce i spokojnie czekało, aż ktoś się nim zainteresuje. Miało farta. Przy czym w mojej głowie rewolucji nie zrobiło (wszak poznałem je cztery dekady po premierze), a kreska, fabuła i treści zawarte w dymkach przypadły mi do gustu, mówiąc oględnie, średnio. (Swoją drogą podobnie było z filmem fabularnym Mroczny Rycerz: w trakcie domowego seansu wpadłem w objęcia Morfeusza).

Jak się okazało, było to nowsze, drugie wydanie, przełożone przez inną osobę. Która nie poprawiła wszystkich poprzednich błędów tłumacza, a dodatkowo wygenerowała nowe. Pominę je, a zwrócę jedynie uwagę na nieznośną manierę zapisu wypowiedzi, od razu rzucającą się w oczy. Otóż w wielu dymkach niektóre fragmenty wypowiedzi zaznaczono tłustym drukiem. Jest tego całe mnóstwo. Wytłuszczenia mają wskazywać na wyrazy mocniej akcentowane w wypowiedzi, ale w rzadko którym dymku jest to potrzebne: przekładowca obsesyjnie zaznaczył „szczególnie ważne” miejsca, mimo że polszczyzna posługuje się w tym celu z reguły innymi środkami (pisałem o tym przy okazji odnoszenia się do biografii Lovecrafta i komiksu Hellboy). W związku z czym znajdujemy takie oto ciekawostki (proszę spróbować wymówić naturalnie te zdania, kładąc nacisk na wyróżnione słowa, a w ramach translatorium zastanowić się, jak należałoby napisać poszczególne zdania, aby brzmiały niewymuszenie po polsku; wszystkie przykłady pochodzą tylko z czternastej strony):

  • Absolutnie, Bill. To ciężki miesiąc w tym mieście. W tej chwili słupek rtęci wskazuje niezwykłą jak na tę porę roku temperaturę 39℃... [Przy okazji kolejna kalka: absolutnie, który to wyraz ma oznaczać odpowiedź twierdzącą na pytanie: „(...) ale panujące upały bez wątpienia również mogły się do tego przyczynić, prawda, doktorze?”].
  • Chciał tylko pieniędzy. Naiwnie sądziłem, że to najgorszy gatunek człowieka.
  • Ci tu... to jego dzieci. Czystszy gatunek...
  • ...i świat należy do nich.
  • To nie on. Tamten drgnął, gdy naciskał spust. Było mu niedobrze... czuł się winny po tym, co zrobił...
  • Nie mogę załatwić gościa, bo ten tego chce...
  • Skoczmy na pasaż, stary...
  • ...bestialsko wymordowano wszystkich członków rodziny. Organy ścigania przypuszczają, że mutanci, podejrzani o dokonanie tego okrutnego czynu, dopuścili się go z powodów rabunkowych...
  • Z ostatniej chwili — na drzwiach Pierwszego Kościoła pod wezwaniem Chrystusa Odkupiciela znaleziono przybitego martwego kota... O dokonanie czynu podejrzany jest gang mutantów...

I tak wszędzie, w całym bez mała 200-stronicowym komiksie. Mania wytłuszczania (a w książkach niekomiksowych: kursywienia) jest wcale nierzadka u niewyrobionych anglojęzycznych autorów, ale nawet ci zręczniejsi stosują ten środek znacznie częściej niż nasi rodzimi pisarze, nad Wisłą bowiem akcentuje się wyrazy na piśmie zasadniczo inaczej. Przenoszenie jej na grunt polszczyzny nie przydaje tekstowi wdzięku ani nowoczesności, świadczy o braku znajomości prawideł przekładu i arkanów polszczyzny oraz skutkuje gnieciuchem i szkaradzieństwem. Gdzie był redaktor, który okopany w rodzimych zasadach, regułach, konwencjach i tradycjach powściągnąłby dzikie zapędy tłumacza?

Z kolei z inną zaskakującą manią — pardon! — manierą spotkałem się niedawno w przekładzie Braci Karamazow. Manierą powtarzania. Poza tym edycja prześliczna: jest tasiemka pełniąca rolę zakładki, krój pisma urzeka, format też nieszablonowy, do tego płyta ze spektaklem. Tekst wizualnie odbiera się znakomicie (znacznie lepiej od znakowej edycji w przekładzie Adama Pomorskiego), uroda typograficzna zachwyca. Wszystko wydane na moim podwórku AD 2015: Centrum Kultury w Lublinie. Autor przekładu: Cezary Wodziński.

A jednak lektura gładko nie idzie. Proszę mnie poprawić, jeśli się mylę, ale jak dla mnie poniższe przykłady świadczą o redundancji, niezrozumieniu funkcji co poniektórych spójników albo gubieniu się w tasiemcowych zdaniach. Jeśli wszystko to jednak zamierzone jest przez Dostojewskiego — w co nieśmiało wątpię — zwrócę tłumaczowi (requiescat in pace) honor. Bo wiadomym jest mi, że Dostojewski czasami pisał niełatwo, przykładowo tzw. skazem, nie zawsze, a może nawet rzadko umiejętnie oddawanym przez polskich tłumaczy, o czym informuje w poświęconej sztuce przekładu antologii O nich tutaj Jan Gondowicz (Fiodor na ciepło), dając zarazem brawurową próbkę własnego, 14-wierszowego tłumaczenia fragmentu opowiadania Połzunkow w zestawieniu z przegadaną (31 linijek), na pozór aby wierną wersją, która wyszła spod pióra Tadeusza Podgórca. Oto ustępy, o które potknęła się moja noga, gdym podjął lekturę Braci Karamazow:

  • Natomiast teraz powiem o tym „właścicielu majątku” (jak go u nas nazywali, choć niemal całe swoje życie przeżył poza swoim majątkiem) tylko tyle, że był on dziwnym typem człowieka nie dość, że podłym i zdeprawowanym, to zarazem postrzelonym — lecz z tego wszak gatunku postrzeleńców, którzy potrafią doskonale zajmować się swoimi majątkowymi interesikami i, jak się zdaje, wyłącznie nimi.
  • Znałem wszak jedną taką pannę, z poprzedniego, „romantycznego” jeszcze pokolenia, która po kilku latach tajemniczej miłości do pewnego pana — a mogła, dodam, w każdej chwili najspokojniej w świecie wyjść za niego za mąż — skończyła jednakże w ten sposób, że wydumała sobie nieprzezwyciężone przeszkody i pewnej burzliwej nocy rzuciła się z wysokiego brzegu, przypominającego urwisko, w odmęty dość głębokiej i rwącej rzeki, zginęła w niej przeto wyłącznie z własnego kaprysu, tylko dlatego, żeby upodobnić się do Szekspirowskiej Ofelii, i wolno przypuszczać, że gdyby owo urwisko, od dawna przez nią upatrzone i ukochane, nie było tak malownicze, lecz znacznie bardziej prozaiczne i płaskie, do samobójstwa prawdopodobnie w ogóle by nie doszło.
  • Wkrótce po porwaniu Adelajda Iwanowna w mig spostrzegła, że dla swego męża żywi wyłącznie pogardę i nic więcej.

Wszystko to spisałem zaledwie z trzech pierwszych stronic tytanicznej powieści. Wisienką na torcie jest zdanie o tym, jak to Fiodor Pawłowicz Karamazow „porzucił swoje dziecko powite z Adelajdą Iwanowną” — i sami widzicie, że nie mam wyjścia: muszę sięgnąć po przekład Pomorskiego. Zresztą zachwalany. Jakkolwiek summa summarum liczy się bardziej treść książki aniżeli walory wizualne, nie ukrywam, że aspekt estetyczny (staranne wydane, atrakcyjna czcionka) ułatwia lekturę, a Znak nie wychodzi naprzeciw moim gustom w tym względzie. Ale co tam, mniejsza o urodę edycji, ważne, żeby nie ulgnąć na językowych mieliznach.

Fiodor na wieść o jakości przekładów niejakiego Dostojewskiego

Do następnego!

© by Paweł Jarosław Kamiński 2023 (aktualizacja: październik 2024)

piątek, 30 września 2022

Co tam, panie, w filozofii?

Dziś odświętny dla tłumaczy dzień, i wypadałoby cośkolwiek na blogu zawiesić. A że udało się artykulik w porę wysmażyć (szczupły, bo szczupły, ale zawsze), jedziemy!

W pewnej ubiegłorocznej publikacji omawiającej na przestrzeni około stu czterdziestu króciutkich rozdzialików zapatrywania filozofów i szkół na szereg rozmaitych kwestii, pojawiają się osobliwe miejsca, których felerność nie wynika bynajmniej z braku znajomości przez autora poglądów danego myśliciela. Rzecz okazuje się dużo banalniejsza.

Dream team: tłumacz, redaktor językowy, redaktor merytoryczny, korektor —
co cztery głowy, to nie jedna


Nietzsche
I tak w rozdziale poświęconym omówieniu spojrzenia Nietzschego na aspekty apolliński i dionizyjski kultury i sztuki znajdujemy wyimek:
Dionizyjski jest raczej chaos niż harmonia. To szał, żar i rapsodia.
Rapsodia zawsze kojarzyła mi się z kategorią utworu wierszowanego (vide Bema pamięci żałobny rapsod), a przede wszystkim, ma się rozumieć, z okolicami muzycznymi (Błękitna rapsodia). Chociaż, jeśli mam być szczery, nie umiałbym od ręki stwierdzić, na czym specyfika obu gatunków polega (mea maxima culpa). Zawsze idzie rzecz doczytać, doszkolić się, ważna jest wszak jaka taka orientacja. Reszty się człowiek jakby co doszpera w przynależnej procesowi translacji i integralnej części tegoż kwerendzie.

Ale cóż miałby znaczyć komunikat „to szał, żar i rapsodia”? Mowa jest o sztuce, więc niby wszystko się zgadza... Dobra, karty na stół: mamy tu do czynienia z kolejnym zdradliwym słówkiem, angielskie rhapsody to bowiem a state of elated bliss; ecstasy; rapturous delight or ecstasy; an ecstatic expression of feeling or enthusiasm, czyli po naszemu euforia, uniesienie, frenezja. Ewentualnie entuzjazm, zachwyt. Ergo: rapsodia pasuje tu jak wół do karety.

Weber
W tejże książce w rozdziale traktującym o protestanckiej etyce pracy w ujęciu Webera czytamy o dychotomii: wybrani vs. przeklęci. W teologii protestanckiej, ze wskazaniem na kalwinizm, zwykło się używać pojęć: wybrani i potępieni. Notabene w katolicyzmie mówi się co prawda raczej o zbawionych, jednak drugi termin ma postać identyczną.

Niepodobna zaprzeczyć, że angielskie damned może oznaczać „przeklęty”, ale w kontekście wieczności i wspomnianej antytezy będzie to wyłącznie „potępiony”, jakkolwiek oba polskie wyrazy mają konotacje religijne i w istocie bardzo zbliżone, o ile nie jednakowe, znaczenia. Mimo to tradycja nazewnicza jest bezlitosna i nie pozostawia miejsca na swobodę, skazując na potępienie każdego przekładowcę, który dopuści się inkryminowanego czynu: wpis na czarną listę i wilczy bilet w każdej oficynie.

Na zakończenie
Gwoli ścisłości dodajmy, że w opinii lepiej zorientowanych książce w niektórych miejscach nie dostaje również pod kątem merytorycznym. Że autor zniekształca poglądy poszczególnych myślicieli bądź nazbyt je upraszcza. Możliwe. Już sam szczupły zakres rozdziałów (dana kwestia omawiana jest na dwóch, trzech stroniczkach małego formatu, do tego zapisanych raczej dużym drukiem) nie sprzyja dogłębnemu spojrzeniu na określone zagadnienie i stwarza autorowi dogodne warunki do mimowiednego pójścia na skróty. Trudno i darmo. Wróć! darmo ta książka w moje ręce z pewnością nie wpadła.

Ach, byłbym zapomniał o najważniejszym: przekładaczom wszelkiego autoramentu życzę prawomyślnych interpretacji, pióra lekkiego jak puszek na brzuszku Tweety'ego, smoliście kleistych kolokacji, mocy przerobowych saudyjskiej pompy nurnikowej i złotodajnych zleceń. A w najgorszym razie — obyśmy chociaż przetrwali tę zimę i docipieli do kolejnego Dnia Tłumacza!

© Paweł Jarosław Kamiński 2022

wtorek, 13 września 2022

W kręgu scjencji

Coraz częściej sięgam po publikacje popularnonaukowe. Czyżby beletrystyka traciła ostatnio smak? A może chcę wyssać wszystkie soki witalne z drzewa wiadomości? Powód zupełnie prozaiczny: coraz bardziej wymaga tego moja praca.

Pomimo że sam dysponuję mikroskopowym ledwie ułamkiem wiedzy i świadom jestem mizerii własnej istoty szarej, to jednak że jako przekładacz i redaktor liznąłem odrobinkę wielu różnych dyscyplin wiedzy, zdarza mi się gdzieniegdzie przyuważyć luki w znajomości rzeczy u tłumaczy dzieł popularyzatorskich rozmaitej maści: czasem są to szkolne błędy; tu i ówdzie znać brak redaktorskiego ołówka, jak gdyby translatu nie wzięto na tapet albo w roztargnieniu zostawiono omijaki; nierzadko dorodne wykwity translatorskie bywają podgryzane przez zdradliwych przyjaciół; kiedy indziej znów trafiają się błędy świadczące o braku oczytania w danej dziedzinie, przesiąknięcia charakterystyczną terminologią i kolokacjami albo o braku wiedzy nie specjalistycznej, lecz ogólnej, nieraz wręcz podstawowej.

Poniżej podzielę się paroma przykładami, z których większość napotkać można w wielu tłumaczonych tekstach, dlatego liczę, że a nuż się komuś one w przyszłości przydadzą. Raf czyhających na przekładowców jako żywo nie brakuje.

Licentia translatica w scjencji? Nie, dziękuję


Miarka się przebrała

Nie wiedzieć czemu rozpędzonym szynowym pociągiem sprawnych tłumaczy potrafi zachwiać lada co. Niby ciuchcia sukcesywnie prze do przodu, naoliwione tłoki miarowo pracują, aż furczy, niby para bucha, wszystko kręci się i chodzi jak trzeba, gdy wtem niepozorny kamyk potrafi zatrząść mocno całą maszynerią, wyprowadzając z równowagi pojazd, a już na pewno co wrażliwszych pasażerów.

A wystarczy taka na przykład jednostka miary tłumaczona na polski jako „kubit” (od ang. cubit). Niedawno natknąłem się na dwie tego rodzaju osobliwości w skądinąd porządnie przełożonych tekstach. Poniżej dwa passusy, których przekładacze koniecznie chcą nam wcisnąć k(ub)it: pierwszy to fragment książki omawiającej fizyczne widma i zakresy, z jakimi mamy codziennie do czynienia, drugi to przekład staroegipskiego papirusu z czasów Średniego Państwa, zaświadczającego o zdolnościach matematycznych starożytnych.

(a) Hebrajczycy i Egipcjanie posługiwali się tzw. kubitami (była to odległość od czubka środkowego palca do łokcia). Każdy kubit dzielił się na siedem dłoni, a każda dłoń na cztery palce. Kubit egipski różnił się jednak od hebrajskiego. Egipski liczył około 52 cm, hebrajski zaś około 45 cm.
(b) Wiadomo, że łączne pole dwóch mniejszych kwadratów jest równe polu kwadratu o powierzchni 100 kubitów kwadratowych. Bok jednego z mniejszych kwadratów to 1/2 + 1/4 boku drugiego kwadratu. Znajdź boki tych kwadratów.
Już w Wikipedii można znaleźć informację, że łokieć obejmował długość od stawu łokciowego do końca palca środkowego. A w internetowej encyklopedii PWN pod hasłem „egipskie miary” czytamy, że
nazwy i wielkości miar wywodziły się z naturalnych proporcji ludzkiego ciała; podstawową jednostką był łokieć (ok. 52,5 cm), dzielony na 7 (szerokości) dłoni, a dłoń na 4 palce; 100 łokci tworzyło jednostkę o nazwie pręt; do pomiarów większych odległości stosowano jednostkę równą 20 tys. łokci (...).
Z kolei w pierwszej lepszej Biblii znajdujemy na kartach Starego Testamentu masę tekstów, gdzie występuje rzeczownik: łokieć (vide wymiary przybytku, alias namiotu spotkania, i utensyliów świątynnych, albo choćby wysokość Goliata).

Jak widać po źródłach, nie jest to wiedza tajemna, dostępna po siódmym wtajemniczeniu albo dopiero na trzydziestym trzecim szczeblu w loży.

Owszem, istnieje w polszczyźnie słowo: kubit, oznacza jednak najmniejszą i niepodzielną porcję informacji kwantowej, a więc ma zastosowanie w tekstach poruszających treści związane z zupełnie inną dyscypliną. Tymczasem tłumacze używają go jako miary długości, kalkując angielskie słowo, mimo że z dawien dawna mamy swojski łokieć.

Judaica
O kabale, w jaką potrafią się władować tłumacze przekładający teksty, gdzie lubią się pojawić słówka hebrajskie, już kiedyś wspominałem. Mimo to pozwolę sobie na kolejne exempla. Oto w książce stanowiącej swoisty przewodnik po pograniczu nauki z wiarą spotykamy dwa hebrajskie terminy, które — wbrew oczekiwaniom, gdyż poza tym przekład sprawia wrażenie solidnego — transkrybowano nieporadnie jako ruah (3x) i hokmah (2x).

Bez wdawania się w szczegóły wyjaśniam, że poprawna, przyjazna czytelnikowi transkrypcja to (a) ruach (wiatr, powiew, tchnienie, dech, duch) — leksem żywotnie związany z antropologią, jak również z naturą i działaniem Boga (vide Ruach ha-Kodesz) oraz (b) chochma — termin występujący w tak ważnych miejscach, jak ósmy rozdział Księgi Przysłów czy werset 9,10 tejże („Początkiem mądrości jest bojaźń Pana”), a również odgrywający niebłahą rolę w kabale, gdyż właśnie tak nazywa się jedna z dziesięciu sefir (hebr. sefirot) — sfer tworzących 
Ec Chajim, czyli Drzewo Życia (taki zresztą tytuł nosi jedno z dzieł żyjącego w XVI wieku czołowego kabalisty w dziejach, Izaaka Lurii, który wprowadził do kabały takie pojęcia, jak cimcum czy tikkun). Sefiry to emanacje i atrybuty Boga. Jakby światy pośrednie łączące Nieskończonego, Bezkresnego (Ejn Sof) z kosmosem, którego cząstką jest nasz świat. Swoiste kanały mediacyjne. Pomosty. Sefira o nazwie Chochma (mądrość) wiąże się w kabale z tym, co męskie, z ojcem i ze światem poetyki; zresztą różni autorzy kabalistyczni odnoszą do niej różne pojęcia i wyobrażenia. Sama kabała powstała w XII w. w Prowansji na bazie wcześniejszej tradycji ustnej czerpiącej z żydowskiej mistyki, stanowiącej m.in. rozwinięcie Ezechielowej wizji tronu Boga (Ez 1), jak też z gnostycyzmu i neoplatońskiej teorii emanacji, a prócz gnozy i neoplatonizmu łączy w sobie mistycyzm, inicjację, mistagogię, gramatologię, teozofię, arytmozofię i metafizykę.


Nic to wszystko jednak tłumaczowi i redaktorowi zdaje się nie mówić. A przecież choć nie trzeba się kabałą żywo interesować (nie wspominając o znajomości hebrajskich literek, która przy tłumaczeniach i redakcji bardzo się przydaje), jakie takie pojęcie o niej mieć warto, gdyż w kulturze popularnej istnieją do niej liczne odniesienia. A pisali o kabale: Gustav Meyrink, twórca powieści Golem, zwanej z przymrużeniem oka biblią kabalistów — z przymrużeniem, gdyż dziełami założycielskimi i wciąż najważniejszymi w tym nurcie myśli żydowskiej są przede wszystkim średniowieczne Zohar (Księga blasku) i Bahir (Księga światła ukrytego); noblista Jicchok Baszewis Zynger, zwykle znany w zangielszczonej postaci jako Izaak Bashevis Singer; okultysta, mag i wspinacz Aleister Crowley; noblistka (kolejna!) Olga Tokarczuk (Księgi Jakubowe); gęsto od niej miejscami w filmie Darrena Aronofsky'ego π.

Liryka, epika, dramat
W książce omawiającej gładko i przystępnie kwestie ewolucyjne czytamy:

W końcu nastąpiła jedynie zmiana proporcji istniejących już wcześniej form kolorystycznych. Zmiany, choć dramatyczne, nie były bardziej imponujące niż zmiany, jakich od wieków dokonywali hodowcy zwierząt domowych.
Po cóż ze zmian diametralnych, znaczących bądź radykalnych — albo zwyczajnie: dużych, istotnych czy znacznych — robić dramat? To już prędzej dramatycznym (choć byłoby to grubą przesadą) nazwać możemy przekład powyższego ustępu, ale nie same wspomniane zmiany. Wprawdzie internetowy WSJP PAN odnotowuje to nowe znaczenie, lecz, uwaga, z kwalifikatorem „kwestion.”. A i w angielszczyźnie to znaczenie jest stosunkowo nowe, liczące sobie, o ile się nie mylę, zaledwie kilka dekad. Tak czy inaczej nie dajmy się zwariować: to dość świeża kalka w polskim, niestosowna w poważnych publikacjach.

Licentia translatica musi znać swoje miejsce w szeregu. A jak się grubiańsko rozpycha łokciami, trzeba jej zapędom stanowczo huknąć w ucho: No pasarán!


© Paweł Jarosław Kamiński 2022

niedziela, 4 września 2022

Dziesiąta muza w negliżu

O ile na ogół pojawiają się na blogu wpadki z rozmaitych pozycji książkowych, o tyle tym razem zajrzymy do Hollywood. Okazuje się, że translatorskie wyboje, przeboje i rozboje nie omijają także kina. Również to medium, mające znacznie więcej odbiorców aniżeli słowo drukowane, boryka się z problemami na niwie tłumaczeń. Błędy przekładowe w filmach kształtują polszczyznę zapewne bardziej niż te w książkach. I przypuszczalnie z winy wpadek tłumaczy filmowych do polszczyzny wkrada się tyle niepotrzebnych kalk językowych.

Nie mam tu bynajmniej na myśli tłumaczenia tytułów, tak często surowo ocenianego i wyśmiewanego. Podlega ono specyficznym regułom, o których internetowi krytycy przeważnie nie mają pojęcia.

Poniżej kilka niedoróbek w tłumaczeniu dialogów, ilustrujących trudność przekładania z angielszczyzny. Swoją drogą z większością z nich, o ile nie z wszystkimi, spotkałem się też w przekładach książkowych.

Cienista dolina
W filmie z Hopkinsem w pewnym momencie główny bohater C.S. Lewis, stojąc w wagonie restauracyjnym przy kontuarze z dopiero co poznanym młodym człowiekiem, wypowiada zdanie„Zabawne, jak wszystko się zmieniło”.

W oryginale mamy Funny the way things work out, isn't it?, ale kontekst nie wskazuje na nic zabawnego. Jak bum-cyk-cyk. O co więc chodzi? O bananową skórkę leksemu funny. Ze zrozumieniem tego słowa miewają niekiedy trudności nawet native speakerzy, o czym świadczą doprecyzowujące pytania w rodzaju: Funny haha or funny peculiar?

W filmie nie mamy do czynienia z funny haha, tylko ze znaczeniem numer dwa. Co też tłumacz prześlepił.

Gallipoli
Dwóch przyjaciół (w tym postać grana przez młodziutkiego Mela Gibsona) wędruje przez pustynię. Gdy układają się do snu, słyszymy:

— Powinieneś się zaciągnąć.
— Czemu?
— Jesteś atletą.
— No to co?
— Kumple biegają setkę w dwanaście sekund, a idą. I ty powinieneś.
W oryginale wygląda to następująco:
— You of all people should be going.
— Why me of all people?
— Cos you're an athlete.
— What's that got to do with it?
— I've mates who'd be lucky to run the hundred in twelve and they're going, so why shouldn't you?
Wyraz athlete bywa problematyczny dla niektórych tłumaczy. Oxford Advanced Learner's Dictionary z 2000 r. podaje, że athlete to:
  1. a person who competes in sports;
  2. (BrE) a person who competes in sports such as running or jumping;
  3. a person who is good at sports and physical exercise.
Jak widzimy, athlete to sportowiec, sportsmen (znaczenie 1), lekkoatleta (znaczenie 2) i osoba wysportowana (znaczenie 3). Tymczasem polskie atleta to (a) sportowiec podnoszący ciężary lub trenujący boks albo (b) mężczyzna o mocnej budowie ciała i dużej sile fizycznej; siłacz. W filmie Petera Weira — z niezapomnianą muzyką Jeana-Michela Jarre'a, cud miód malina — mamy do czynienia najwyraźniej ze znaczeniem nr 3 (a w każdym razie „atleta” to nie ta bajka). Cos you're an athlete należało więc przełożyć jako „Jesteś wysportowany”.

Dialogi hollywoodzkie z daleka już nie brzmią sensownie


Obcy. Przymierze
Kolejna część horroru sf. Co tu dużo mówić: odcinanie kuponów od oryginalnej, legendarnej jedynki pt. Obcy. Ósmy pasażer Nostromo. Prequele, sequele i mózg ugotowany na własne życzenie.


Oto załoga statku kosmicznego po lądowaniu na obcej planecie, gdzie rozgrywa się niemal cała akcja, opuszcza go i zaczyna eksplorować wyglądający gościnnie, choć bezludny teren. Pośród wysokich traw natrafia na pszenicę o kłosach wielkości dłoni. I tu słyszymy błyskotliwą rozmowę między trzema załogantami:

— To pszenica. Znam się. Jest stara, ale na pewno ją hodowano. Jaka jest szansa, że znalazłaby się tak daleko od Ziemi?
— Bardzo nikła.
— Kto ją zasadził?
Rolnik ani ogrodnik z pewnością nie. Angielskie plant (w oryginale pojawia się zdanie Who planted it?) rzeczywiście może dotyczyć sadzenia, ale wiedza, że zbóż, rzodkiewki, ogórków czy marchewki się nie sadzi, nie należy do specjalistycznej, tylko ogólnej. No, chyba że jajka biorą się z Lidla.


Dziupla. Safe House
Niektóre miasta z anglojęzycznego świata mają swoje polskie odpowiedniki (vide Londyn, Filadelfia, Waszyngton), niektóre nie (Los Angeles, Birmingham, Glasgow, Phoenix). Wszystko zależy od utartego zwyczaju, nie ma tu reguły. Konia z rzędem temu, kto dociecze, dlaczego do grupy numer dwa tłumacz zaliczył południowoafrykańskie Cape Town. Nie było żadnych racji ku temu, by uparcie zostawiać je w oryginalnej formie.


Zatrzyj ślady
Z innym niż w przypadku Gallipoli fałszywym przyjacielem mamy do czynienia w filmie Zatrzyj ślady, opowiadającym o bezdomnym pomieszkującym gdzie popadnie z nieletnią córką. W pewnym momencie pomiędzy córką a ojcem wywiązuje się następująca rozmowa:

— Tato, Bóg stworzył żaby. Wiedziałeś o tym?
— Kto tak twierdzi?
— Ten pamflet.
Ejże, hola, pry! Pamflet jest to złośliwy utwór satyryczny wymierzony w jakieś osoby, instytucje, działania bądź wydarzenia. Zupełnie przeto nie przystaje do angielskiego pamphlet, oznaczającego tyle, co... broszura, ulotka.

*****

Bywają też wpadki innego rodzaju: tłumaczenie na pozór poprawne, ale sztuczne przez brak idiomatyczności i niejaką dosłowność. I tym samym stylistycznie mizerne. Nienaturalne. W robiącej sieczkę z mózgu produkcji Dark Was the Night słyszymy wypowiedź: „Od dawna to coś żyło w odległych strefach lasu”. Kontekst podpowiada, że rozwlekłe „odległe strefy lasu” to nic innego, jak nasza swojska głusza, ostęp, ostępy, dzicz.

Na dzisiaj tyle. Do następnego!


© Paweł Jarosław Kamiński 2022

niedziela, 20 marca 2022

Widzisz i nie grzmisz

Lektura publikacji religijnych wywołuje, w zależności od nastroju bądź usposobienia jako tako wyrobionego czytelnika, atak śmiechu, furii, paniki bądź rozpaczy. Zwłaszcza publikacji wydanych pod egidą mniejszościowych związków wyznaniowych, które siłą rzeczy mają mniejsze możliwości. Także finansowe. Co widać, i to bardzo. Oto przegląd paru pozycji z protestanckiej półki.

Otwieram pierwszą z brzegu książkę znanej powieściopisarki religijnej i wpadam ni mniej, ni więcej, tylko na cenzora w rękach izraelskiego kapłana: „Trzy dni temu wszedł do świątyni z cenzorem w dłoni i zapalił kadzidło”. O ile censor (cenzor) i censer (trybularz, kadzielnica, kasoleta) różni aby literka, o tyle trudno mi wyobrazić sobie kontekst, gdzie jedno można by zastąpić drugim. Zastanawia mnie, jakimi ścieżkami podążała myśl Monsieur Traducteur (był to akurat jegomość) albo ile głębszych wychylił, żeby pana od kastracji umieścić w ręku kapłana olbrzyma. Czyżby równolegle przekładał coś o enigmatycznych nefilim z 6 rozdziału Księgi Rodzaju?

Wielki Cenzor na huśtawce

W kolejnej książce na tylnej stronie okładki przebija kalka w biogramie współautorki: „Lubię (...) dzielić się dobrymi wieściami”. Jakim to centrum informacyjnym jest ta miła pani, że przekazuje tyle wieści? Może pracuje jako reporterka? Prezenterka? Nic z tych rzeczy. Zarówno good news, jak glad tidings to nasza tradycyjna Dobra Nowina. Czyli ewangelia. Lub jak kto woli: Ewangelia.

„Począwszy od opisu stworzenia w Księdze Rodzaju, a skończywszy na autorach wciąż przerabiających temat białek, redaktor Dennis Danielson śledzi duchowe, naukowe i filozoficzne dzieje myśli związanej z jednym z najbardziej fundamentalnych pytań ludzkości — jak i dlaczego się tutaj znaleźliśmy”, czytamy gdzie indziej. Czyżby chodziło o biologów pochylonych nad łańcuchem DNA? Albo o dietetyków? Pudło. Tenże tłumacz parę lat później u tego samego pisarza identyczne sformułowanie oddaje już w miarę poprawnie: „Zamiast lądowania na Księżycu misją wyprawy stało się dotarcie z powrotem na Ziemię i ocalenie trzech astronautów”). W miarę, bo bliżej metafory oryginału byłoby w tym kontekście np. „(sprowadzenie) całych i zdrowych”. Autor używa w obu miejscach tej samej przenośni to still metabolize protein, która oznacza tyle co „(wciąż) żyć, być żywym”. Nie znajdziemy jej w słownikach: po prostu trzeba zatrzymać się na chwilę w sprincie translatorskim i podumać nad tekstem, stawiając sobie pytanie, co autor miał na myśli. Rozgryźć jego idiolekt w danym ustępie. Normalna sprawa w przekładowczym fachu. Nikt nie obiecywał, że będzie to łatwy kawałek chleba.

Pełen nadziei sięgam po kolejną pozycję i gęba wyciąga mi się jeszcze bardziej. Zamiast „przepychanek na górze, rozgrywek na górze, walki o stołki, o koryto, o władzę, o miejsce przy korycie” znajdujemy trzykrotnie „politykę” (w oryg. politics), pewnie, po co się wysilać, skoro można pójść na łatwiznę. A miejsce „uprzedzeń na tle religijnym, nietolerancji religijnej, szowinizmu religijnego czy fanatyzmu religijnego” (religious bigotry) zajmuje — jakżeby inaczej — „religijna bigoteria” (znów ślizg przekładowcy po linii najmniejszego oporu), notabene konstrukcja pleonastyczna, bo bigoteria jest religijna z definicji. Po co pisać o zwykłej „sekcie”, skoro można zabłysnąć równie modnym, co dyletanckim „kultem”: „Nieco dalej od środkowego nurtu pojawiają się (...) religie rasistowskie, obraźliwe kulty [cults], a wszystko to wpływa na kościół i naprawdę może wyrządzić wiele złego” (no i zachodzę w głowę, co tutaj miałoby znaczyć określenie kultów, alias sekt, epitetem „obraźliwe”?). Wreszcie, w dwóch miejscach pojawia się neologizm „kościelizm”, choć wystarczyłoby przecież użyć utartych w polszczyźnie słów „kościelnictwo” lub „kruchta”: wertep by zniknął, a odbiór czytelniczy przebiegał bez zakłóceń. Wyważano otwarte drzwi.

W następnej książce, tym razem poświęconej tematyce Trójcy, aż roi się od zapuszczonych grządek. Czytamy mianowicie, że Ojciec jest „niewygenerowany, Syn jest wygenerowany przez Ojca” (opis jakiej operacji komputerowej?), kilkukrotnie nadziewamy się na „wieczne generowanie Syna” (jw.), tymczasem chodzi o teorię wiecznego zrodzenia Syna. Dziwaczny „trójteizm” udaje „tryteizm”. Arystotelesowki „nieporuszony poruszyciel” występuje pod maską „Nieporuszonego, który wszystko porusza”. Na s. 116 dowiadujemy się, że Platon napisał dzieło Timaeus — prawda, ale nie od dziś mamy na polskim gruncie uświęconego tradycją Timajosa — a Ireneusz z Lyonu to autor Przeciwko herezji, tymczasem uznany tytuł tego traktatu to Przeciw herezjom, przy czym nierzadko używa się też u nas wersji oryginalnej, czyli Adversus haereses. Kapadocjanie zaś zyskują miano Kapadocyjczyków. Et caetera.

Kolejna publikacja, skądinąd bardzo wartościowa, kryje takie niespodzianki, jak: Meliton, biskup Sardów (poprawnie: Meliton z Sardes), bliźniacze błędy: Atanazy z Aleksandrii i Klemens z Aleksandrii (w obu przypadkach poprawna wersja to: Aleksandryjski), Megillot miast Megilot (zbiór pięciu ksiąg Tanachu) czy biernikowe Jamnii (popr. Jamni). Czytamy, że nazwy zasadniczych trzech części Biblii Hebrajskiej to rzekomo Tora, Nebi'im i Ketubim (popr. Tora, Newiim, Ketuwim). W przekładach z angielskiego można zaobserwować nieprzyjemną plagę dotykającą zagadnienia transkrypcji: zrzynanie jak leci transkrypcji angielskiej hebrajskich i greckich wyrazów, mimo że każdy język rządzi się w tym względzie własnymi prawami. I tak powszechnie występuje problem z transkrybowaniem literki bet (która zależnie od wyrazu staje się b lub w, nie zaś wyłącznie b, jak z uporem godnym lepszej sprawy starają się nam wmówić tłumacze), z pieczołowitym, acz zupełnie niepotrzebnym zapisywaniem niemego końcowego he (wymawia się je tylko wtedy, gdy występuje w nim tzw. mappik), z oddawaniem cade jako ts zamiast swojskiego c, z oddawaniem alef i ajin apostrofem wybrzuszonym w prawo i w lewo czy z nieodróżnianiem sin od szin. Kłopot sprawia także transkrypcja słów greckich, np. apokryphos przybiera postać apokruphos (problem z ypsilonem); z innych publikacji pamiętam choćby zapisywanie podwójnej gammy np. w słowie angelos jako aggelos. Dosyć, aby skonsultować sprawę z fachowcem lub — rozwiązanie bardziej czasochłonne, ale lepsze i zapewniające nam niezależność, a jeśli zajmujemy się tłumaczeniami z kręgu teologii i biblistyki, będące inwestycją zwrotną — zapoznać się z alfabetami hebrajskim i greckim oraz transkrypcją na polski w formie uproszczonej, czyli zgodnej z wymową. Piszę: lepsze, bo hebraiści z rzadka używają transkrypcji uproszczonej i mogą tylko namieszać tłumaczowi w głowie, a tym samym utrudnić potem zwykłemu zjadaczowi chleba odcyfrowanie wymowy poszczególnych słów, kiedy czyta jakąś publikację napisaną z myślą o laikach w zakresie hebrajszczyzny. W przypadku hebrajskiego polecam dodatek Roberta Stillera do przetłumaczonych przez tegoż Żydowskich legend biblijnych Bin Goriona (Uraeus, Gdynia 1996) i tam kolumnę: wymowa (nie: transkrypcja naukowa, bo ta ma przy literkach znaczki, których niewtajemniczeni nie roszyfrują) na s. 343 oraz podstawy hebrajskiego pióra Marcina Majewskiego.

W jeszcze innej książce faraon występuje czasami jako Necho II, to znowu jako Neko II (sic), jakby wydawca nie mógł się zdecydować. Tytuł pewnej książki (będący swoją drogą cytatem z 1 Kor 2,10) w przypisie pojawia się w postaci Te Deep Things of God (te jak w Te Deum?). A to zapewne tylko ułamek kiksów, który zauważyłem, kartkując publikację.

Czy to wszystko piszę po to, by pastwić się nad tłumaczami i redaktorami? Bynajmniej. Chciałbym przede wszystkim pokazać, jak wymagającym i trudnym zajęciem jest profesjonalne przeniesienie tekstu z jednego języka na drugi. Tylko niewielka część osób znających obcy język ma wiedzę, zdolności i predyspozycje potrzebne do tłumaczenia. Tudzież cechuje się nieodzowną akrybią i dociekliwością spod znaku: nie wiem, ale się dowiem. Na dobitek Kościoły mniejszościowe, bo o przekładach z ich podwórka dzisiaj mowa, dysponują dużo mniejszymi nakładami na tłumaczy i redaktorów z prawdziwego zdarzenia. Na czym cierpi jakość publikowanych materiałów. Do czego dochodzi rzecz jasna wszechobecny pośpiech w dzisiejszej Erze Strusia Pędziwiatra (tak, tak, żadnego tam Wodnika). Nie żebym się skarżył, po prostu stwierdzam.


© Paweł Jarosław Kamiński 2022

wtorek, 29 czerwca 2021

Technicznie rzecz biorąc

Jest takie słowo, którym tłumacze nierzadko się posługują, mimo że wielokrotnie są przed tym przestrzegani. Nieraz figuruje w publikacjach popularnonaukowych, które pod tym względem winny świecić przykładem.

Kiedy czytałem Kosmiczne zachwyty Neila deGrasse'a Tysona*, natknąłem się na coraz bardziej wszędobylskie słowo „technologia”. Dość łatwo ciśnie się ono pod pióro wobec naporu napływających zewsząd komunikatów o najnowszych technologiach, technologii malowania paznokci czy obierania kartofli.

Układ Słoneczny, Słońce, Mercury, Wenus, Ziemi, Mars

Nie inaczej jest w tej publikacji. Zachwytom nad pięknem i złożonością wszechświata przeszkadzają powtykane tu i ówdzie bezprawne „technologie”. Żeby nie być gołosłownym:
Od mniej więcej dwóch stuleci odkrycia kosmiczne zawdzięczamy połączeniu zaawansowanych technologii i ludzkiej inteligencji (s. 79).
To, z czego jest nasz kij i jaki ma kolor, zupełnie nie ma znaczenia. Ważne, by był prosty. Wystarczy wbić go w ziemię w miejscu, z którego możemy obserwować horyzont. Ponieważ stosujemy niezaawansowane technologie, kij można wbić w ziemię kamieniem (s. 79–80).
Nie mamy przecież jednak żadnych nowoczesnych technologii [jako jaskiniowcy — przyp. P.J.K.], więc nic nie rozprasza naszej uwagi (s. 80).
Lowell cierpiał na nadciśnienie (...) i jeśli połączymy tę przypadłość z wiarą we własne przekonania, to fakt, iż zaliczył on Wenus i Marsa do planet tętniących inteligentnym i technologicznie zaawansowanym życiem, raczej nie jest zaskoczeniem (s. 110).
Podobnie jest w książce innego astrofizyka, Carla Sagana, w którego słynnym Kosmosie** znajdujemy takie oto zdanie:
Nasza inteligencja i nasza technologia dała nam moc wpływania na klimat (s. 110).
Przyznaję, że sam nie w każdym jednym kontekście potrafię rozstrzygnąć, czy należy użyć słowa „technika” czy może „technologia”, ale prawdą też jest, że jeśli nie jesteśmy tłumaczami tekstów specjalistycznych, to w 98% przypadków będziemy mieć do czynienia z „techniką”. W przytoczonych wyżej wyimkach każdy z nich „technologią” skażono. Nietrudno je pod kątem redaktorskim poprawić w przyszłym wydaniu, tylko nie ma pewności, czy ktoś się w oficynach wydawniczych przejmuje takimi „drobnostkami”.
 
Gdyby kto pragnął zapoznać się z poprawnym użyciem wyrazów „technika” i „technologia”, odsyłam do pouczających artykułów prof. Łuckiego, polonistów Rokickiego i Malinowskiego czy Wojtka Żuchowskiego. W razie niedosytu polecam również u tego ostatniego lekturę innego tekstu, w którym można podpatrzeć, jak swobodnie posługiwać się słowem „technika” w praktyce.

Angielskie technology ma różne znaczenia: oprócz „techniki” i, w pewnych kontekstach, „technologii” to także „język techniczny (ew. naukowy)”, „słownictwo (nomenklatura, terminologia, nazewnictwo) techniczne”. Polskie tradycyjne „technologia” to zwykle production technology. Elements of technology (tytuł książki) przełożymy prawidłowo jako Elementy wiedzy technicznej, a new technologies oddamy jako „nowe zdobycze (osiągnięcia) techniki”, „nowości techniczne” czy „nowinki techniczne”. „Wszechobecne technologie” to poprawnie po polsku „wszechobecna technika” czy „wszechobecne gadżety”, a high technology — „najnowsze osiągnięcia (zdobycze) techniki” albo ”najnowsze gadżety”. Et cetera.

Co z naszym tytułem?
Warto zwrócić uwagę, że angielskiemu technically (speaking), jak zwraca uwagę w swej książce Arkadiusz Belczyk***, 
odpowiadają takie polskie sformułowania, jak: „formalnie (rzecz) biorąc”, „ściśle (rzecz) biorąc” czy „z formalnego punktu widzenia” (s. 168). Mimo to „technicznie rzecz biorąc” masowo stosuje się w polszczyźnie zamiast tych trzech odpowiedników (czasami nawet nabiera ono znaczenia zbliżonego do „w rzeczywistości”); niektórzy nawet mówią „ja w kwestii technicznej” zamiast „ja w kwestii formalnej”. Technically w takim znaczeniu nie ma z techniką nic wspólnego: co innego, gdy pełni funkcję przysłówka choćby w zdaniu In those days recording sound was not technically possible. Technologically zaś oddamy np. jako „pod względem technicznym” albo „od strony technicznej”. „Technicznie rzecz biorąc” nie ma związku z techniką, a w każdym razie niełatwo znaleźć kontekst, gdzie by miało. Jest to wyrażenie, dla którego nie ma miejsca w popularnonaukowej polszczyźnie; co innego w umyślnie niechlujnej albo naśladującej żywą mowę polszczyźnie literackiej — być może z takim właśnie użyciem mamy do czynienia np. u Jacka Dehnela czy Jakuba Ćwieka (choć niekiedy trudno odróżnić celowy zabieg autorski od niezamierzonego):

— Nie unosić? A co pan by zrobił na moim miejscu? Mamy umowę czy nie mamy?
— Technicznie rzecz biorąc, nie mamy. Niczegośmy nie podpisywali. (Dehnel)
Technicznie rzecz biorąc, tabliczka przed wejściem do hotelu Concorde: „Lokal wentylowany”, nie kłamała. Dawała jednak przyjezdnym złudną nadzieję, że wstępując do środka, można się schronić przed palącym egipskim słońcem. Co było kompletną bzdurą. (Ćwiek)

Tak się mówi

Na jednym z forów korektorka radzi, by „technologię” zostawić nawet w niepoprawnym kontekście, bo „tak się mówi”. Trudno zgodzić się z takim postawieniem sprawy. Mówi się przecież nawet „poszłem” czy „wogle”, ale to żaden miernik poprawności. Można by się zgodzić z tą panią pod warunkiem, że mielibyśmy do czynienia z tekstem, w którym trzeba by oddać dyletancki lub celowo nonszalancki język bohatera. Ale nie w tekstach innych. Tym mniej w publikacjach popularnonaukowych.



© Paweł Jarosław Kamiński 2021


* Neil deGrasse Tyson, Kosmiczne zachwyty, Insignis, Kraków 2018.
** Carl Sagan, Kosmos, Zysk i S-ka, Poznań 2016.
*** Arkadiusz Belczyk, Poradnik tłumacza, wyd. II, Idea, Kraków 2009.

środa, 26 maja 2021

Sajens dęba staje

Zły przekład popularyzatorskich książek o nauce sprawia, że w momentach niezamierzonych przez autora bierze mnie śmiech i jednocześnie nadchodzi refleksja o ogromie trudu i skupienia, jakich wymaga proces przekładu. A również dobrej woli, systematyczności i pracowitości, można mieć bowiem dryg, lecz przy tym zaniedbać takie elementy, jak lektury, konsultacje czy wyszukiwanie cytatów.
 
Dla laików formuła wydaje się stosunkowo prosta: znać język = umieć tłumaczyć. Tymczasem prawda wygląda tak, że tłumaczenie to odrębna kompetencja wymagająca m.in. nie lada oczytania i choćby powierzchownej znajomości wielu dziedzin (pomijam tłumaczenia specjalistyczne, to inna bajka), by w razie potrzeby wiedzieć, gdzie szukać potrzebnych wiadomości. Dlatego dobrą, ba! niezbędną praktyką w tym fachu jest czytanie, czytanie i jeszcze raz czytanie opracowań z najrozmaitszych poletek wiedzy, nigdy bowiem nie wiadomo, na jakim skrawku ludzkiej myśli przyjdzie nam w przyszłości orać (albo plewić kwiatki przy robocie redakcyjnej, poprawiając niedociągnięcia).

Na podstawie trzech książek popularnonaukowych chciałbym pokazać, jak bardzo trzeba się znać na temacie, o którym traktuje książka, jak szeroką znajomością trzeba się wykazać w dyscyplinach wszelakich i jak wielką trzeba zachować czujność na każdym kroku w procesie przekładu — inaczej fiasko i blamaż murowane. Do licznych pomyłek doprowadziło w poniższych przypadkach również lenistwo, i to nie tylko przekładowców (ich nazwiska oraz tytuły książek pozwolę sobie pominąć milczeniem), ale i redakcji.

In my mind's eye

Czytam sobie wprowadzenie, pióra Carla Sagana, do książki Hawkinga i oto natrafiam na sformułowanie „umysł boży”. Patrzę jeszcze raz na kontekst i przeczucie się potwierdza. Czytamy bowiem:
Jest to wreszcie książka o Bogu... a raczej o jego nieobecności. Słowo „Bóg” często pojawia się na tych stronicach. Hawking usiłuje znaleźć odpowiedź na słynne pytanie Einsteina, czy Bóg miał swobodę w tworzeniu wszechświata. Próbuje, jak sam stwierdza wprost, zrozumieć umysł boży.
Jeszcze na wszelki wypadek zaglądam do oryginału: Sagan pisze mind of God, które to wyrażenie polski tłumacz oddaje błędnie, i to dwukrotnie, bo również w ostatnim zdaniu zakończenia tejże książki Hawkinga pojawiają się „myśli Boga”. Mamy tu do czynienia ze sformułowaniem używanym niekiedy w dyskusjach naukowych, a które z grubsza wyraża przekonanie, że świat powstał w wyniku inteligentnego zamysłu (posłużył się tym związkiem wyrazowym choćby Einstein, z polskich uczonych używa go często m.in. kosmolog, teolog i filozof Michał Heller), toteż ma ono w polskim piśmiennictwie postać „zamysł Boży”. I druga sprawa: skąd małoliterowe „boży” we wprowadzeniu? Owszem, Sagan był agnostykiem i pod pojęciem mind of God rozumiał zapewne nie tyle Boga osobowego, co przyrodę. Będąc niewierzącym, traktował zatem mind of God jako metaforę i stąd użycie wielkiej litery, dlatego nie pojmuję, czemu tłumacz musi aż tak łopatologicznie wykładać polskiemu czytelnikowi jego światopogląd, gwałcąc zamysł tym razem nie Boży, lecz Sagana.

Isaac Newton, Portret, Vintage, Popiersie, Słynny
Co znaczy hypotheses non fingo, nie mam pojęcia
 

Niejaki Darwin

W jednej z książek nt. ewolucjonizmu teistycznego tłumacz z uporem nadaje najgłośniejszemu dziełu Darwina tytuł O pochodzeniu gatunków. Wprawdzie Darwin napisał książkę O pochodzeniu człowieka (The Descent of Man), ale polski tytuł jego opus magnum to O powstawaniu gatunków (On the Origin of Species), nie inaczej. Wszak pełne brzmienie tytułu to O powstawaniu gatunków drogą doboru naturalnego, czyli o utrzymywaniu się doskonalszych ras w walce o byt. Nie zaś O pochodzeniu gatunków drogą..., bo cóż to niby za konstrukcja w polszczyźnie? Na s. 155 zupełnie bez potrzeby pojawia się z kolei tytuł oryginalny, bez polskiego, jakby dzieła tego jeszcze u nas nie znano. Wprowadzać tytuł O pochodzeniu gatunków to, primo, tak jakby dać dziś — w jakimś opracowaniu, nie nowym przekładzie — książce Amisa Money tytuł Pieniądze (niby każdy będzie wiedzieć, o jaką powieść chodzi, a jednak absmak pozostanie), secundo, łamać reguły składniowe polszczyzny.
 
Mikołaj, Kopernik, Toruń, Pomnik, Noc
De refolutionibus — owoc posady w biurokracji

Bóg rzekł: „Niech będzie Newton!” i jasno się stało!

Wreszcie przykład ostatni, nad którym zatrzymamy się znacznie dłużej. Książka skądinąd niezwykle zajmująca i dająca do myślenia. Poświęcona sporowi między nauką a religią, między stworzeniem a ewolucją, między światopoglądem biblijnym a ateistycznym. Żenieniu biblijnego teizmu z ewolucjonizmem. Trafiająca w punkt. Dotykająca sedna sprawy. Sięgająca fundamentu tegoż sporu, a mianowicie definicji, metodologii, paradygmatu i założeń nauki. Filozofia nauki tout court.
 
Cóż z tego, skoro przekład psuje lekturę książki od pierwszych stron, i to do tego stopnia, że ma się ochotę wyrzucić ją do kosza. Zniesmaczają bynajmniej nie autorskie przemyślenia, lecz ich polska wersja. Najpierw tłumacz wypacza cytat z Newtona, przekładając hypoteses (!) non fingo jako „Nie mam pojęcia”, mimo że tekst angielski mówi I feign no hypotheses, co polski przekład dzieła wielkiego fizyka oddaje jako „nie stawiam żadnych hipotez na ten temat” (I. Newton, Matematyczne zasady filozofii naturalnej, przeł. S. Brzezowski, Copernicus Center Press, Kraków 2020, s. 685–686). Można to zdanie przełożyć inaczej, np. „hipotez nie wymyślam” lub „hipotez nie tworzę” (zob. E. Olszewski, O poglądach Newtona na hipotezy, „Kwartalnik Historii Nauki i Techniki” 1974, 19/1, s. 170), ponieważ ma ono swoją historię w świecie nowożytnej nauki. O dziwo, tę samą frazę w przypisie tłumacz oddał już w miarę poprawnie: nie chcę snuć hipotez (w miarę, albowiem woli w oryginale nie uświadczymy).

Na innym miejscu czytamy o „cieplnym płynie zwanym cieplikiem” (poprawnie: fluid ciepła zwany cieplikiem) i „światłoprzewodzącym eterze” (światłonośny eter). O Koperniku dowiadujemy się, że „zajmował ciepłą posadę w kościelnej biurokracji w Polsce”. „Posada w biurokracji” to prawie poetycka kolokacja. Takich pęknięć jest w tekście cała masa.
 
Kuleje też ortografia: w wielu miejscach przymiotnik „Newtonowski” zastępowany jest postacią „newtonowski”, a przecież to nie to samo (identyczny los spotyka w tekście przymiotnik „Darwinowski”), oraz idiomatyka: na s. 164 czytamy o „nihilistycznej wizji egzystencji, w której pies pożera psa” (dog eat dog).
 
Hilary'emu Putnamowi tłumacz uparcie zmienia płeć, a nawet nazwisko, na jednym miejscu czytamy bowiem o niejakiej Hilary... Putman.
 
Doskwiera próba transkrypcji z hebrajskiego, tłumacz bowiem niefrasobliwe przepisał transkrypcję angielską: biblijne tohu wawohu („pustkowie i chaos”; Rdz 1,2 Biblia warszawska) przybiera formę tohu vbohu, a zamiast pochodzących z przekleństwa kobiety iccawon (cierpienie) i ecew (ból) znajdujemy itzewon i etzew (Rdz 3,16). Każdy język ma własne reguły transkrybowania wyrazów z języków zapisywanych innym alfabetem, w tym z hebrajszczyzny, a literę cadi oddajemy jako polskie „c”.
 
Pojawiają się też psujące efekt literówki w nazwach własnych, no bo kto by się przejmował sczytaniem tekstu? Mamy więc w tekście dzieło Galileusza Siderus Nuncius zamiast Sidereus nuncius (tu prócz chochlika drukarskiego wkradł się błąd ortograficzny), nazwisko (Larry) Laudan kilka linijek dalej przyjmuje formę Lauda, a przełomowe, wiekopomne dzieło naszego krajana nosi w pewnym miejscu tytuł De refolutionibus.

Wyimek z książki Michaela Polanyiego przybiera postać: „Rola, jaką odgrywają nowe obserwacja i eksperymenty w procesie odkrywania w nauce, jest zazwyczaj zbyt wysoko oszacowana. Popularne spojrzenie naukowców cierpliwie gromadzących obserwacje, nieuprzedzonych na gruncie teorii, aż do skutecznego ustalenia szerokiej nowej generalizacji, jest z gruntu fałszywe”. Sformułowanie „nowe obserwacja i eksperymenty” nie brzmi fortunnie, a „zbyt wysokie oszacowanie” to nader nieudana próba oddania czasownika over-estimate. Cały fragment nie mówi o fałszywości spojrzenia naukowców, tylko opinii publicznej, no i popular nie zawsze znaczy „popularny”.
 
Jaki oryginał się za tym kryje? The part played by new observations and experiment in the process of discovery in science is usually over-estimated. The popular conception of the scientist patiently collecting observations, unprejudiced by any theory, until finally he succeeds in establishing a great new generalization, is quite false.
 
Spróbujmy przełożyć: „Na ogół przecenia się rolę nowych obserwacji i eksperymentów w procesie odkrycia naukowego. Powszechne mniemanie, jakoby naukowiec był osobą wolną od uprzedzeń teoretycznych, która cierpliwie gromadzi kolejne obserwacje, aż dokona nowego, wspaniałego uogólnienia, jest całkowicie fałszywe”.

To samo przytrafia się następnemu zdaniu z Polanyiego: „Cała ta nowa wiedza o przyrodzie została uzyskana jedynie przez ponowne rozważanie znanych zjawisk w nowym kontekście, który zaczęto postrzegać jako bardziej racjonalnych i bardziej realny” (All this new knowledge of nature was acquired merely by the reconsideration of known phenomena in a new context which was felt to be more rational and more real), czyli po polsku: „Całą tę wiedzę o przyrodzie zdobyto wyłącznie na drodze ponownego namysłu nad znanymi zjawiskami, tyle że w nowym kontekście, uznanym za bardziej racjonalny i bliższy prawdzie”. Real nie zawsze znaczy „realny”, a przekład znacząco odrealnia sens słów znanego chemika i filozofa. Swoją drogą to już druga, obok popular, kalka, i to z jednej i tej samej strony.

Polanyi nie ma szczęścia i w kolejnym cytacie, gdzie mowa o regułach weryfikacji eksperymentalnej: tłumacz oddaje reproducibility of results jako „powtarzalność rezultatów” zamiast „odtwarzalność wyników”.

Niektóre fragmenty są kompletnie niezrozumiałe:
  • „To ma zatem wyglądać prawda?” (s. 81).
  • „Jesteśmy zmuszeni przez nasze a priori oddanie materialnej przyczynowości tworzyć aparat badawczy (...)” (s. 120).
 
„Bardzo wiele odkryć, które pojawiają się w akademickim eterze, jest wynikiem (...)”, czytamy w przekładzie wyimka z pewnego artykułu. Mamy tu do czynienia z kolejną kalką, chodzi bowiem o metaforę eteru, która w polszczyźnie nie prezentuje się wdzięcznie: należało napisać coś w rodzaju „w akademickim świecie (lub światku)” albo wręcz „w świecie nauki”.

Jeszcze inny cytat poprzedzony jest następującymi słowami: „Alfred North Whitehead napisał nieco niepoważnie (...)”. Polska frazeologia podpowiada: napisać w nieco żartobliwym tonie, ująć rzecz nieco żartobliwie, humorystycznie, z (lekkim) przymrużeniem oka, półżartem, półżartobliwie.

Uprasza się o niewyważanie otwartych drzwi

A oto i kolejna arcyciekawa rzecz niegodna naśladowania: tłumacz, natrafiając na cytaty z różnych autorów, nie przepisuje ich z polskich przekładów, lecz wszystko jak leci bierze na własny warsztat. Błąd w sztuce. Zarzuty kieruję w równym stopniu pod adresem redaktora.
 
Jednym z prawideł sztuki translatorskiej jest sięganie w takich przypadkach do istniejących przekładów i przytaczanie właśnie ich, a nie proponowanie własnych. Wyjątek stanowią sytuacje, gdy polskie tłumaczenie jest słabo wykonane lub nie oddaje niuansów, na które akurat chce zwrócić uwagę autor danej książki. Wtedy tłumacz może się czuć rozgrzeszony. W tym przypadku przekładowca jednak nie może się usprawiedliwić szczególnym kontekstem, który wymuszałby takie posunięcie: wszystkie przytoczenia przekłada samodzielnie na nowo, wyważając otwarte drzwi i dodatkowo nieraz kalecząc sens poszczególnych fragmentów. Wyimki z pism takich myślicieli, naukowców, poetów i prozaików, jak Kopernik, Dawkins, Newton, Feyerabend, Kuhn, Hume, Arystoteles, Platon, Tarnas, Kant, Dostojewski, Camus, Rilke, Lukrecjusz, Heidegger, Sagan, Russell, Hawking, Foucault, Bultmann, Nietzsche, Pascal, Szekspir, Lakatos, Dante, Popper — wszystkie podane są czytelnikowi w świeżej wersji naszego tłumacza.
 
Bezpardonowo zadał gwałt takim myślicielom i uczonym. Posiniaczył ich dzieła, nie bacząc na czytelnika. Tam zaś, gdzie nawet całkiem sprawnie oddał ich myśl, popełnił wykroczenie wobec poprzedników z translatorskiej branży, sugerując, że jest pierwszym odkrywcą genialnych wyrozumowań poszczególnych badaczy lub filozofów. Jakby eksplorował nieznane tereny myśli ludzkiej i objawiał je światu, jakby odnalazłszy zaginione dzieła dawał ludzkości możliwość ujrzenia bijącego z nich światła. Redakcja najwyraźniej widnieje w stopce wyłącznie pro forma. Prześledźmy rzecz na trzech przykładach:
Popper: „[można] przypisać hipotezie pewne prawdopodobieństwo — przypuszczalnie niezbyt precyzyjne — na podstawie oszacowania stosunku liczby prób, których wyniki pasują do niej, do całkowitej liczby prób, które jeszcze nie zostały podjęte. Ale ten sposób także prowadzi do nikąd [sic!]. Choć taki szacunek — jak to się zresztą często dzieje — można precyzyjnie wyliczyć, a wynik będzie zawsze taki sam: prawdopodobieństwo wynoszące zero”.
Tymczasem przewód myślowy autora wygląda w istocie tak: „Jeden [wybieg] polegałby na przypisaniu hipotezie pewnego prawdopodobieństwa — zapewne niezbyt ścisłego — w oparciu o estymację stosunku wszystkich testów, przez jakie przeszła hipoteza, do wszystkich testów, których jeszcze nie dokonano. Jednakże również i ta droga prowadzi donikąd. Tak się bowiem składa, iż estymację ową podać można dokładnie i w wyniku zawsze otrzymamy prawdopodobieństwo zerowe” (K. Popper, Logika odkrycia naukowego, przeł. U. Niklas, PWN, Warszawa 1977, s. 207).
Newton: „Do tej pory nie byłem w stanie obliczyć na podstawie zjawiska powodów takich własności grawitacji, a nie chcę snuć hipotez. Cokolwiek nie jest wyliczone ze zjawiska, musi być nazwane hipotezą, a hipotezy, czy to metafizyczne, czy fizyczne, jak również oparte na cechach okultystycznych czy mechanicznych, nie mają zastosowania w filozofii eksperymentalnej. W filozofii eksperymentalnej założenia są dedukowane ze zjawiska i generalizowane przez indukcję”.
Tekst natomiast mówi: „Jak dotąd jednak nie zdołałem na podstawie zjawisk naturalnych wyjaśnić przyczyn własności grawitacji, i nie stawiam żadnych hipotez na ten temat. Jako że wszystko, co nie jest wyprowadzone ze zjawisk naturalnych, winno być nazwane hipotezą, a dla hipotez, czy to metafizycznych, czy fizycznych, zarówno magicznej natury, jak i mechanicznej, nie ma miejsca w fizyce doświadczalnej. W ramach tej fizyki poszczególne tezy są wyprowadzane z doświadczenia, a później uogólniane drogą indukcji” (I. Newton, dz. cyt., s. 685–686).
Kopernik: „Jako że nowina hipotezy tego dzieła — hipotezy wprawiającej Ziemię w ruch i umieszczającej nieruchome Słońce w centrum Wszechświata — zyskała już znaczny rozgłos, nie wątpię, że niektórzy erudyci zgorszyli się mocno i pomyśleli, że nie jest dobre wprowadzanie zamieszania w liberalne dyscypliny, które od dawna są właściwie uporządkowane”.
Jak brzmi klasyczny polski przekład dzieła? „Nie wątpię, że niektórzy uczeni rozszerzoną wieścią o nowości hipotezy dzieła tego, że ziemia biegowi podlega, a słońce w środku świata nieporuszone stoi, mocno są obrażeni i utrzymują, że nauk wyzwolonych, gruntownie już ustalonych, odmieniać się nie godzi” (M. Kopernik, O obrotach ciał niebieskich, przeł. J. Baranowski, Drukarnia Stanisława Strąbskiego, Warszawa 1854, s. 1). Nie ma mowy o żadnych erudytach (fi donc!), liberalnych dyscyplinach (o artes liberales, sztukach wyzwolonych, się nie słyszało?), a i z dzisiejszej perspektywy obecna w przekładzie Baranowskiego patyna nadaje jego tłumaczeniu dodatkowego waloru. Powtórzmy za powyższym cytatem: rzeczy już ustalonych „odmieniać się nie godzi”.
 
Idąc konsekwentnie obraną drogą, tłumacz w tekście głównym serwuje nam oryginalne, angielskie tytuły tak znaczących dzieł, jak Struktura rewolucji naukowych Kuhna czy Dzieje umysłowości zachodniej Tarnasa. I podobnie jak w poprzedniej publikacji, zderzamy się z tytułem O pochodzeniu gatunków niejakiego Darwina.

Pośpiech w przygotowywaniu książki musiał być niebywały, gdyż wiem, że wydawnictwo (i tłumacza) stać na znacznie wyższy poziom ogłaszanych drukiem publikacji. Ale w tej — cuda, cuda ogłaszają!


© Paweł Jarosław Kamiński 2021

niedziela, 21 lutego 2021

The economy, stupid

Hi, Georgie,it said.

There was a clown in the stormdrain. The clown held a bunch of balloons, all colors, like gorgeous ripe fruit in one hand.

In the other he held George's newspaper boat.

Want your boat, Georgie? The clown smiled.

George smiled back. He couldn't help it; it was the kind of smile you just had to answer. I sure do, he said.

The clown laughed. "I sure do." That's good! That's very good! And how about a balloon?

Well . . . sure! He reached forward . . . and then drew his hand reluctantly back. I'm not supposed to take stuff from strangers. My dad said so.

Very wise of your dad, the clown in the stormdrain said, smiling. How, George wondered, could I have thought his eyes were yellow? They were a bright, dancing blue, the color of his mom's eyes, and Bill's. Very wise indeed. Therefore I will introduce myself. I, Georgie, am Mr Bob Gray, also known as Pennywise the Dancing Clown. Pennywise, meet George Denbrough. George, meet Pennywise. And now we know each other. I'm not a stranger to you, and you're not a stranger to me. Kee-rect?

George giggled. I guess so. He reached forward again . . . and drew his hand back again. How did you get down there?

Storm just bleeeew me away, Pennywise the Dancing Clown said. It blew the whole circus away. Can you smell the circus, Georgie?

George leaned forward. Suddenly he could smell peanuts! Hot roasted peanuts! And vinegar! The white kind you put on your french fries through a hole in the cap! He could smell cotton candy and frying doughboys and the faint but thunderous odor of wild –animal shit. He could smell the cheery aroma of midway sawdust. And yet . . .

And yet under it all was the smell of flood and decomposing leaves and dark stormdrain shadows. That smell was wet and rotten. The cellar-smell.

But the other smells were stronger.

You bet I can smell it, he said.

Want your boat, Georgie? Pennywise asked. I only repeat myself because you really do not seem that eager. He held it up, smiling. He was wearing a baggy silk suit with great big orange buttons. A bright tie, electric – blue, flopped down his front, and on his hands were big white gloves, like the kind Mickey Mouse and Donald Duck always wore.

Yes, sure, George said, looking into the stormdrain.

And a balloon? I've got red and green and yellow and blue . . . .

Do they float?

Float? The clown's grin widened. Oh yes, indeed they do. They float! And there's cotton candy . . . .

George reached.

The clown seized his arm.

And George saw the clown's face change.

What he saw then was terrible enough to make his worst imaginings of the thing in the cellar look like sweet dreams; what he saw destroyed his sanity in one clawing stroke.

They float, it growled, they float, Georgie, and when you're down here with me, you'll float, too —

Tak oto* zaczyna się bodaj czy nie najlepszy, obok Christine, horror, jaki wyszedł spod pióra Stephena Kinga, do tego jeden z najbardziej opasłych, tomisko liczy bez mała tysiąc stron. Autora nie trzeba specjalnie nikomu przedstawiać: kto nie czytał żadnej książki, zapewne oglądał choć jedną z licznych ekranizacji jego prozy, np. Lśnienie Kubricka. Notabene ekranizacje prezentują zwykle poziom żenujący, dość wspomnieć chociażby Bastion, Mroczną wieżę czy Mgłę.

King to w sumie średnich lotów powieściopisarz (przy czym w swoim gatunku całkiem dobry i poczytny), irytujący nieraz podobnymi chwytami i powielający schematy zachowań negatywnych bohaterów, tak sobie obeznany z psychologią człowieka, spłycający i glajchszaltujący pobudki pchające nas do złego. Lecz przy tym oddający świetnie obyczajowość amerykańskiej małej mieściny — notabene miasteczko Derry, gdzie rozgrywa się akcja powieści It (pol. To), pojawia się u niego na kartach niejednego utworu i wprowadzający do zwyczajnej codzienności nadprzyrodzoną grozę: tu akurat koszmar o co prawda kosmicznej genezie, ale w praktyce ni mniej, ni więcej, tylko nadnaturalny. Wybaczamy więc Kingowi kopiowane z powieści do powieści pozornie tylko krwiste szwarccharaktery, ale w rzeczywistości na ogół płytkie i rozłażące się w szwach, i dajemy duży plus m.in. za wykreowanie nietuzinkowej postaci Tańczącego Klauna Pennywisea, jednego z najprzemyślniejszych i najgroźniejszych monstrów jak literatura grozy długa i szeroka. Jedynego w swoim rodzaju potwora, który na każdego ma sposób, znając zaułki naszych dusz.

Dobrym zabiegiem jest uczynienie głównymi bohaterami dzieciaków, poznajemy ich strachy i radości, fascynacje i abominacje, pomysły i zagrania, a do tego zwyczajnych, ulepionych z tej samej gliny co one szkolnych wrogów, hiperpaskudnych, arcyniebezpiecznych i oczywiście... przejaskrawionych i nazbyt uproszczonych, by nie rzec: tekturowych. Dodatkowo, jak to u Kinga, przemyślenia, które wkłada w usta małolatom, są częstokroć zbyt dojrzałe (to samo dotyczy Dennisa, 17-letniego narratora Christine). A nie ukrywam, że czytanie o bohaterach, którzy mentalnie są starymi wygami z przeszczepionymi ciałami nastolatków, uwiera w zwoje mózgowe.

Najbardziej u Kinga cenię sobie chyba przedstawienie zwykłej rzeczywistości Ameryki, z małomiasteczkową gnuśnością, spokojem i szczęśliwostkami. Ale też z toczącymi serca zwykłych ludzi zazdrościami, bezeceństwami, łajdactwami i słabościami, które w toku akcji prędzej czy później wyłażą na jaw. To Kingowi wychodzi najlepiej.

Atmosfera książki wyjątkowo urzeka. Tak, świadomie używam tego słowa i nie chodzi mi bynajmniej o morbistyczny pociąg do rozlewu krwi (far from it!), lecz o te wszystkie pogaduchy i sprzeczki dzieciaków, o ich bolączki, pierwsze miłości, o realia złotej epoki w XX-wiecznych dziejach USA. O swoistą nostalgię za amerykańskim miasteczkiem z lat 50., bo w tych właśnie czasach toczy się spora część utworu, nostalgię, którą budzą poszczególne sceny wykreowane przez pisarza, jakby tęsknie spoglądającego w dobrze znaną sobie przeszłość i pragnącego bodaj za pomocą pióra powrócić do utraconych chwil, co udziela się czytelnikowi wychowanemu nawet w innej epoce i rzeczywistości. Znać szczere emocje pisarza świadome czy nie, niepodobna stwierdzić.

Summa summarum książka przednia, King wspiął się na wyżyny swoich możliwości pisarskich.

Znalezione obrazy dla zapytania: it pennywise 1986
Georgie, Georgie... the economy, stupid!

A co do sceny, która otwiera niniejszy wpis, to... cóż... Pennywise robi z Georgie’ego siekane kotlety z buraczkami. Pacholę nie ma najmniejszych szans w zetknięciu z nieziemskimi sztuczkami upiornego klauna.
 
Szans nie miał też inny Georgie w starciu z potężną bronią wykutą w ogniu Góry Przez... o, pardon, w sztabie Billa Clintona, która okazała się decydująca w wyścigu o fotel prezydenta Stanów Zjednoczonych AD 1992. A było nią hasło The economy, stupid, wymyślone przez Jamesa Carville’a, czołowego stratega w kampanii wyborczej Clintona.

Słówko economy okazało się skutecznym orężem, przyczyniając się do klęski Georgie’ego Busha. Niekiedy potrafi też przetrącić kark tłumaczom, gdy nie zachowają czujności i na chwilę opuszczą gardę. Zadania nie ułatwiają słowniki angielsko-polskie, które dość skromnie ukazują zakres znaczeniowy.

Jak podaje internetowy Free Dictionary, economy to także „an orderly, functional arrangement of parts; an organized system”. A zatem wcele niekoniecznie „ekonomi(k)a”, „gospodarka”, „oszczędność” czy „gospodarność”, lecz również — uwaga — „ład”, „porządek”, „system”, (przest.) „urządzenie”. A czasami wręcz „system (l. zasady) organizacji życia społecznego”, „ład społeczny”, „organizacja życia społecznego”, „państwowość”, „ład społeczno-polityczny”, „ustrój społeczny”.

Słownik Webstera podaje m.in. definicję „the system of arrangement or mode of operation or functioning of anything; organization” i podaje przykład the individual’s psychic economy, co po polsku można oddać jako „organizacja psychiczna jednostki”. Inna definicja z tegoż źródła: „the body of an animal or plant as an organized whole”, np. disorganizing wide segments of the body economy, gdzie body economy znaczy tyle co „ustrój”, czyli organizm zwierzęcy bądź roślinny, czy też „ustrój żywy”.

We wstępie do gruntownie zredagowanego tłumaczenia książki Darwina O powstawaniu gatunków (WUW, 2020) prof. January Weiner pisze (s. XIV):
Darwin bardzo często używa wyrażenia economy of nature i — rzadziej — polity of nature. Economy to gospodarka, polity możne znaczyć „ustrój” albo „państwo”, „system rządów”; chodzi zatem o „gospodarkę przyrody” lub „państwo przyrody”. 
Słowa mają to do siebie, że kryją zazwyczaj więcej niż jedno znaczenie, nieraz cały wachlarz. Polisemiczny wyraz economy oznacza nie tylko gospodarkę. A swoją drogą czemu nie wybrano np. „oszczędności (albo gospodarności) przyrody”, tylko uczepiono się akurat gospodarki? Równie dobrze (a może raczej: równie źle) można się było przecież zafiksować na innym znaczeniu.

W słynnym dziele Darwina rzeczony związek wyrazowy występuje kilkukrotnie. W tłumaczeniu Dicksteina i Nusbauma (Vis-à-vis Etiuda, Kraków 2020, s. 445, 454, 542, 548, 614) zawsze pojawia się nieszczęsna „gospodarka przyrody”, z wyjątkiem pierwszego wystąpienia, gdzie termin ten oddano równie niefortunnym ekwiwalentem „ekonomika przyrody” (s. 89). Nie pomogła w tym względzie rewizja przekładu dokonana przez Joannę Popiołek i Małgorzatę Yamazaki: panie, zapewne pod wpływem i nadzorem prof. Weinera, który napisał rzeczony wstęp, wszędzie powielały „gospodarkę przyrody” (WUW, s. 72, 104, 300, 308, 384, 389, 433), a nawet przerobiły na nią ekonomikę (s. 60).
 
A zatem cóż takiego oznacza w tym kontekście termin economy of nature? Darwin ma na myśli zwyczajnie „porządek przyrodniczy”, w przypadku zaś polity of nature — „ustrój przyrody”. To, że Dickstein i Nusbaum uparli się przy gospodarce, nie oznacza, że przy rewizji przekładu koniecznie musimy kopiować ich rozwiązanie translatorskie jako rzekomo kanoniczne i nienaruszalne, mimo że właśnie tym tłumaczom zawdzięczamy takie polskie terminy, jak „walka o byt” czy „dobór naturalny”.

Z economy w jeszcze innym znaczeniu można się zetknąć w kontekstach religijnych. Weźmy na przykład książkę The Desire of Ages**, napisaną pod koniec XIX wieku, w której czytamy (w nawiasach podaję numery stron):
  • The philosophers endeavored to study into the mystery of the Hebrew economy. (31)

  • But One greater than Moses lay in the priest’s arms; and when he enrolled the child’s name, he was enrolling the name of One who was the foundation of the whole Jewish economy. (42)

  • He who was the foundation of the ritual and economy of Israel would be looked upon as its enemy and destroyer. (88)

  • Since the whole ritual economy was symbolical of Christ, it had no value apart from Him. (136)

  • From the promise given to Adam, down through the patriarchal line and the legal economy, heaven’s glorious light made plain the footsteps of the Redeemer. (177)

  • Christ was the cornerstone of the Jewish economy, and of the whole plan of salvation. (521)

  • Christ was standing at the point of transition between two economies and their two great festivals. He, the spotless Lambof God, was about to present Himself as a sin offering, that Hewould thus bring to an end the system of types and ceremonies thatfor four thousand years had pointed to His death. (577)
W każdym z tych miejsc słowo economy oznacza „porządek (system) świątynny, ofiarny, ofiarniczy”, „służbę świątynną”, czyli wszystko to, w czym zamykał się całokształt czynności związanych ze składaniem ofiar w starożytnym Izraelu i co symbolicznie wskazywało na Mesjasza. Niestety, w polskim przekładzie niekoniecznie w każdym z  tych miejsc (prawdę mówiąc w rzadko którym) oddano ten termin jak należy. Możemy m.in. przeczytać o „dwóch ekonomiach” i „tajnikach hebrajskiej ekonomii”. The foundation of the whole Jewish economy przełożono jako „fundament wszystkich dziejów narodu izraelskiego”, co po redakcji w kolejnym wydaniu przybrało nie lepszą postać „fundament całej żydowskiej struktury”. Podobnemu the foundation of the ritual and economy of Israel nadano kształt „fundament religii i gospodarki Izraela”, co w kolejnym wydaniu przerobiono na równie niefortunny „fundament obrzędowości i struktury Izraela”.
 
U tej samej autorki w książce Patriarchs and Prophets*** znajdujemy kolejne zastosowanie tego słowa:
  • (1) The government of Israel was characterized by the most thorough organization, wonderful alike for its completeness and its simplicity. The order so strikingly displayed in the perfection and arrangement of all God’s created works was manifest in the Hebrew economy. God was the center of authority and government, the sovereign of Israel. Moses stood as their visible leader, by God’s appointment, to administer the laws in His name. (234)

  • (2) The work of the gospel, as it widens, requires greater provision to sustain it than was called for anciently; and this makes the law of tithes and offerings of even more urgent necessity now than under the Hebrew economy. (342)

  • (3) The provisions of the sabbatical year and the jubilee would, in a great measure, set right that which during the interval had gone wrong in the social and political economy of the nation. (346)

  • (4) In the Hebrew economy one tenth of the income of the people was set apart to support the public worship of God. (339)
W przykładach nr 1 i 2 economy oznacza mniej więcej tyle co „ład społeczny”, „porządek społeczny”, na upartego „ustrój” czy „państwowość”. W przykładzie nr 3 jest to „ład (l. porządek) społeczno-polityczny” lub „ład (porządek) społeczny i polityczny”.
 
Trudniejszy w interpretacji jest przykład nr 4. Spójrzmy jednak na kontekst. Otóż w rozdziale pojawiają się sformułowania: „But the tithing system did not originate with the Hebrews” i „The system of tithes and offerings was intended to (...)”, a także i szersze nieco sformułowanie „The contributions required of the Hebrews for religious and charitable purposes (...)”. O wsparciu ubogich mówi co prawda kolejny rozdział, ten jednak mimo wszystko obejmuje owe ofiary dla takowych. Jak więc zinterpretować i oddać pojawiające się słowo economy? Nie odnosi się ono wyraźnie do porządku (ładu) społecznego, rozdział mówi bowiem wyraźnie o darach składanych w świątyni w kontekście przede wszystkim darów dla Boga, nie dla biednych, choć dary te zarazem wsparcie potrzebujących obejmowały. Sensownym rozwiązaniem wydaje się zatem użycie sformułowań „system składania darów i ofiar” lub „system świątynny” — obu na tyle pojemnych, że pasują do niego zarówno dary i ofiary idące wyłącznie na cele rytualne, jak i dary i ofiary trafiające, przez świątynię, ostatecznie do ubogich. Polski przekład czasem chybia celu, gdy tłumacz fantazjuje, pisząc o „społecznym i politycznym życiu narodu” jako ekwiwalencie the social and political economy of the nation, lub łamie sobie kark, proponując „gospodarkę Hebrajczyków”, mającą odpowiadać wyrażeniu the Hebrew economy z przykładu nr 4.

Tyle na dzisiaj naszych tłumackich klęsk i śmiesznostek. Do następnego!

PS. Byłbym zapomniał: w znaczeniu religijnym oznacza też economy (za Websterem) „God’s plan or system for the government of the world”, czyli „plan”, od biedy „plan dla świata” (por. polskie „ekonomia zbawienia”, czyli plan zbawienia).

© Paweł Jarosław Kamiński 2021

___________________________

* Stephen King, It, Guild Publishing, London–New York–Sydney–Toronto 1989, s. 20–22.
** Ellen G. White, The Desire of Ages, The Stanborough Press, Grantham 1971.
*** Ellen G. White, Patriarchs and Prophets, Better Living Publications, Silver Spring 2005.

niedziela, 9 września 2018

Uwaga, rodzice! Sekty

Poddając ostatnio dysekcji słówko cult, stwierdziliśmy, że pośród jego znaczeń znajduje się także sekta. Dziś temat sekciarstwa pociągniemy.

David Koresh
David Koresh ― mesjasz flambée

Zacznijmy od końca, czyli od znaczenia sekty z religią nie związanego. U Doroszewskiego czytamy: grupa izolująca się od ogółu. Definicję słownikową okraszono cytatem z Żeromskiego: Nie wiem, jakiej literackiej modzie hołdował Dygasiński, nie wiem (...) czy w ogóle należał do jakiej szkoły, grupy, czy sekty pisarskiej, wiem tylko, że był niezwykłym pisarzem, a także Krasickiego: Dostało mu się mieszkać w domu Nearcha, filozofa sekty Pitagory.

Z kolei świetnie pomyślany Inny słownik języka polskiego Bańki sektę niereligijną definiuje i ilustruje następująco: sektą nazywamy grupę ludzi stanowiącą odłam wśród wyznawców jakiejś ideologii: Marksiści polscy w latach 20. stanowili małą sektę i były to resztki starego, ortodoksyjnego socjalizmu.

W tym znaczeniu polskiemu sekta odpowiada, jak pisałem, angielskie cult (w znaczeniu: an exclusive group of persons sharing an esoteric, usually artistic or intellectual interest), ale nie tylko, bo także inkryminowane sect, którego jedno ze znaczeń to: a party or faction (The New Penguin English Dictionary), czyli nawet odłam, stronnictwo, frakcja, niekoniecznie o profilu religijnym.

Podstawowym znaczeniem polskiego słowa sekta jest jednak odłam religijny, wyznaniowy. Słowniki przy tym nie dodają ważnej informacji, że w takim znaczeniu, o wydźwięku neutralnym, używa się go rzadziej niż częściej, i to przeważnie w kontekście historycznym. Na co dzień bowiem stosuje się je pejoratywnie: określamy nim skrajne, destrukcyjne ugrupowanie religijne, którego członkowie ślepo słuchają manipulującego nimi charyzmatycznego guru, izolują się od reszty społeczeństwa, nierzadko dopuszczają się nadużyć seksualnych, w imię wyznawanych idei gotowi są popełnić samobójstwo czy zabójstwo etc. Wiadomo, o co chodzi. Niektóre wokabularze jednak o ujemnym wydźwięku sekty przebąkują, np. Słownik współczesnego języka polskiego oficyny Wilga (Warszawa 1996), gdzie, poza znaczeniem podstawowym: grupa wyznaniowa (zazwyczaj niezbyt liczna), która oderwała się od jakiejś religii, kościoła i przyjęła własne podstawy wiary oraz zasady organizacyjne; odłam wyznaniowy jakiejś religii, znajdujemy definicję: z niechęcią o grupie społecznej silnie izolującej się od ogółu.

Amisze, oczywista, nie wchodzą w rachubę, bo choć żyją w odseparowanych wspólnotach, niepodobna zarzucić im ekstremizm czy pranie mózgu. Idzie natomiast o takie ugrupowania, jak Gałąź Dawidowa pod przewodem rozpasanego seksualnie Davida Koresha (o głośnej masakrze w Waco opowiada utwór Davidian zespołu Machine Head), samobójcza Świątynia Ludu pod wodzą wielebnego Jima Jonesa czy kometarne Wrota Niebios. Mamy też przykład ― a co! albo my to jacy gorsi? sroceśmy wypadli spod ogona? ― z naszego polskiego podwórka: sekta Niebo z podlubartowskiego Majdanu Kozłowieckiego, którą zawiadywał Kacmajor.

Do kategorii tej można by też zaliczyć ismailitów nizaryckich, vulgo: asasynów, którzy, fanatycznie oddani swemu przywódcy, uciekali się do skrytobójstwa. Warto w tym miejscu dodać, że mit o rzekomym odurzaniu się przez nizarytów narkotykami rozwiewa przekonująco i obszernie Jerzy Hauziński w książce Asasyni. Legendarni zabójcy w czasach krucjat (Poznań 2016, s. 121-141). Odurzenie haszyszem ― dorzuca Łukasz Kamieński w Farmakologizacji wojny ― prowadzi najczęściej do zamroczenia, osłabia agresję i relaksuje, co nie ułatwia wykonywania tak poważnego i precyzyjnego zadania, jakim jest skrytobójcze morderstwo (za: M. Morys-Twarowski, Haszyszem i sztyletem, w: Focus. Historia Ekstra, 1/2017, s. 37).

Na tym nie koniec. Słowniki nie podają też, że terminem sekta złośliwie określa się członków Kościołów mniejszościowych. Należysz do Kościoła dominującego i masz chętkę przysolić innowierczemu dyskutantowi odmiennie interpretującemu Biblię? Nazwij go sekciarzem. Pragniesz przeszkodzić w działalności ewangelizacyjnej dajmy na to Kościoła baptystów, bo twoje owieczki zaczynają do niego lgnąć? Obrzuć go z ambony błotem, przypinając łatkę sekty. Powtórzmy: w praktyce, czego słowniki na ogół nie odnotowują, jedna z definicji sekty brzmi: pogardliwie o ugrupowaniu religijnym lub Kościele mniejszościowym. Tendencyjna, ale jakże prawdziwie oddająca polskie realia informacja pojawia się w publikacji Wieża Babel. Słownik wyrazów obcych Radosława Pawelca (Wydawnictwo Szkolne PWN, Warszawa 1999): słowo sekta często występuje z zabarwieniem negatywnym, ponieważ działalność sekt jest potępiana przez Kościół i wiele osób (podkr. ode mnie).

W Oxford Advanced Learner’s Dictionary (2000) figuruje jedno, zasadnicze znaczenie rzeczownika sect, bo takie właśnie funkcjonuje w angielszczyźnie w przeważającej liczbie kontekstów: a small group of people who belong to a particular religion but who have some beliefs or practices which separate them from the rest of the group. Podobnie jest w Collins Cobuild Advanced Dictionary (2009), przy czym tutaj dochodzi jeszcze znaczenie frakcji politycznej: a sect is a group of people that has separated from a larger group and has a particular set of religious or political beliefs.

Ergo: z angielskim sect sprawa ma się następująco: Główne znaczenia to: 1) odłam wyznaniowy, religijny, stronnictwo religijne, stowarzyszenie religijne, ugrupowanie religijne, czy wręcz: wyznanie, konfesja; 2) odłam, frakcja, stronnictwo o charakterze niereligijnym. W znaczeniu: odłam religijny o charakterze destrukcyjnym używa się słowa sect rzadziej, toteż należy się wystrzegać odruchowego kalkowania ― zamiast tego trzeba każdorazowo bacznie wejrzeć w kontekst.

Co na to Dan Brown?


Ujmijmy rzecz jeszcze inaczej: Anglosasi bardzo często używają słowa sect neutralnie, exemplum książka Dana Browna Kod Leonarda da Vinci. W pierwszym rozdziale Robert Langdon przed prelekcją w Paryżu zostaje zgromadzonej publiczności zaprezentowany następująco (The Da Vinci Code, Corgi Books, Londyn 2004, s. 23):
Ladies and gentlemen... the hostess had announced to a full house at the American University of Paris’s Pavillon Dauphine, Our guest tonight needs no introduction. He is the author of numerous books: The Symbology of Secret Sects, The Art of the Illuminati, The Lost Language of Ideograms, and when I say he wrote the book on Religious Iconology, I mean that quite literally. Many of you use his textbook in class.
Zastosowane w tytule pierwszej z książek sect oznacza stowarzyszenie, nawet niekoniecznie religijne. Nie ma co doszukiwać się na siłę sekciarstwa, sekta bowiem bez wyraźnie neutralnego kontekstu historycznego kojarzy się źle. Niestety, tłumacz Kodu... w tym miejscu się wyłożył, dając Symbolikę tajnych sekt. Można by bronić interpretacji, że sekta nie jest tu błędem, wszak książka Langdona traktuje prawdopodobnie o symbolice ugrupowań na przestrzeni wieków, a zatem przedstawia ją z perspektywy historycznej. Z drugiej jednak strony znacznie lepiej by pasowało nienacechowane stowarzyszenie czy bractwo, tym bardziej że nie wiemy, czy w opracowaniu tym aby na pewno idzie o przekrój historyczny. Dodatkowo sect występuje bez przydawki, która by ujednoznaczniała jej negatywny charakter ― samo secret przecież nie spełnia tej funkcji.

Egzemplarz książki Browna, którym dysponuję (Wydawnictwo Sonia Draga & Wydawnictwo Albatros A. Kuryłowicz, KatowiceWarszawa 2006), świadczy o znakomitej robocie fachowców: piękna okładka w obwolucie, przyjemne dla oka celowo żółtawe kartki, tasiemka pełniąca rolę zakładki. Cymesik. Co jednak nie rekompensuje uchybień tłumacza. Ślicznie wydana, choć w sumie mierna powieść. Przewrotnie i sprytnie napisana, acz niekoniecznie przyzwoicie przełożona.

Ostatnia wieczerza
Dowód Teabinga

Tu mała dygresja na  temat samego Kodu... O ile niejeden pisarz nieraz zmienia w swym utworze fakty, o tyle u Browna, po pierwsze: zagęszczenie tych przeinaczeń na centymetrze kwadratowym powieści jest niesłychane (bujda na bujdzie bujdą pogania), po drugie: mają one dla fabuły charakter fundamentalny ― gdyby nie misterna sieć ich powiązań, intryga posypałaby się jak domek z kart. Mamy tu m.in. fantasmagoryczną, alternatywną wersję wczesnego chrześcijaństwa opartą na nie mniej odjechanej wizji życia Jezusa. Obecne na kartach powieści konfabulacje z zakresu historii powszechnej i dziejów Kościoła, a także biblistyki, teologii i językoznawstwa wyliczyli tudzież omówili ze znajomością rzeczy chociażby:
  • Josh McDowell: W poszukiwaniu odpowiedzi. Kod Leonarda da Vinci (Ruch Nowego Życia, KatowiceWarszawa 2006);
  • Alfred Palla: Kod Leonarda da Vinci. Fakt czy fikcja? (Betezda, Rybnik 2005).
Wróćmy jednak do tematu. Już na samym wstępie Brown używa słowa sect, pisząc (s. 15):
The Vatican prelature known as Opus Dei is a deeply devout Catholic sect that has been topic of recent controversy due to reports of brainwashing, coercion, and a dangerous practice known as corporal mortification.
W tym kontekście, na co wskazuje wyraz devout, rzeczownik sect znaczy tyle co: stronnictwo, ugrupowanie, bractwo, towarzystwo (por. Towarzystwo Jezusowe), związek, zrzeszenie. Autorowi idzie nie tyle o sekciarstwo Opus Dei, ile co najwyżej o występujące w jego łonie nadużycia.

Mam nieodparte wrażenie, że tym razem tłumacz się nie tyle przyłożył, co miał farta. Że fuksem trafił w dziesiątkę, proponując stowarzyszenie. Niewesoła to konstatacja, fach translatorski bowiem jakoś niekoniecznie polega na niefrasobliwym strzelaniu na chybił-trafił, raczej na dokonywaniu świadomych wyborów opartych na rzetelnej analizie kontekstu. Nieco więcej na temat niedoróbek tłumacza Kodu... mam nadzieję napisać jeszcze w przyszłości.

Tarapaty w Karpatach


Interesujący przypadek, z równie fantastycznych rewirów co rojenia Browna, spotykamy w powieści Twierdza F. Paula Wilsona. Słowo sect pojawia się w kontekście, w którym można je oddać jako zarówno sekta (tak zresztą postąpił tłumacz Piotr W. Cholewa — ten od cyberpunkowej Trylogii ciągu Gibsona i prześmiewczego cyklu Świat Dysku Pratchetta), jak i ugrupowanie religijne:
The Glaeken were a fanatical sect that started as an arm of the Church in the Dark Ages. Its members enforced orthodoxy and were answerable only to the Pope at first; after a while, however, they became a law unto themselves. They sought to infiltrate all the seats of power, to bring all the royal families under their control in order to place the world under a single power—one religion, one rule.
W ekwiwalencie fanatyczna sekta rzeczownik sekta oznaczałby neutralnie postrzegane ugrupowanie religijne, a dopiero przymiotnik fanatyczny stanowiłby doprecyzowanie fizjonomii takiego stowarzyszenia, w przeciwnym razie kolokacja fanatyczna sekta pachniałaby pleonazmem (sekta w znaczeniu negatywnym jest fanatyczna już z samej definicji). Kontekst historyczny, wszystko się zgadza.

Równie dobrze jednak we fragmencie tym można, aby uniknąć posądzenia o masło maślane, napisać: fanatyczne ugrupowanie religijne, gdyż sekta w znaczeniu neutralnym występuje w polszczyźnie niezbyt często. To rozwiązanie uważam za najsłabsze, bo równa w dół: wychodzi naprzeciw osobom mało oczytanym, nieświadomym, że sekta ma w polszczyźnie nie tylko znaczenie pejoratywne.

Wreszcie, można by w przekładzie dać samo sekta, pozbawione przymiotnika, bo przecież fanatical sect to dla przeciętnego Anglosasa właściwie to samo co sekta w uszach przeciętnego Polaka.

*******

Ostrożności nigdy za wiele. Strzeżcie się podstępnych sect!

© by Paweł Jarosław Kamiński 2018