Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Groza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Groza. Pokaż wszystkie posty

środa, 9 sierpnia 2023

H.P. Lovecraft ― OGAR

Utwór, w którym po raz pierwszy pojawia się mroczna księga Necronomicon. Czy Ogar napisany został jako pastisz, na co mogłyby wskazywać pewne zabiegi stylistyczne? Tak czy inaczej zapraszam do lektury Psa Baskerville’ów z pieprzem (lub jak kto woli: w wersji hardcore). Podobnie jak w przypadku wcześniejszego o kilka lat opowiadania Dagon narrator nie jest pewien własnych zmysłów i podobnie jak tam szuka zapomnienia w... zresztą zobaczcie sami.



OGAR

I

W skołatanych uszach bez ustanku słyszę koszmarny furkot i łopot i nikłe ujadanie z dali jakby olbrzymiego ogara. Nie jest to sen, ba, nie jest też, obawiam się, obłąkanie: zbyt wiele już się wydarzyło, żebym się bałamucić miał takimi nadziejami. Z St. Johna został aby zmasakrowany zewłok; ja jeden znam przyczynę i palnę sobie przez tę wiedzę w łeb, bojąc się, że i mnie spotka to samo. Bezkresem mrocznych korytarzy niesamowitej wyobraźni wmyka się czarna plazma Nemezys, wiodącej mnie w samozatratę.

Oby niebiosa wybaczyły głupotę i chorobliwą fascynację śmiercią, które nam obu zgotowały tak potworną dolę! Zblazowani szarzyzną banalnego świata, gdzie rychło powszednieje nawet radość romansu i przygody, z zapałem śledziliśmy z St. Johnem każdy estetyczny i intelektualny nurt obiecujący odskocznię od trawiącej nas nudy. Zagadki symbolistów, ekstazy prerafaelitów — wszystkichśmy w ich czasie zaznali, lecz każdy nowy prąd nader się szybko wypłukiwał ze sprawiających uciechę świeżości i uroku. Dłużej zatrzymać nas mogła aby mroczna filozofia dekadentów, siłę której odkryliśmy li tylko w pogłębianiu jej diabolicznych otchłani. Baudelaire i Huysmans szybko nas przestali roznamiętniać, aż zostały same bezpośredniejsze podniety przeciwnych naturze osobistych doznań i przygód. I właśnie ta straszna potrzeba emocjonalna koniec końcem powiodła nas obrzydłą ścieżką, którą nawet teraz, w trwodze, wspominam ze wstydem i nieśmiało: na okropny szczyt bezeceństwa: w szkaradny proceder łupienia grobów.

Nie potrafię wyjawić w szczegółach naszych szokujących wypraw ani bodaj po części wymienić najpaskudniejszych trofeów zdobiących nieopisanie ohydne muzeum, które urządziliśmy w wielkim domu z kamienia, gdzieśmy mieszkali sami i bez służby. Muzeum było bluźnierczym, nieprawdopodobnym miejscem, w którym, dla pobudzenia wynudzonych zmysłów, z satanicznym smakiem neurotycznych koneserów zgromadziliśmy wionące grozą świadectwa zepsucia. Głęboko pod ziemią urządziliśmy to kryjome pomieszczenie, gdzie z wyszczerzonych paszcz potężnych, odrobionych w bazalcie i onyksie skrzydlatych demonów bluzgało nieziemskie zielone i pomarańczowe światło, a skryte rury pneumatyczne marszczyły kontury rzuconej na czarne, sute kotary czerwieni trupiego korowodu, wprawiając go w kalejdoskopiczne tańce śmierci. Z rur ziały wonie, którychśmy, podług nastroju, najbardziej zapragnęli: już to odór bladych lilii cmentarnych, już to narkotyczne aromaty imaginowanych wschodnich świątyń, gdzie spoczywają martwi króle, już to — jakże się wzdrygam na to wspomnienie! — straszliwe, targające jestestwem fetory rozkopanej mogiły.

Pod ścianami wstrętnego pomieszczenia stały gabloty ze starożytnymi mumiami, ułożonymi na przemian z pięknymi, doskonale wedle prawideł sztuki spreparowanymi ciałami, które wyglądały jak żywe, oraz z kamieniami nagrobnymi, wykradzionymi z najstarszych cmentarzów świata. W nyżach miejscami leżały czaszki wszelkich kształtów i głowy zachowane w różnym stanie rozkładu. Były również gnijące, łyse czerepy sławnych arystokratów tudzież świeże, lśniące złociście łebki tylko co grzebanych dzieci. Do tego posągi i malowidła, wszystkie o tematyce diabolicznej, co poniektóre naszego autorstwa. Zamykana na klucz teka, oprawna w ciemną człowieczą skórę, zawierała nieznane, niewymowne ryciny, które sporządził ponoć sam Goya, nie śmiał jednak się do nich przyznać. Mieliśmy także mdlące instrumenty muzyczne — strunowe, blaszane i drewniane — z których niekiedy dobywaliśmy wybornie ponure i upiornie demoniczne dysonanse; nadto bezlik inkrustowanych kabinetów z hebanu, kryjących arcyniewiarygodną i niewyobrażalną rozmaitość grobowych łupów, naznoszonych wskutek ludzkiego obłędu i wynaturzenia. Nie mogę mówić zwłaszcza o tych ostatnich zdobyczach: dzięki Bogu odważyłem się je unicestwić na długo przed tym, nim pomyślałem o uczynieniu tegoż z sobą.

Grabieżcze eskapady, na których zbieraliśmy zakazane skarby, były zawsze niezatartymi wydarzeniami artystycznymi. Nie liczyliśmy się do pospolitych hien cmentarnych: rabowaliśmy aby w konkretnych warunkach, zakreślonych usposobieniem, pejzażem, otoczeniem, pogodą, porą i światłem księżyca. Że rozrywki takie były dla nas najwykwintniejszą formą estetycznej ekspresji, przetośmy dbali o detale z wszystką pieczołowitością. Pora dnia nie ta, irytujący efekt świetlny albo niezręczne rozgrzebywanie wilgotnej darni omal całkiem zniweczyłyby ekstatyczną podnietę, która nas ogarniała po wydarciu ziemi tego czy innego sekretu wykrzywionego w złowieszczym grymasie. Poszukiwaniom nowych scenerii, jak też emocjonujących okoliczności towarzyszyły gorączka i nienasycenie: prym nieodmienne miał St. John i to on powiódł nas w końcu ku temu zatraconemu miejscu, co sobie z nas zadrwiło, gotując obu okropny, nieunikniony los.

Jakie złowrogie fatum nas zmamiło na ów potworny cmentarz w Holandii? Bodajże mroczna pogłoska i legendy o pochowanym przed pięcioma wiekami człeku, który w swym czasie także łupił był trupy i wykradł z potężnego grobowca przedmiot o wielkiej mocy. Przypominam sobie ostatnie chwile tamtej sceny: zbladły jesienny księżyc ponad grobami, rzucający smugi budzących grozę cieniów; groteskowe drzewa zwieszające sępnie gałęzie ku zapuszczonej trawie i kruszejącym płytom; nad wyraz duże nietoperze, rojące się na tle księżyca; stary, obluszczony kościół, monstrualnym, widmowym paluchem godzący w zsiniałe niebo; fosforyczne owady, których pląsy w odległym rogu pod cisami przypominały błędne ogniki; zapachy ziemi, roślinności i mniej znajomych rzeczy mieszające się po trosze z nocnym wiatrem znad odległych mokradeł i mórz; i najgorsze z wszystkiego — nikłe, basowe ujadanie olbrzymiego ogara, któregośmy ani widzieli, ani potrafili umiejscowić. Wzdrygnęliśmy się na ten odgłos, przywołując na pamięć opowieści wieśniaków, osobnik bowiem, którego szukaliśmy, został kilkaset lat temu znaleziony w tymże miejscu rozszarpany i zmasakrowany pazurami i kłami nieopisanej bestii.

Pomnę, jakeśmy ryli szpadlami grób tej hieny, podekscytowani widokiem siebie samych, mogiły, zbladłego, przypatrującego się księżyca, budzących grozę cieniów, groteskowych drzew, ogromnych nietoperzów, starego kościoła, pląsających błędnych ogników, wymiotnych woni, jęczącego z lekka nocnego wiatru, a również niezwykłego, na wpół słyszalnego ujadania nie wiedzieć skąd, realność którego trudno było nam obiektywnie uznać. Po pewnym czasie natrafiliśmy na materiał twardszy od wilgotnej gleby i ujrzeli butwiejącą prostokątną skrzynię, pokrytą narostami minerałów od leżenia długo w nietkniętej ziemi. Trumna była niewiarygodnie mocna i gruba, jednakowoż tak stara, że w końcuśmy podważyli wieko i sycili zawartością wzrok.


Dużo, zdumiewająco dużo zostało w środku mimo upływu pięciu stuleci. Szkielet, acz tu i ówdzie zgruchotany szczękami czegoś, co przyprawiło o zgon, trzymał się razem z zaskakującą mocą, tedy napawaliśmy się obranym do białości czerepem, długimi silnymi zębami, pozbawionymi gałek orbitami, w których ongiś pałała ta sama tanatyczna pasja co w naszych. W trumnie spoczywał amulet o dziwnym, egzotycznym wzorze, noszony zapewno na szyi nieboszczyka. Była to konwencjonalna, a zarazem osobliwa podobizna sprężonego do skoku ogara ze skrzydłami czy też sfinksa o na poły psim pysku, kunsztownie odrobiona na starożytną orientalną modłę, z niewielkiego zielonego jadeitu. Fizys istoty była do reszty odpychającą, tchnącą śmiercią, bestialstwem i wrogością. Naokół wyrżnięto znaki, których ani ja, ani St. John nie mogliśmy rozeznać, na dole zaś, na podobę gmerku, widniała groteskowa, przeraźliwa czaszka.

Skoro ujrzeliśmy amulet, od razuśmy wiedzieli, że musimy go posiąść — że oto nasza należność ze starej mogiły. Choćbyśmy nawet w zarysach talizmanu nie znali, i tak byśmy go pożądali, lecz kiedy przyjrzeliśmy się bliżej, okazało się, że nie jest nam zgoła obcym. Obcym w rzeczy samej był wszelkiej sztuce tudzież literaturze wiadomej zrównoważonym, trzeźwym czytelnikom, my wszakże rozpoznaliśmy w nim przedmiot wspomniany w zakazanym Necronomiconie obłąkanego Araba Abdula Alhazreda: upiorny duchowy symbol trupożernej sekty z niedosiężnego Leng w Azji Środkowej. Aż nazbyt dobrze wychwyciliśmy złowrogie rysy opisane przez arabskiego demonologa starożytnej doby; rysy, jak pisał, zaczerpnięte z tajemniczego, nadprzyrodzonego uobecniania się duchowych istnień, co dręczą i nękają zmarłych. 

Łapiąc zielony jadeit, objęliśmy po raz ostatni spojrzeniem bielejącą się twarz nieboszczyka o pustych oczodołach i zasypali grób tak, jak go zastaliśmy. Kiedy naprędce, ze skradzionym amuletem w kieszeni St. Johna, opuszczaliśmy to szkaradne miejsce, nietoperze zdawały się opadać hurmą ku ziemi, którą dopiero cośmy ograbili, jak gdyby szukały jakiej przeklętej, bluźnierczej pastwy. Lecz księżyc jesienny świecił słabo a blado, toteż pewniśmy nie byli. Podobnież nazajutrz płynąc z Holandii do domu, mieliśmy wrażenie, że słyszymy z dali nikłe ujadanie olbrzymiego ogara. Lecz powiew jesienny jęczał smętno a wątło, toteż pewniśmy nie byli.


II

Nie dalej jak tydzień po powrocie do Anglii wydarzać się zaczęły dziwne rzeczy. Że wiedliśmy pustelniczy żywot — bez przyjaciół, w osobności, bez służby w nielicznych pomieszczeniach prastarej posiadłości na smętnych, nie uczęszczanych wrzosowiskach — mir z rzadka mącili nam kołaczący do drzwi goście. Teraz wszelako niepokoiło nas częste skrobanie nie skrobanie nocną porą zarówno przy drzwiach, jak oknach, i nie tylko na parterze. Raz jawił się nam jak gdyby duży, nieprzejrzysty kształt, co zaćmił okno biblioteki, skoro na nie padał księżyc; kiedy indziej znowuż jakbyśmy słyszeli furkot czy łopot opodal. Za każdym razem zbadanie sprawy nic nie wykazało, jęliśmy tedy przypisywać te zdarzenia zgoła fantazji — tej samej osobliwie spaczonej fantazji, co wciąż karmiła nasze uszy nikłym ujadaniem z dali, które wydawało się, żeśmy słyszeli na holenderskim cmentarzu. Jadeitowy amulet leżał teraz w jednej z nyż naszego muzeum; czasem spalaliśmy przed nim świece o rzadkich woniach. W Necronomiconie Alhazreda znaleźliśmy dużo na temat właściwości talizmanu, jak też związku dusz łupieżców grobów z tym, co takowy wyobrażał; przejęło nas trwogą, cośmy tam wyczytali. Potem nastał koszmar.

Nocą dwudziestego czwartego września tysiąc dziewięćset... roku dobiegło mnie pukanie do drzwi pokoju. Sądząc, że to St. John, poprosiłem go do środka, lecz w odpowiedzi dał się słyszeć świdrujący chichot. Na korytarzu nie było nikogo. Kiedy zbudziłem St. Johna, utrzymywał, że nic mu na ten temat nie wiadomo, i strapił się nie mniej niż ja. Tej nocy nikłe ujadanie z daleka, niosące się nad wrzosowiskiem, stało się dla nas niechybną a przerażającą rzeczywistością. Cztery dni później, gdyśmy obaj przebywali w sekretnym muzeum, usłyszeliśmy ciche, ostrożne skrobanie u pojedynczych drzwi klatki schodowej wiodącej do skrytej biblioteki. Wpadliśmy w popłoch z dwu powodów, oprócz bowiem strachu przed nieznanym zawsześmy się lękali, czy aby kto nie odkryje naszych makabrycznych zbiorów. Pogasiwszy wszystkie światła, podeszliśmy do drzwi i otworzyli je raptownym szarpnięciem, za czym uczuliśmy niewytłumaczony wiew i posłyszeli jakby oddalające się osobliwe odgłosy, przypominające szurgot, chichot i szwargolenie. Czyśmy obłąkani, we śnie, czy przy zdrowych zmysłach, nie próbowaliśmy ustalić. Świadomi byliśmy aby tego — i wiązaliśmy z tym najczarniejsze obawy — że jawnie bezcielesny szwargot to, ani wątpić, język holenderski!

Po tym zdarzeniu żyliśmy w tężejącej trwodze i fascynacji. Przeważnieśmy rachowali, że obydwaj zapadamy w obłęd wskutek życia pełnego nienaturalnych podniet, czasem wszakże lubiliśmy dramatyzować, jakobyśmy byli ofiarami dościgającego nas wreszcie potwornego losu. Przedziwnych uobecnień nie dało się już zliczyć. W odosobnionym naszym domu najwyraźniej dawała znać o sobie jaka perfidna istota, której natury nie umieliśmy odgadnąć, demoniczne ujadanie zaś noc w noc przetaczało się nad targanymi wiatrem wrzosowiskami, za każdy raz głośniejsze. Dwudziestego dziewiątego października na miękkiej ziemi pod oknem biblioteki dostrzegliśmy szereg śladów wręcz nie do opisania. Były równie zagadkowe jak hordy wielkich nietoperzów, co nawiedzały starą naszą posiadłość w niebywałej i rosnącej liczbie.


Zgroza sięgnęła zenitu, skoro osiemnastego listopada St. John w trakcie powrotu po zmroku do domu z odległej stacji kolejowej, chwycony przez co straszliwego i krwiożerczego, został rozdarty na sztuki. Wrzaski dobiegły domu, przeto pospieszyłem na to przeraźliwe miejsce, ale zdążyłem jedynie usłyszeć furkot skrzydeł i zobaczyć niewyraźną czarną sylwetkę czegoś na tle wschodzącego księżyca. Druh mój dogorywał, gdy do niego przemówiłem, i nie mógł zbornie odpowiedzieć. Zdołał aby wyszeptać: „Przeklęty amulet...”. Po czym skonał — bezwładna masa zmasakrowanego ciała.

Pochowałem go o północy nazajutrz w jednym z naszych zapuszczonych ogrodów i wymamrotałem nad zewłokiem jeden z diabelskich rytuałów, które uwielbiał za życia. Wymawiając ostatnie demoniczne zdanie, usłyszałem w dali na wrzosowiskach nikłe ujadanie olbrzymiego ogara. Miesiąc stał wysoko, ale nie śmiałem nań spojrzeć. A zobaczywszy na słabo oświetlonych wrzosowiskach rozległy mętny cień, co przemykał się od pagórka do pagórka, zawarłem oczy i padłem twarzą ku ziemi. Kiedym wstał, dygocąc na ciele — nie wiem, po jakim czasie — dowlokłem się do domu i złożyłem szokujący pokłon przed zamkniętym w nyży amuletem z zielonego jadeitu.

Jako że bałem się mieszkać teraz sam w wiekowym domu na wrzosowisku, wyjechałem następnego dnia do Londynu, biorąc z sobą amulet i unicestwiwszy ogniem i szpadlem resztę bezbożnych zbiorów muzealnych. Lecz oto po trzech nocach znów usłyszałem ujadanie, a nim upłynął tydzień, po zmierzchu stale odczuwałem na sobie dziwny wzrok. Jednego wieczora, kiedy dla zaczerpnięcia świeżego powietrza spacerowałem po Victoria Embankment, ujrzałem czarny kształt przesłaniający odbicie latarń w wodzie. Skoro zawiał podmuch silniejszy od nocnego wiatru, wiedziałem, że co dopadło było St. Johna, dopadnie wnet i mnie.

Nazajutrz starannie zawinąłem zielony jadeitowy amulet i popłynąłem do Holandii. Jakąż łaskę mogłem uzyskać przez zwrócenie tego przedmiotu do jego cichego, śpiącego właściciela, nie umiałem stwierdzić, czułem wszelako, że muszę bodaj spróbować każdego możliwego kroku dyktowanego logiką. Czym ogar był i czemu mnie prześladował, pozostawało nadal bez odpowiedzi; lecz po raz pierwszy usłyszałem ujadanie na owym starym cmentarzu i każde potem wydarzenie, w tym szept dogorywającego St. Johna, łączyło klątwę z kradzieżą amuletu. Toteż odkrywszy w karczmie rotterdamskiej, że rabusie obrali mnie z owego jedynego środka ocalenia, wpadłem w najgłębsze otchłanie rozpaczy.

Donośne było tego wieczora ujadanie, a rankiem przeczytałem o nieopisanie ohydnym występku w najpodlejszej dzielnicy miasta. Motłoch się przeraził, bo na owianą niesławą kamienicę spadła czerwona śmierć, która przerastała najpotworniejszą zbrodnię w okolicy. W parszywej melinie wszystką rodzinę rozszarpało coś nieznanego, co nie zostawiło śladu, a sąsiedzi jak noc długa słyszeli przebijający się przez regularną pijacką wrzawę nikły, głęboki, natarczywy głos jakby olbrzymiego ogara.

Koniec końcem znowum tedy stanął na obmierzłym cmentarzu, gdzie zbladły zimowy księżyc rzucał okropne cienie, bezlistne drzewa zwieszały się sępnie ku zwarzonej szronem trawie i kruszejącym płytom, obluszczony kościół godził w nieprzyjazne niebo szyderczym paluchem, a nocny wiatr maniacko wył znad zmrożonych mokradeł i lodowatych mórz. Ujadanie było teraz nader nikłe, a ucichło całkiem, gdy zbliżyłem się do wiekowej mogiły, którą byłem zbezcześcił, i odpędziłem niespotykanie mnogą hordę nietoperzów, z zaciekawieniem krążących dokoła.

Nie wiem, czemu się tam udałem, jedynie może gwoli pomodlenia się bądź wybełgotania szaleńczych próśb i przeprosin pod adresem spokojnego, bielejącego czegoś, co było w środku; niezależnie jednak od pobudek natarłem na wpół zamarzniętą darń z desperacją po części własną, po części owej nadrzędnej woli poza mną. Kopanie szło dużo lżej, aniżelim rachował, acz w pewnej chwili powstała przedziwna pauza, kiedy to wychudzony sęp, sfrunąwszy pędem z zimnego nieba, jął dziobać zapamiętale mogilną ziemię, aż go ubiłem ciosem szpadla. Nareszcie dotarłem do butwiejącej prostokątnej trumny i odwaliłem wilgotne, obrosłe minerałami wieko. Co też było ostatnim moim racjonalnym czynem.

Oto bowiem skulone w starej trumnie, otulone ciasno koszmarną świtą żylastych, śpiących nietoperzysk, spoczywało kościste coś, co do społu z moim druhem złupiliśmy byli: teraz już nie bielejące ani spokojne, jakim wtenczas je widzieliśmy, ale okryte zestalonymi drobinkami krwi, jak też strzępami cudzego ciała i włosów: łypało na mnie rozumnie fosforycznymi orbitami i szczerzyło w krzywym uśmiechu ostre, skrwawione kły, drwiąc z mego nieuniknionego losu. A kiedy z rozdziawionych szczęk dobiegło głębokie, sardoniczne ujadanie jakby olbrzymiego ogara i ujrzałem, że w zbroczonym, plugawym pazurze dzierży toto utracony fatalny amulet z zielonego jadeitu, zgołam wrzasnął i pierzchł jak półgłówek, krzyki zaś moje przeszły zaraz w wybuch histerycznego śmiechu.

Szaleństwo cwałujące na gwiezdnym wietrze... pazury i kły przez wieki wecowane na zewłokach... śmierć sącząca się śród bachanckich baletów nietoperzów z czarnych jak noc zwalisk pogrzebanych pod ziemią chramów Beliala... Teraz, gdy ujadanie martwej, bezcielesnej potworności narasta, a ukradkowy furkot i łopot zatraconych błoniastych skrzydeł zatacza coraz bliższe kręgi, oto w rewolwerze znajdę zapomnienie, jedyną ucieczkę przed bezimiennym a nienazwanym.



Howard Phillips Lovecraft, 1922

Z angielskiego przełożył
Paweł Jarosław Kamiński

Tłumacz pragnie złożyć serdeczne podziękowania
Panu Janowi Sofińskiemu
za cenne 
krytyczne uwagi do przekładu


© Paweł Jarosław Kamiński 09.08.2023 (aktualizacja: 06.08.2025)


poniedziałek, 6 czerwca 2022

VADER ― Sothis

Dla jednych nazwa własna „Vader” kojarzyć się będzie nieodmiennie z uniwersum Gwiezdnych wojen. Nie dla mnie.

Z muzyką olsztyńskiej formacji zetknąłem się po raz pierwszy około 1995 roku. Prezentowała death metal światowej klasy, przyćmiewając nawet niektóre wykwity takich tuzów, jak Morbid Angel, Deicide czy Cannibal Corpse, a zarazem czerpiąc z dorobku niektórych z nich (głównie pierwszego). Vader grał techniczny, a jednocześnie do pewnego stopnia atmosferyczny death metal, przy czym warto zaznaczyć, że atmosferę tworzyły nie klawisze, lecz rzężące gitary, których wizgi przyprawiały o gęsią skórkę. Dla kilkunastoletniego chłopaka słuchanie Vadera było przeżyciem na poły mistycznym.

Po świetnej płycie The Ultimate Incantation wyszła epka Sothis, która okładką, tekstami („Hymn to the Ancient Ones”) i tytułami utworów („R’lyeh”) ewokowała obrazy z utworów Lovecrafta. Ba, pamiętam, że w liceum nosiłem dumnie koszulkę przedstawiającą wizualną wizytówkę tego minialbumu.

Azathoth, Yog-Sothoth, Nyarlathotep ― ki czort?

Niedługo potem ukazała się druga pełnowymiarowa płyta, tytułem nawiązująca, choć tylko pozornie, do Psałterza (De Profundis), bo tekstowo i wizerunkowo ― jak na death metal przystało, gdyż nazwa zobowiązuje ― skrajnie odbiegająca od rejonów biblijnych. Ponownie odwoływała się do Lovecrafta (utwór „Revolt”) oraz do mrożącego krew w żyłach pisarstwa Clive’a Barkera („Reborn in Flames” z mottem „Demons to some, angels to others”, pochodzącym ze słynnego Hellraisera, który z kolei pojawił się pierwotnie w nie mniej głośnym kilkutomowym cyklu opowiadań Księgi krwi rzeczonego autora, a z czasem został sfilmowany: X muza przyniosła szokującą, zatrważającą wizję inferna i piekielnych cenobitów, którzy przybywali z zaświatów za sprawą kostki Lemancharda, brr!). Wreszcie, piła do Aleistera Crowleya, znanego też jako Mistrz Therion oraz Bestia 666 („Vision and Voice”), do szalonego Kosmicznego spustu („Sothis”) pióra Roberta Antona Wilsona ― tego samego jegomościa, który wraz z Robertem Shea napisał odjechaną Trylogię Illuminatus! ― oraz do innych okultystycznych bądź diabolicznych motywów, ksiąg czy sekretnych stowarzyszeń.

Album De Profundis przebił artystycznie dwie poprzednie produkcje ― po czym niestety zespół stracił wenę i charakterystyczny styl, upraszczając takowy, choć zarazem zyskał większą publiczność i zaczął koncertować po całym świecie. Mimo że złota era, pod względem artystycznym, Vadera skończyła się na De Profundis, to jednak był on bodaj czy nie najbardziej wziętym towarem eksportowym polskiej sceny muzycznej drugiej połowy lat 90. Notabene na jego punkcie wyjątkowego bzika mieli... Japończycy, dla których zespół potrafił przygotować specjalnie dodatkowy utwór.

*******

Tytuł utworu „Sothis” oznacza Syriusza, gwiazdę rozmaicie nazywaną w zależności od kultury: dla Greków była to Sothis, dla Egipcjan ― Sopdet, Bułgarzy nadali jej miano Łażikerwan, czyli Zwodziciel Karawan (z uwagi na możliwość pomylenia z Wenus), w Państwie Środka i w Japonii znana była jako Niebiański Wilk (odpowiednio: Tianlan i Tenro). W kręgu cywilizacji rzymskiej nosiła pieskie nazwy: Psia Gwiazda, Kanikuła (łac. canicula ‘piesek’), pies Oriona. Obecnie raczej używa się określeń: alfa Wielkiego Psa (najjaśniejsza gwiazda tej konstelacji), Syriusz i α CMa (skrót od alfa Canis Majoris).

W polszczyźnie małoliterowe słowo „kanikuła” oznacza dzisiaj (wielkoliterowe jest synonimem Syriusza): 1. wakacje, 2. okres największych letnich upałów, 3. spiekotę, skwar. Widok Psiej Gwiazdy wywoływał u starożytnych Greków strach, gdyż pojawienie się jej oznaczało początek fali nieznośnych upałów. Hellenowie uważali, że poranny wschód Syriusza wywołuje wściekliznę u psów, a gwiazda wzbudza u kobiet falę „upałów miłosnych”; panom medycy zalecali przez dwadzieścia dni od pojawienia się go picie wina i... wstrzymywanie się od obcowania płciowego*.

Swego czasu (2012) postanowiłem przypomnieć sobie szczenięce fascynacje i przełożyć tytułowy utwór „Sothis” ― rzecz jasna tak, aby wraz z Piotrem „Peterem” Wiwczarkiem można było polski tekst wycharczeć (growlingu bowiem śpiewem nazwać niepodobna). Czego efekt przedstawiam poniżej P.T. Czytelnikom bloga:


VADER
Sothis


No more a thing I knew... transformed ― transfigured
Transcended... in an endless progress cycle
DNA metamorphosis... of the dying cells
Into something that will last... last forever
Immortal... my soul... alone under...
The cracking skies... on trembling Earth
Closing the eye... of blinding Sun
WHO AM I? ― a question... already answered
I am who I am... no less, no more
Destined to be... never to extinct
Remaining after... everything dies
Remaining... a Dog Star’s Son... beyond the Sun
For ever... and more


Bez cienia świadomości... bez końca podlegałem
Ewolucji, transformacjom, ulepszeniom
Ciągłej zmianie DNA... komórek
Aby zyskać byt... bez granic
Od śmierci wolny... jestem... sam... firmament
W górze pęka... Ziemia dygocze
Oślepiam wstrętnie jasne Słońce
KIM JESTEM? Banalne rozstrzygnięcie
Jestem, kim jestem ― i tyle, po prostu
Pisany mi byt... bez kresu w czasie
Będę wciąż... gdy wszystko sczeźnie
Będę wciąż Synem... Psiej Gwiazdy... za Słońcem
Po wieki... wieków


* Przy opracowaniu drugiej części artykułu opierałem się w dużej mierze na książce Mikołaja Szymańskego Ab ovo. Antyk, Biblia etc. (Iskry, Warszawa 2004, s. 221–225).

© by Paweł Jarosław Kamiński 2022 (aktualizacja: sierpień 2024)

poniedziałek, 22 listopada 2021

H.P. LOVECRAFT ― Dagon

Opowiadanie uznawane przez część komentatorów za pierwszą opowieść Lovecrafta w ramach stworzonej przezeń mitologii Cthulhu; inni skłaniają się ku Bezimiennemu miastu z 1921; jeszcze inni za właściwe jej narodziny uważają dopiero Zew Cthulhu z 1926 — czym byłaby mitologia Cthulhu bez samego Cthulhu? Nawet gdyby słuszność przyznać tym ostatnim, nie zmieniłoby to faktu, że dwa pozostałe utwory (i nie tylko) stanowiły — świadomie lub nie — jej forpocztę, która zapładniając umysł autora, popychała go do stworzenia czegoś bardziej pomnikowego. A skoro o pomniku mowa, to zastanawia, czy obecny w Dagonie monolit nie stał się aby inspiracją dla umieszczenia takiego obiektu (choć o innych właściwościach) w napisanym trzydzieści jeden lat później opowiadaniu Artura C. Clarke’a Posterunek, z czasem rozbudowanym do rozmiarów powieści pt. 2001: Odyseja kosmiczna, którą rozsławiła ekranizacja Kubricka. Znał-li Clarke Dagona?





DAGON

Kreślę te słowa w silnym napięciu psychicznym, gdyż jeszcze dzisiejszej nocy rozstanę się ze światem. Bez grosza przy duszy, z ostatkiem narkotyku czyniącego życie znośnym, nie ścierpię więcej tej katuszy: cisnę się z okna poddasza na tę obskurną uliczkę. Nie mniemajcie, że jako niewolnik morfiny jestem słabeuszem albo wykolejeńcem. Kiedy przeczytacie zapisane przeze mnie naprędce stronice, być może, że poznacie — jakkolwiek nigdy w pełni nie pojmiecie — czemu tak usilnie szukam zapomnienia bądź śmierci.

W jednym z najbardziej otwartych i najrzadziej uczęszczanych rejonów rozległego Pacyfiku niemiecki pirat zagarnął powierzony mi ładunek. Rzecz wydarzyła się w początkach wielkiej wojny, gdy siły morskie prusactwa jeszcze się do reszty nie spodliły: pocztowiec wzięto jako pryz, a nas, załogę, traktowano z całym szacunkiem przynależnym jeńcom morskim. Ba, porywacze trzymali do tego stopnia luźną dyscyplinę, że pięć dni po tym, jak nas pojmano, zdołałem uciec niewielką szalupą z solennym zapasem wody i prowiantu.

Kiedy się na tyle oddaliłem od okrętu, że poczułem wreszcie wolność, nie potrafiłem rozeznać, w jakie okolice mnie zaniosło. Nie będąc nigdy biegłym w nawigacji, mogłem aby w przybliżeniu ocenić po słońcu i gwiazdach, żem na południe od równika. Nie miałem jednak pojęcia, na jakiej długości geograficznej, w polu widzenia zaś nie było żadnej wyspy ni wybrzeża. Utrzymywała się bezchmurna pogoda i tak przez niezliczone dnie dryfowałem bez celu w prażącym słońcu, czekając, aż przepłynie mimo jaki statek albo fale wyrzucą mnie na brzeg zamieszkałego lądu. Ale że statek ani brzeg się nie nadarzały, osamotniony pod przestworem falującego, niezmąconego błękitu jąłem popadać w rozpacz.

Zmiana zaszła w czasie, gdy spałem. Jak się to dokładnie stało, nigdy się nie dowiem, bo oto chociaż sen miałem niespokojny i pełen rojeń, spałem kamieniem. Skoro się w końcu przebudziłem, odkryłem, żem na poły ugrzązł w mulistym bezmiarze piekielnej czerni monotonnych fałd ciągnącego się jak okiem sięgnąć błotniska, w którym nieco dalej ulgnęła łódka.

Myślałby kto, że niezwykła i raptowna zmiana krajobrazu wprawi mnie naprzód w zdumienie,
ja jednak byłem więcej przerażony niźli zaskoczony, w powietrzu bowiem i w ziemi butwiejącej było coś złowrogiego, co mroziło do kości. Okolica cuchła truchłami psujących się ryb i innych, trudnych do opisu stworzeń, zewłoki których sterczały z nie kończącej się płaszczyzny ohydnego szlamu. Bodaj czy słusznie rachuję na to, że za pomocą zwykłych słów uda mi się oddać niewypowiedziane horrendum, jakim mogą być głucha cisza i bezkresna jałowizna. Uszy nie chwytały nijakiego dźwięku, oczom przedstawiał się jedynie wielki obszar szczerniałego namuliska; pomimo to same zupełność ciszy i jednorodność pejzażu napawały mdlącym przestrachem.

Upał słoneczny lał się z nieba, które w bezchmurnym okrucieństwie zdawało się omal czarnym, jak gdyby odbijało grzęzawisko atramentu pod stopami. Kiedym wpełzł do wyrzuconej szalupy, uprzytomniłem sobie, że jedna tylko teoria może objaśnić moje położenie. W wyniku niespotykanego wstrząsu wulkanicznego część dna oceanicznego wysadziła się widać na powierzchnię, odsłaniając obszary przez niezliczone miliony lat skryte w przepastnych głębiach. Rozłóg nowego lądu, który się był pode mną wypiętrzył, tak był obszerny, że nie wychwytywałem najlżejszego odgłosu falującego oceanu, choć z całych sił nasłuchiwałem. Nigdzie nie było też morskiego ptastwa żerującego na padlinie.

Kilka godzin siedziałem zamyślony w szalupie, która leżała na boku i dawała cokolwiek cienia przed toczącym się po niebie słońcem. W miarę upływu dnia grunt stał się mniej mazistym i zdawał gotowym na tyle wnet obeschnąć, iżby się dało po nim wędrować. Tej nocy mało spałem; nazajutrz przygotowałem sobie tobołek z pożywieniem i wodą, sposobny do marszu lądem w poszukiwaniu przepadłego oceanu i możliwości ocalenia.

Rankiem trzeciego dnia ziemia okazała się dość suchą, by można się było po niej z łatwością poruszać. Rybi fetor przyprawiał o szaleństwo, lecz głowę zaprzątniętą mając zbyt ważnymi sprawy, ażeby przejmować się tą niedogodnością, dzielnie ruszyłem w nieznanym celu. Jak dzień długi posuwałem się stopniowo na zachód ku odległemu wzniesieniu, panującemu nad wszystkimi innymi wypukłościami fałdzistego pustkowia. W nocy zrobiłem postój, następnego dnia zaś kontynuowałem pochód w stronę pagóra, mimo że nie wydawał się prawie wcale bliższym niż za pierwszym razem, kiedym go dojrzał. Czwartego dnia z wieczora dotarłem do stóp zamierzonego wzniesienia, które z bliska okazało się daleko wyższym, do tego poprzedzonym doliną, przez co wyraźniej jeszcze odrzynało się rzeźbą od równi. Zbyt wyczerpany, by się wspinać, usnąłem w cieniu wzgórza.


Nie wiem, czemu tamtej nocy miałem tak rozbuchane sny, lecz nim wysoko nad płaszczyzną na wschodzie zawisł ubywający, fantastycznie garbaty miesiąc, ocknąłem się oblany zimnym potem i postanowiłem więcej nie spać. Senne widy umęczyły mnie nad miarę. A w blasku księżyca zobaczyłem, jak niemądrze postąpiłem, podróżując za dnia. Bez żagwi palącego słońca wędrówka kosztowałaby mniej energii, ba, czułem się teraz w pełni zdolnym podjąć wspinaczkę, która mnie o zachodzie odstręczała. Podniósłszy tobołek, ruszyłem ku szczytowi.

Jak już wzmiankowałem, nieodmienna jednostajność sfałdowanej równiny budziła nieuchwytną grozę; jednakże bodaj czy nie bardziej się przeraziłem, gdym osiągnął wierzchołek i spojrzał na drugą stronę w niezmierzoną przepaść, jar, którego czarnych zaułków księżyc nie zdołał dotąd rozświetlić. Miałem wrażenie, że oto stoję na krańcu świata i wyglądam poza krawędź w bezdenny chaos wiecznej nocy. Strach podsuwał osobliwe reminiscencje Raju utraconego i plugawej wspinaczki szatana po nie uformowanych królestwach ciemności.

Gdy księżyc wzeszedł wyżej, począłem spostrzegać, że skłony doliny nie są wcale tak pionowymi, jak sobie wyobrażałem. Występy skalne i wychodnie dawały oparcie stopom, zezwalając na dosyć łatwe zejście, a po spadku o jakieś sto metrów stromizna niemal całkiem łagodniała. W nagłym porywie, którego nie potrafię do końca wyjaśnić, zeszedłem nie bez trudu po skałach i stanąłem na mniej spadzistym zboczu, wpatrując się w styksowe otchłanie, gdzie jeszcze nie dotarło żadne światło.

Naraz uwagę moją ściągnął potężny, niezwykły obiekt na przeciwnej, stromej skarpie około stu metrów przede mną, bielejący w promieniach wschodzącego miesiąca, które dopiero co tam padły. Szybkom wytłumaczył sobie, że to jedynie kolosalny blok skalny; lecz jego sylweta i usytuowanie wyraźnie podpowiadały, że nie są bynajmniej dziełem natury. Bliższy ogląd napełnił mnie odczuciami, których nie umiem wyrazić, pomimo bowiem olbrzymich wymiarów i położenia obiektu w przepaści ziejącej u dna morskiego od zarania świata — ujrzałem bez kwestii, że niecodzienny blok jest to foremny monolit, masywna bryła którego znała dłuto, a być może także kult żywych istot rozumnych.

Oszołomiony i strwożony, lecz przy tym nie wolny od dreszczu rozkoszy właściwego naukowcom czy archeologom, rozejrzałem się baczniej dokoła. Księżyc, bliski już zenitu, lśnił osobliwym jasnym blaskiem ponad spadzistościami otaczającymi czeluść i odsłaniał płynące u podnóża zakolami masy wód, ginące z oczu gdziekolwiek spojrzeć i bez mała dochodzące do mych stóp na zboczu. Drobne fale skroś przepaści omywały podstawę cyklopowego monolitu, na powierzchni którego dostrzec mogłem teraz inskrypcje i toporne płaskorzeźby. Pismo pochodziło z obcego mi systemu hieroglifów, nie przypominających niczego, com kiedykolwiek widział w książkach; składały się po większości z typowych powiązanych z wodą symboli, jak ryby, węgorze, ośmiornice, skorupiaki, mięczaki, wieloryby i temu podobne. Kilka znaków niewątpliwie wyobrażało morskie stworzenia nieznane wprawdzie dzisiejszemu światu, a jednak gnijące ścierwa których zauważyłem był na wysadzonej przez ocean równinie.

Najbardziej wszakże zafascynowały mnie rzeźbienia figuralne. Po drugiej stronie wody wyraźnie widać było, z racji ogromu ich rozmiarów, szereg reliefów o tematyce, która wprawiłaby Dorégo w zazdrość. Stworzenia miały, jak mniemam, przedstawiać ludzi, a przynajmniej kogoś w tym rodzaju, aczkolwiek ukazano je igrającymi niczym ryby w wodach podmorskiej groty bądź składającymi hołd w monolitycznej świątyni, najpewniej też podwodnej. Nad szczegółami twarzy i kształtów nie śmiem się rozwodzić, truchleję na samo ich wspomnienie. Bardziej groteskowe nad szkarady u Poego czy Bulwera, w ogólnym zarysie piekielnie przypominały ludzi mimo płetwiastych dłoni i stóp, porażająco szerokich i odętych ust, szklistych, wyłupiastych oczu, a również innych cech, które dużo nieprzyjemniej przywoływać. Rzecz ciekawa, wydawały się odrobionymi nieproporcjonalnie względem rozgrywających się w tle scen, bo oto jedną z postaci ukazano w trakcie zabijania niewiele większego od niej samej wieloryba. Zauważyłem, jak już nadmieniłem, ich groteskowość i nadzwyczajne wymiary, wszelako uznałem od razu, że były to jedynie przedstawienia bóstw jakiego prymitywnego plemienia rybaków lub żeglarzy, ostatni potomek którego zmarł na wiele epok przed tym, nim narodził się protoplasta człowieka z Piltdown czy neandertalczyka. Zdjęty trwogą i zachwytem wobec tego nieoczekiwanego wejrzenia w przeszłość, co przechodziła wyobrażenia najśmielszych antropologów, stałem, rozmyślając w blasku księżyca osobliwie rozświetlającego pogrążony w ciszy kanał przede mną.

I wtedy nagle to ujrzałem. Lekkim aby zruszeniem wody, znamionującym wypływanie ku powierzchni, wychynęło z ciemnej toni. Ogromne, przywodzące na myśl Polifema obrzydlistwo pomknęło niby monstrualna poczwara z koszmarów nocnych ku monolitowi, który ogarnęło gigantycznymi łuskowatymi ramionami, jednocześnie schylając plugawy łeb i dobywając z siebie miarowe dźwięki. Chyba wtenczas właśnie oszalałem.

Gorączkowe drapanie się na zbocze i urwisko i deliryczny powrót do szalupy pamiętam jak przez sen. Zdaje się, żem śpiewał na potęgę, a kiedy już nie mogłem, śmiałem się obłąkańczo. Jakiś czas po tym, gdy dotarłem do łodzi, mgliście pomnę wielki sztorm; tak czy tak wiem, że słyszałem salwy grzmotów tudzież inne dźwięki, które przyroda wydaje li tylko w najdzikszych usposobieniach.

Kiedym się wynurzył z mroków, znajdowałem się w szpitalu w San Francisco, sprowadzony przez kapitana amerykańskiego statku, który wyłowił mą szalupę śród oceanu. Wyrzekłem był w malignie wiele słów, lecz, jak się dowiedziałem, nie zwracano na nie szczególnej uwagi. O żadnym wypiętrzeniu lądu na Pacyfiku wybawicielom moim wiadomym nie było, ja zaś nie widziałem potrzeby upierania się przy czymś, w co miałem pewność, że nie dadzą wiary. Raz odszukałem znamienitego etnologa i ubawiłem go niecodziennymi pytaniami na temat pradawnej legendy Filistynów o rybim bogu Dagonie; wprędce jednak zobaczywszy nieuleczalnie konwencjonalną postawę uczonego, przestałem naciskać.

Nocą, a szczególnie w porze ubywającego garbatego księżyca, widzę to coś. Próbowałem morfiny, atoli dała raptem chwilowe wytchnienie i zamknęła mnie na dobre w żelaznym uścisku. Teraz przeto, spisawszy pełne sprawozdanie ku ludzkiej wiadomości bądź pogardliwej uciesze, zakończę to wszystko. Zastanawiam się częstokroć, czy cała ta historia nie była aby produktem czystej fantazji — sprawką gorączki, kiedy to po ucieczce z okrętu niemieckiego bredząc, leżałem w otwartej łodzi tknięty porażeniem słonecznym. Ilekroć zadaję sobie to pytanie, w odpowiedzi jak żywe staje mi przed oczami to plugastwo. Nie potrafię myśleć o głębinach oceanu, nie drżąc przy tym na wspomnienie nieopisanie wstrętnych istot, które a nuż w tej oto chwili pełzną czy lezą po mulistym dnie, oddając cześć prastarym bożyszczom z kamienia i rzeźbiąc własne obmierzłe podobizny na podmorskich obeliskach z pogrążonego w wodzie granitu. Oczyma wyobraźni widzę dzień, skoro wynurzą się z fal, by cuchnącymi szpony ściągnąć w odmęt żałosne niedobitki umęczonego wojnami rodzaju ludzkiego — dzień, w którym ląd się zatopi, a czarne dno oceaniczne wyniesie ku górze wpośród powszechnego pandemonium.

Koniec jest bliski. Słyszę odgłos u drzwi, jakby parło na nie olbrzymie, oślizłe cielsko. Nie znajdzie mnie. O Boże, WIDZĘ ŁAPĘ! Okno! Okno!


Howard Phillips Lovecraft, 1917

Z angielskiego przełożył
Paweł Jarosław Kamiński

Tłumacz pragnie złożyć podziękowania za uwagi
Panu Janowi Sofińskiemu,
pierwszemu czytelnikowi przekładu


© Paweł Jarosław Kamiński 22.11.2021 (aktualizacja: 31.07.2025)

niedziela, 21 lutego 2021

The economy, stupid

‘Hi, Georgie,’ it said.

There was a clown in the stormdrain. The clown held a bunch of balloons, all colors, like gorgeous ripe fruit in one hand.

In the other he held George's newspaper boat.

‘Want your boat, Georgie?’ The clown smiled.

George smiled back. He couldn't help it; it was the kind of smile you just had to answer. ‘I sure do,’ he said.

The clown laughed. ‘"I sure do." That's good! That's very good! And how about a balloon?’

‘Well . . . sure!’ He reached forward . . . and then drew his hand reluctantly back. ‘I'm not supposed to take stuff from strangers. My dad said so.’

‘Very wise of your dad,’ the clown in the stormdrain said, smiling. How, George wondered, could I have thought his eyes were yellow? They were a bright, dancing blue, the color of his mom's eyes, and Bill's. ‘Very wise indeed. Therefore I will introduce myself. I, Georgie, am Mr Bob Gray, also known as Pennywise the Dancing Clown. Pennywise, meet George Denbrough. George, meet Pennywise. And now we know each other. I'm not a stranger to you, and you're not a stranger to me. Kee-rect?’

George giggled. ‘I guess so.’ He reached forward again . . . and drew his hand back again. ‘How did you get down there?’

‘Storm just bleeeew me away,’ Pennywise the Dancing Clown said. ‘It blew the whole circus away. Can you smell the circus, Georgie?’

George leaned forward. Suddenly he could smell peanuts! Hot roasted peanuts! And vinegar! The white kind you put on your french fries through a hole in the cap! He could smell cotton candy and frying doughboys and the faint but thunderous odor of wild –animal shit. He could smell the cheery aroma of midway sawdust. And yet . . .

And yet under it all was the smell of flood and decomposing leaves and dark stormdrain shadows. That smell was wet and rotten. The cellar-smell.

But the other smells were stronger.

‘You bet I can smell it,’ he said.

‘Want your boat, Georgie?’ Pennywise asked. ‘I only repeat myself because you really do not seem that eager.’ He held it up, smiling. He was wearing a baggy silk suit with great big orange buttons. A bright tie, electric – blue, flopped down his front, and on his hands were big white gloves, like the kind Mickey Mouse and Donald Duck always wore.

‘Yes, sure,’ George said, looking into the stormdrain.

‘And a balloon? I've got red and green and yellow and blue . . . . ’

‘Do they float?’

‘Float?’ The clown's grin widened. ‘Oh yes, indeed they do. They float! And there's cotton candy . . . . ’

George reached.

The clown seized his arm.

And George saw the clown's face change.

What he saw then was terrible enough to make his worst imaginings of the thing in the cellar look like sweet dreams; what he saw destroyed his sanity in one clawing stroke.

‘They float,’ it growled, ‘they float, Georgie, and when you're down here with me, you'll float, too — ’

Tak oto* zaczyna się bodaj czy nie najlepszy, obok Christine, horror, jaki wyszedł spod pióra Stephena Kinga, do tego jeden z najbardziej opasłych, tomisko liczy bez mała tysiąc stron. Autora nie trzeba specjalnie nikomu przedstawiać: kto nie czytał żadnej książki, zapewne oglądał choć jedną z licznych ekranizacji jego prozy, np. Lśnienie Kubricka. Notabene ekranizacje prezentują zwykle poziom żenujący, dość wspomnieć chociażby Bastion, Mroczną wieżę czy Mgłę.

King to w sumie średnich lotów powieściopisarz (przy czym w swoim gatunku całkiem dobry i poczytny), irytujący nieraz podobnymi chwytami i powielający schematy zachowań negatywnych bohaterów, tak sobie obeznany z psychologią człowieka, spłycający i glajchszaltujący pobudki pchające nas do złego. Lecz przy tym oddający świetnie obyczajowość amerykańskiej małej mieściny — notabene miasteczko Derry, gdzie rozgrywa się akcja powieści It (pol. To), pojawia się u niego na kartach niejednego utworu — i wprowadzający do zwyczajnej codzienności nadprzyrodzoną grozę: tu akurat koszmar o co prawda kosmicznej genezie, ale w praktyce ni mniej, ni więcej, tylko nadnaturalny. Wybaczamy więc Kingowi kopiowane z powieści do powieści pozornie tylko krwiste szwarccharaktery, ale w rzeczywistości na ogół płytkie i rozłażące się w szwach, i dajemy duży plus m.in. za wykreowanie nietuzinkowej postaci Tańczącego Klauna Pennywise’a, jednego z najprzemyślniejszych i najgroźniejszych monstrów jak literatura grozy długa i szeroka. Jedynego w swoim rodzaju potwora, który na każdego ma sposób, znając zaułki naszych dusz.

Dobrym zabiegiem jest uczynienie głównymi bohaterami dzieciaków, poznajemy ich strachy i radości, fascynacje i abominacje, pomysły i zagrania, a do tego zwyczajnych, ulepionych z tej samej gliny co one szkolnych wrogów, hiperpaskudnych, arcyniebezpiecznych i oczywiście... przejaskrawionych i nazbyt uproszczonych, by nie rzec: tekturowych. Dodatkowo, jak to u Kinga, przemyślenia, które wkłada w usta małolatom, są częstokroć zbyt dojrzałe (to samo dotyczy Dennisa, 17-letniego narratora Christine). A nie ukrywam, że czytanie o bohaterach, którzy mentalnie są starymi wygami z przeszczepionymi ciałami nastolatków, uwiera w zwoje mózgowe.

Najbardziej u Kinga cenię sobie chyba przedstawienie zwykłej rzeczywistości Ameryki, z małomiasteczkową gnuśnością, spokojem i szczęśliwostkami. Ale też z toczącymi serca zwykłych ludzi zazdrościami, bezeceństwami, łajdactwami i słabościami, które w toku akcji prędzej czy później wyłażą na jaw. To Kingowi wychodzi najlepiej.

Atmosfera książki wyjątkowo urzeka. Tak, świadomie używam tego słowa i nie chodzi mi bynajmniej o morbistyczny pociąg do rozlewu krwi (far from it!), lecz o te wszystkie pogaduchy i sprzeczki dzieciaków, o ich bolączki, pierwsze miłości, o realia złotej epoki w XX-wiecznych dziejach USA. O swoistą nostalgię za amerykańskim miasteczkiem z lat 50., bo w tych właśnie czasach toczy się spora część utworu, nostalgię, którą budzą poszczególne sceny wykreowane przez pisarza, jakby tęsknie spoglądającego w dobrze znaną sobie przeszłość i pragnącego bodaj za pomocą pióra powrócić do utraconych chwil, co udziela się czytelnikowi wychowanemu nawet w innej epoce i rzeczywistości. Znać szczere emocje pisarza — świadome czy nie, niepodobna stwierdzić.

Summa summarum książka przednia, King wspiął się na wyżyny swoich możliwości pisarskich.

Znalezione obrazy dla zapytania: it pennywise 1986
Georgie, Georgie... the economy, stupid!

A co do sceny, która otwiera niniejszy wpis, to... cóż... Pennywise robi z Georgie’ego siekane kotlety z buraczkami. Pacholę nie ma najmniejszych szans w zetknięciu z nieziemskimi sztuczkami upiornego klauna.
 
Szans nie miał też inny Georgie w starciu z potężną bronią wykutą w ogniu Góry Przez... o, pardon, w sztabie Billa Clintona, która okazała się decydująca w wyścigu o fotel prezydenta Stanów Zjednoczonych AD 1992. A było nią hasło The economy, stupid, wymyślone przez Jamesa Carville’a, czołowego stratega w kampanii wyborczej Clintona.

Słówko economy okazało się skutecznym orężem, przyczyniając się do klęski Georgie’ego Busha. Niekiedy potrafi też przetrącić kark tłumaczom, gdy nie zachowają czujności i na chwilę opuszczą gardę. Zadania nie ułatwiają słowniki angielsko-polskie, które dość skromnie ukazują zakres znaczeniowy.

Jak podaje internetowy Free Dictionary, economy to także „an orderly, functional arrangement of parts; an organized system”. A zatem wcele niekoniecznie „ekonomi(k)a”, „gospodarka”, „oszczędność” czy „gospodarność”, lecz również — uwaga — „ład”, „porządek”, „system”, (przest.) „urządzenie”. A czasami wręcz „system (l. zasady) organizacji życia społecznego”, „ład społeczny”, „organizacja życia społecznego”, „państwowość”, „ład społeczno-polityczny”, „ustrój społeczny”.

Słownik Webstera podaje m.in. definicję „the system of arrangement or mode of operation or functioning of anything; organization” i podaje przykład the individual’s psychic economy, co po polsku można oddać jako „organizacja psychiczna jednostki”. Inna definicja z tegoż źródła: „the body of an animal or plant as an organized whole”, np. disorganizing wide segments of the body economy, gdzie body economy znaczy tyle co „ustrój”, czyli organizm zwierzęcy bądź roślinny, czy też „ustrój żywy”.

We wstępie do gruntownie zredagowanego tłumaczenia książki Darwina O powstawaniu gatunków (WUW, 2020) prof. January Weiner pisze (s. XIV):
Darwin bardzo często używa wyrażenia economy of nature i — rzadziej — polity of nature. Economy to gospodarka, polity możne znaczyć „ustrój” albo „państwo”, „system rządów”; chodzi zatem o „gospodarkę przyrody” lub „państwo przyrody”. 
Słowa mają to do siebie, że kryją zazwyczaj więcej niż jedno znaczenie, nieraz cały wachlarz. Polisemiczny wyraz economy oznacza nie tylko gospodarkę. A swoją drogą czemu nie wybrano np. „oszczędności (albo gospodarności) przyrody”, tylko uczepiono się akurat gospodarki? Równie dobrze (a może raczej: równie źle) można się było przecież zafiksować na innym znaczeniu.

W słynnym dziele Darwina rzeczony związek wyrazowy występuje kilkukrotnie. W tłumaczeniu Dicksteina i Nusbauma (Vis-à-vis Etiuda, Kraków 2020, s. 445, 454, 542, 548, 614) zawsze pojawia się nieszczęsna „gospodarka przyrody”, z wyjątkiem pierwszego wystąpienia, gdzie termin ten oddano równie niefortunnym ekwiwalentem „ekonomika przyrody” (s. 89). Nie pomogła w tym względzie rewizja przekładu dokonana przez Joannę Popiołek i Małgorzatę Yamazaki: panie, zapewne pod wpływem i nadzorem prof. Weinera, który napisał rzeczony wstęp, wszędzie powielały „gospodarkę przyrody” (WUW, s. 72, 104, 300, 308, 384, 389, 433), a nawet przerobiły na nią ekonomikę (s. 60).
 
A zatem cóż takiego oznacza w tym kontekście termin economy of nature? Darwin ma na myśli zwyczajnie „porządek przyrodniczy”, w przypadku zaś polity of nature — „ustrój przyrody”. To, że Dickstein i Nusbaum uparli się przy gospodarce, nie oznacza, że przy rewizji przekładu koniecznie musimy kopiować ich rozwiązanie translatorskie jako rzekomo kanoniczne i nienaruszalne, mimo że właśnie tym tłumaczom zawdzięczamy takie polskie terminy, jak „walka o byt” czy „dobór naturalny”.

Z economy w jeszcze innym znaczeniu można się zetknąć w kontekstach religijnych. Weźmy na przykład książkę The Desire of Ages**, napisaną pod koniec XIX wieku, w której czytamy (w nawiasach podaję numery stron):
  • The philosophers endeavored to study into the mystery of the Hebrew economy. (31)

  • But One greater than Moses lay in the priest’s arms; and when he enrolled the child’s name, he was enrolling the name of One who was the foundation of the whole Jewish economy. (42)

  • He who was the foundation of the ritual and economy of Israel would be looked upon as its enemy and destroyer. (88)

  • Since the whole ritual economy was symbolical of Christ, it had no value apart from Him. (136)

  • From the promise given to Adam, down through the patriarchal line and the legal economy, heaven’s glorious light made plain the footsteps of the Redeemer. (177)

  • Christ was the cornerstone of the Jewish economy, and of the whole plan of salvation. (521)

  • Christ was standing at the point of transition between two economies and their two great festivals. He, the spotless Lambof God, was about to present Himself as a sin offering, that Hewould thus bring to an end the system of types and ceremonies thatfor four thousand years had pointed to His death. (577)
W każdym z tych miejsc słowo economy oznacza „porządek (system) świątynny, ofiarny, ofiarniczy”, „służbę świątynną”, czyli wszystko to, w czym zamykał się całokształt czynności związanych ze składaniem ofiar w starożytnym Izraelu i co symbolicznie wskazywało na Mesjasza. Niestety, w polskim przekładzie niekoniecznie w każdym z  tych miejsc (prawdę mówiąc w rzadko którym) oddano ten termin jak należy. Możemy m.in. przeczytać o „dwóch ekonomiach” i „tajnikach hebrajskiej ekonomii”. The foundation of the whole Jewish economy przełożono jako „fundament wszystkich dziejów narodu izraelskiego”, co po redakcji w kolejnym wydaniu przybrało nie lepszą postać „fundament całej żydowskiej struktury”. Podobnemu the foundation of the ritual and economy of Israel nadano kształt „fundament religii i gospodarki Izraela”, co w kolejnym wydaniu przerobiono na równie niefortunny „fundament obrzędowości i struktury Izraela”.
 
U tej samej autorki w książce Patriarchs and Prophets*** znajdujemy kolejne zastosowanie tego słowa:
  • (1) The government of Israel was characterized by the most thorough organization, wonderful alike for its completeness and its simplicity. The order so strikingly displayed in the perfection and arrangement of all God’s created works was manifest in the Hebrew economy. God was the center of authority and government, the sovereign of Israel. Moses stood as their visible leader, by God’s appointment, to administer the laws in His name. (234)

  • (2) The work of the gospel, as it widens, requires greater provision to sustain it than was called for anciently; and this makes the law of tithes and offerings of even more urgent necessity now than under the Hebrew economy. (342)

  • (3) The provisions of the sabbatical year and the jubilee would, in a great measure, set right that which during the interval had gone wrong in the social and political economy of the nation. (346)

  • (4) In the Hebrew economy one tenth of the income of the people was set apart to support the public worship of God. (339)
W przykładach nr 1 i 2 economy oznacza mniej więcej tyle co „ład społeczny”, „porządek społeczny”, na upartego „ustrój” czy „państwowość”. W przykładzie nr 3 jest to „ład (l. porządek) społeczno-polityczny” lub „ład (porządek) społeczny i polityczny”.
 
Trudniejszy w interpretacji jest przykład nr 4. Spójrzmy jednak na kontekst. Otóż w rozdziale pojawiają się sformułowania: „But the tithing system did not originate with the Hebrews” i „The system of tithes and offerings was intended to (...)”, a także i szersze nieco sformułowanie „The contributions required of the Hebrews for religious and charitable purposes (...)”. O wsparciu ubogich mówi co prawda kolejny rozdział, ten jednak mimo wszystko obejmuje owe ofiary dla takowych. Jak więc zinterpretować i oddać pojawiające się słowo economy? Nie odnosi się ono wyraźnie do porządku (ładu) społecznego, rozdział mówi bowiem wyraźnie o darach składanych w świątyni w kontekście przede wszystkim darów dla Boga, nie dla biednych, choć dary te zarazem wsparcie potrzebujących obejmowały. Sensownym rozwiązaniem wydaje się zatem użycie sformułowań „system składania darów i ofiar” lub „system świątynny” — obu na tyle pojemnych, że pasują do niego zarówno dary i ofiary idące wyłącznie na cele rytualne, jak i dary i ofiary trafiające, przez świątynię, ostatecznie do ubogich. Polski przekład czasem chybia celu, gdy tłumacz fantazjuje, pisząc o „społecznym i politycznym życiu narodu” jako ekwiwalencie the social and political economy of the nation, lub łamie sobie kark, proponując „gospodarkę Hebrajczyków”, mającą odpowiadać wyrażeniu the Hebrew economy z przykładu nr 4.

Tyle na dzisiaj naszych tłumackich klęsk i śmiesznostek. Do następnego!

PS. Byłbym zapomniał: w znaczeniu religijnym oznacza też economy (za Websterem) „God’s plan or system for the government of the world”, czyli „plan”, od biedy „plan dla świata” (por. polskie „ekonomia zbawienia”, czyli plan zbawienia).

© Paweł Jarosław Kamiński 2021

___________________________

* Stephen King, It, Guild Publishing, London–New York–Sydney–Toronto 1989, s. 20–22.
** Ellen G. White, The Desire of Ages, The Stanborough Press, Grantham 1971.
*** Ellen G. White, Patriarchs and Prophets, Better Living Publications, Silver Spring 2005.

czwartek, 1 października 2020

Filip w diabelskich konopiach

Dziś parę słów o książce Klub Dumas (Muza SA, Warszawa 2002). O ile film Polańskiego Dziewiąte wrota, jak nader często bywa z ekranizacjami utworów literackich, słabiuteńki, o tyle powieść niczego sobie.

Rzecz przełożył Filip Łobodziński — w dzieciństwie aktor (Podróż za jeden uśmiech, Stawiam na Tolka Banana), potem dziennikarz, prezenter i również tłumacz literatury hispanojęzycznej. (Swoją drogą czy wiedzieliście, że inny dziennikarz, Jarosław Gugała, też jest po iberystyce? I że nagrali razem kilka płyt muzycznych w Zespole Reprezentacyjnym? Zdolne chłopaki, nie ma co).

Łobodziński przekłada zresztą nie tylko z hiszpańskiego, także z angielszczyzny. W jego dorobku jest m.in. proza Boba Dylana, ale też wiele piosenek do kreskówek (Król Lew, Toy Story, Aladyn, Chip i Dale: Brygada RR). Jeśli nie pamiętacie przygód szczurzych i wiewiórczych detektywów, spieszę przypomnieć przetłumaczony ładnie przez Łobodzińskiego tekst wpadającej w ucho piosenki w wykonaniu Mietka Szcześniaka, zapowiadającej każdą z odsłon wieczorynki:

Gdy cię skrycie
Z gagatkiem zetknie los
Brygada RR
Raz, dwa usadzi go
Gdy potrzebna ci pomocna dłoń
Słuchawkę chwyć i dzwoń

Chip Chip Chip Chip i Dale
Pomoc niosą
Chip Chip Chip i Dale
Dniem i nocą
I w każdej chwili złej, gdy chwycą trop
To już im się nie wymknie z rąk

Chip Chip Chip Chip i Dale
Pomoc niosą
Chip Chip Chip i Dale
Dniem i nocą
I w każdej chwili złej raz złapią ślad
I wiedzą wnet kto, gdzie i jak

Chip Chip Chip Chip i Dale
Dniem i nocą
Chip Chip Chip i Dale
Pomoc niosą
Chip Chip Chip Chip i Dale

Pomimo że Klub Dumas napisano wcale sprawnie i ciekawie, w pewnych miejscach coś brutalnie szarpnęło struny mojej językowej wrażliwości i translatorskiej intuicji. A że hiszpańskim się nieco interesuję, przeto sięgnąłem do oryginału, o który nietrudno w czeluściach internetu. I co się okazało? Ano na stronie 61 pojawia się „muzyka ambientalna”, co jest kalką música ambiental. Po polsku minimalistyczny ów gatunek nosi nazwę „muzyka ambient”. Lub po prostu „ambient”. Na upartego można było dać „muzyką ambientową”, ale nie „ambientalną”, do kroćset diabłów!

Nic to, idźmy dalej. Strona 79 zaskakuje z lekka sformułowaniem „wystarczy powiedzieć, że”. Wprawdzie poprawna konstrukcja, ale toporna w porównaniu z gładkim, naturalnym „dość (dosyć) powiedzieć, że”, co lepiej pasowałoby jako ekwiwalent oryginału.

Po drodze minęliśmy jeszcze stronę 35 z jej „sprzedano mu kota jako zająca”. Mamy tu dosłownie przełożony idiom dar gato por liebre: nie, nie chodzi tu o kupowanie kota (el gato) w worku, hiszpańskie wyrażenie oznacza bowiem „okpić”, „oszukać”. Tu można było przełożyć bardziej obrazowo jako delikatne „wystawić do wiatru”, zastosować nieco dosadne „zrobić w konia (balona, bambuko)”, czy też „nabić w butelkę”, „wpuścić w maliny” albo „wystrychnąć na dudka”. Brać, wybierać, u kata!

Na stronie 363 potykamy się o „przywołać do szeregu”. Tyle że Y en vez de aplicarle el tercer grado znaczy raczej w tym kontekście „przycisnąć”, „przyprzeć do muru”, ewentualnie „wziąć w obroty (za łeb, do galopu)”. Kontekst mówi o tym, że pewna pani nie chciała wyjawić, kim jest, jaki ma udział w całej śliskiej, mrocznej sprawie, więc trzeba ją było do tego zmusić, czyli właśnie... przycisnąć, do licha ciężkiego!

Strony 431 i 432 witają dwukrotnym użyciem drętwego, ni to potocznego, ni podniosłego „No więc mylisz się”. Cóż to za styl, do diaska!? Pues te equivocas można było oddać jako ciut podniosłe, lecz zarazem naturalne „Otóż mylisz się” albo po prostu jako „Mylisz się”, „Nie masz racji”. Zgodnie z prawidłami sztuki translatorskiej hiszpańskie pues można, a nawet trzeba w wielu przypadkach ominąć. (Swego czasu wpadł mi w ręce artykuł poświęcony nierzadkiemu błędowi tłumaczenia na polski trzech wieloznacznych kontekstowo, niby niepozornych słówek — przy tym bardzo często stosowanych w mowie, a zatem i w dialogach książkowych — pues, bueno i hombre).

Rasowy antykwarz i okultne księgi

Strona 415 raczy nas wyrażeniem „rusza pan z brzytwą na poziomki”, podczas gdy oryginalne, rozbudowane tu wyrażenie sacar de quicios (Creo que usted saca extraordinariamente las cosas de quicio...) nie oznacza wybierania się z brzytwą na poziomki, do kaduka! — które, jak rozumiem, ma być równoznaczne ze strzelaniem z armaty do muchy czy wróbla — lecz w odniesieniu do rzeczy (tu: cosas, czyli sprawy, rzeczy, kwestie) znaczyłoby „podchodzi pan do wszystkiego od złej strony” (by nie rzec: od d... strony). A jeszcze lepiej: przesadza pan, robi pan z igły widły, z muchy słonia. Gdy sacar de quicios dotyczy ludzi, oznacza „wytrącić (wyprowadzić) z równowagi” lub „doprowadzać do szału (pasji, furii, szewskiej pasji, białej gorączki)”, ale akurat tu z taką sytuacją do czynienia nie mamy.

Co na deser? „Zdumiony Corso pojął, że tamten przyzywa diabły. (...) ten facet przyzywał diabły ich imionami chrzestnymi (sic!), jak gdyby nigdy nic” (s. 454). Oj, cierpną zęby! Spójrzmy do oryginału: aquel individuo estaba invocando a los diablos por su nombre de pila. Otóż nombre de pila ma dwojakie znaczenie: 1) imię od chrztu, imię chrzestne, imię nadane przy chrzcie oraz 2) imię figurujące w rejestrach, dokumentach. Należało po prostu napisać „przyzywał diabły po imieniu”, do czorta! Ani tłumaczowi, ani redaktorowi nie zapaliła się w tym miejscu czerwona lampka? Piekło i szatani!

Podsumujmy:
  • Rzecz warta przeczytania.
  • Ładne, stylowe ryciny, choć niekoniecznie w wydaniach innych niż przywołane na początku.
  • Można się sporo dowiedzieć o introligatorstwie i druku książek w minionych wiekach; enigmatyczna dla mnie dziedzina, wierzę tłumaczowi na słowo, że sprawił się w tej materii świetnie, bo jako laik łykam ufnie te bądź co bądź specjalistyczne opisy.
  • Przekładowca znany, aczkolwiek aż tutaj nieprzyjemnie omylny; może odbębnił tłumaczenie na kolanie pomiędzy innymi, ambientalnymi... tfu! ambitniejszymi zleceniami? Skoro wymienione powyżej wpadki zazgrzytały mi w polskim tekście, to co by dopiero było, gdyby skolacjonować przekład zdanie po zdaniu z oryginałem? Zapewne koszmar translatorskich kwiatków znacznie przewyższałby grozę okultystycznych wątków pojawiających się na kartach powieści, bo, powiedzmy sobie szczerze, powieść to raczej z gatunku przygodowych: satanizm przewija się wprawdzie przez całą książkę, ale jako element mocno z grozy wykastrowany. Wywołującej gęsią skórkę niesamowitości jest tu jak na lekarstwo, czego — żeby nie było niejasności — za wadę bynajmniej nie uważam.

© Paweł Jarosław Kamiński 2020 (aktualizacja: 20.09.2025)
 
 
_______________________________
Dopisek: 22.02.2021

Podstawowym znaczeniem la música ambiental jest „nastrojowa muzyka” i raczej właśnie na to wskazywałby kontekst Klubu Dumas. Dopiero w węższym znaczeniu (równoznacznym z la música ambient) termin ten oznacza „muzykę ambient”. Za spostrzeżenie dziękuję pani Patrycji Zarawskiej, tłumaczce publikującej swoje językowe i translatorskie przemyślenia na stronie terka.pl.

wtorek, 13 sierpnia 2019

Kłopoty z filozofią „Zewu Cthulhu”

W sierpniu ubiegłego roku pisałem o translatorskich wpadkach przy tłumaczeniu niepozornego słóweczka w Zewie Cthulhu Howarda Philipsa Lovecrafta. Dziś powrócimy do tego opowiadania-wizytówki Cienia z Providence.


Zadaniem ostatnich słów utworu literackiego jest umiejętne rozwiązanie fabuły, płynne domknięcie lub spuentowanie treści. Pisze Marek Bieńczyk (Najlepszy, jaki nam dano, „Literatura na Świecie”, 9-10/2017, s. 358-359):
(...) chodzi przecież o zakończenie, czyli zdanie, nad którym siedzi się miesiącami. Nosi się je w głowie. Od samego początku pisana powieści zapewne. Z własnej powieści nie wychodzi się byle jakimi drzwiami (...). Nawet powieściopisarz kichający na styl, zainteresowany wyłącznie opowieścią, zakończenie dopnie na ostatni guzik.
Podobnie jest w przypadku otwarcia utworu: pierwsze zdanie i akapit ważą wiele, są przez pisarzy z reguły dopieszczane, tak aby już na samym wstępie zaciekawić czytelnika, zwabić go rzuconą przynętą, inaczej gotów odłożyć książkę, rezygnując z lektury. Co więcej, początkowe zdania wprowadzają w świat przedstawiony utworu, stanowiąc nierzadko klucz do odczytania takowego w zamierzony przez autora sposób. Z miejsca zanurzają w utworze i zawierają podpowiedź co do interpretacji. Niby drogowskaz ukierunkowują czytelnika, zwracając jego radary i czułki w stronę wykładni zgodnej z zamysłem pisarza. Słowem ― do własnej powieści (to samo dotyczy nowel czy opowiadań) nie wchodzi się pierwszymi lepszymi drzwiami.

Sam Lovecraft wypowiadał się na ten temat w eseju Sztuka pisarska (Literary Composition) następująco:
Emfaza jest to zasada mówiąca, że najistotniejsze części dzieła winny zajmować odpowiednio ważne miejsce w całym utworze, akapicie i zdaniu. To prawo smaku, które wymaga, by nacisk kłaść we właściwym miejscu, najbardziej widoczne we wspomnianej konieczności dobitnego zakończenia. Zgodnie z tym prawem koniec utworu jest częścią najistotniejszą, a kolejny w hierarchii ważności — początek.

Takie przesyłki aż strach odbierać
(pudło na książki ― ani Lovecrafta, ani w stylu Lovecrafta ―
jednej z internetowych księgarń)


Przyjrzyjmy się wobec tego, jak sobie poradzili polscy tłumacze z pierwszymi dwoma, ściśle powiązanymi zdaniami otwierającymi sławne opowiadanie, w którym po raz pierwszy w uniwersum stworzonym przez mistrza kosmicznej grozy pojawia się tytułowa istota. Zdaniami węzłowymi, bo ukazującymi autorską wizję świadomości rodzaju ludzkiego, nikłą wobec ogromu wiedzy o kulisach straszliwej rzeczywistości, której strzępy z rzadka się tylko przed pewnymi jednostkami odsłaniają.

Dla uchwycenia kontekstu przytoczmy w całości pierwszy akapit. Najpierw wersja przekładowa starsza, Grzybowskiej (H.P. Lovecraft, Opowieści o makabrze i koszmarze, Zysk i S-ka, Poznań 2007, s. 120):
Wydaje mi się, że największym dobrodziejstwem na tym świecie jest fakt, że umysł ludzki nie jest w stanie skorelować całej swej istoty. Żyjemy na spokojnej wyspie ignorancji pośród czarnych mórz nieskończoności i wcale nie jest powiedziane, że w swej podróży zawędrujemy daleko. Nauki ― a każda z nich dąży we własnym kierunku ― nie wyrządziły nam jak dotąd większej szkody; jednakże pewnego dnia, gdy połączymy rozproszoną wiedzę, otworzą się przed nami tak przerażające perspektywy rzeczywistości, a równocześnie naszej strasznej sytuacji, że albo oszalejemy z powodu tego odkrycia, albo uciekniemy od tego śmiercionośnego światła, przenosząc się w spokój i bezpieczeństwo nowego mrocznego wieku.
Tłumaczka nie zrozumiała nic a nic z tego filozofującego fragmentu. W pierwszym zdaniu mamy bełkotliwe „skorelowanie całej istoty” umysłu (cóż to właściwie miałoby po polsku znaczyć?), w drugim tłumaczka wkłada w usta narratora słowa tyczące przyszłości. Dodatkowo w trzecim zdaniu „nowy mroczny wiek” to zbyt dosłowne oddanie a new dark age, które oznacza w tym kontekście średniowiecze (u Płazy mamy właśnie „mroki nowego średniowiecza”; por. „średniowiecze” jako symbol zacofania i niewiedzy), a konkretnie jego pierwszy okres, zwany niekiedy ciemnowieczem. Z kolei zwichnięcie sensu vistas of reality w tymże zdaniu skutkuje zagubieniem prostego znaczenia i wdepnięciem w grzęzawisko niedorzeczności. No bo czymże by miały być „perspektywy rzeczywistości” i „perspektywy naszej sytuacji”?

Polskie „perspektywa” to m.in. ‘widok z jakiegoś miejsca, zwłaszcza rozległy’, lecz w tym znaczeniu łączy się ono tylko z rzeczownikami konkretnymi, nie abstraktami, chyba że zrobimy to tak sprytnie jak Płaza (patrz niżej), choć i u niego zastosowanie tego słowa można by uznać za dyskusyjne. Otóż gdy dopełnieniem „perspektywy” jest rzeczownik abstrakcyjny, wchodzimy w zakresy znaczeniowe inne (‘szansa, że coś nastąpi’, np. perspektywa wyjazdu; ‘odległość w czasie’, np. z perspektywy czasu; ‘punkt widzenia, stanowisko, zapatrywanie’, np. z perspektywy dużego miasta, perspektywa nauczyciela), które jednak mają się nijak do treści Lovecraftowskiego zdania. A oryginał mianowicie stwierdza, że efektem zebrania wiedzy porozrzucanej tu i ówdzie lub prześwitującej przez tkankę naszej iluzorycznie spokojnej codzienności będzie ujrzenie przez takiego nieszczęsnego odkrywcę (wiedza tego rodzaju to bowiem przekleństwo) mrożącej krew w żyłach i jeżącej włos na głowie rzeczywistości i takiegoż naszego w niej miejsca:
(...) some day the piecing together of dissociated knowledge will open up such terrifying vistas of reality, and of our frightful position therein, that we shall either go mad from the revelation or flee from the deadly light into the peace and safety of a new dark age.
Niespecjalnie lepiej wygląda wersja Płazy (H.P. Lovecraft, Zgroza w Dunwich i inne przerażające opowieści, Vesper, Poznań 2012, s. 90), który wyłożył się na pierwszych dwóch zdaniach, broniąc się co najwyżej w trzecim:
Największym dobrodziejstwem naszego świata wydaje mi się to, że człowiek nie potrafi objąć go rozumem. Żyjemy sobie na spokojnej wysepce niewiedzy śród czarnych mórz nieskończoności i nie powinniśmy wypuszczać się z niej za daleko. Nauki ciągną w rozbieżne strony i na razie nie wyrządziły nam wielkiej krzywdy; wszelako przyjdzie dzień, gdy scalimy naszą rozproszoną wiedzę, a wtedy zarówno rzeczywistość, jak i nasze w niej miejsce ukażą się z tak zatrważającej perspektywy, że przyjdzie nam albo oszaleć, albo uciec przed śmiercionośnym światłem tego objawienia w kojące i bezpieczne mroki nowego średniowiecza.
Tłumacz pierwsze zdanie upraszcza i tym samym przekłamuje, pisząc o niemożności ogarnięcia świata rozumem: nie o tym traktuje oryginał. W drugim zaś czytamy o naszej powinności trzymania się z daleka od wiedzy ― napotykamy więc u Płazy zakaz pogłębiania tejże: znowu pudło, nie o powinność ani dobrą radę chodzi. Bo niby wobec czego lub kogo miałaby to być powinność? Spójrzmy, co mówi oryginał:
The most merciful thing in the world, I think, is the inability of the human mind to correlate all its contents. We live on a placid island of ignorance in the midst of black seas of infinity, and it was not meant that we should voyage far.
W pierwszym zdaniu pisze więc Lovecraft o wiedzy, której okruchy są wprawdzie obecne w naszym umyśle, lecz których połączyć nie potrafimy. Okruchy, których powiązania między sobą nie dostrzegamy i właśnie owa ignorancja jest naszym błogosławieństwem. W drugim zdaniu czytamy o ograniczeniu zbytniego poszerzania wiedzy narzuconym nam zapewne nie przez wyższe siły, lecz przez pozbawione celowości mechanizmy kosmosu, ewentualnie przez strach czy instynkt; o barierze, którą wszakże z rzadka sforsować się da, co na ogół dla takiej jednostki dobrze się nie kończy. Że ograniczenia są możliwe do obejścia, świadczy ten sam akapit, gdzie, jak zapowiada autor, rzeczone strzępy oglądu faktycznego stanu rzeczy zostaną kiedyś poskładane do kupy (podkr. ode mnie):
(...) some day the piecing together of dissociated knowledge will open up such terrifying vistas of reality, and of our frightful position therein, that we shall either go mad from the revelation or flee from the deadly light into the peace and safety of a new dark age.
Taką wizję i zarazem wykładnię dwóch zdań otwierających opowiadanie wspiera również paragraf następny (podkr. ode mnie):
That glimpse, like all dread glimpses of truth, flashed out from an accidental piecing together of separated things―in this case an old newspaper item and the notes of a dead professor. I hope that no one else will accomplish this piecing out; certainly, if I live, I shall never knowingly supply a link in so hideous a chain. I think that the profesor, too, intended to keep silent regarding the part he knew, and  that he would have destroyed his notes had not sudden death seized him.
Krótko mówiąc, tłumacze nie zrozumieli oryginału i wyszło im coś kompletnie odeń różnego. Fi donc! A można rzecz było oddać chociażby w ten deseń:
Bodaj największym dobrodziejstwem ludzkości jest niemożność powiązania wszystkich obecnych w umyśle treści. Zamieszkujemy spokojną wysepkę niewiedzy wpośród czarnych oceanów nieskończoności, na wody których nie mieliśmy daleko się wypuszczać. Nauki, ciągnące każda w inną stronę, nie wyrządziły nam dotąd większej szkody, lecz zebranie rozproszonej wiedzy odsłoni pewnego dnia przed nami tak upiorną rzeczywistość i straszliwe miejsce, jakie w niej zajmujemy, że wskutek tego odkrycia już to postradamy zmysły, już to przed jego życiogubnym światłem skryjemy się za parawanem pokoju i bezpieczeństwa nowych wieków ciemnych.
It was not meant that we should voyage far (‘nie mieliśmy’, ‘nie było zamierzone’, ‘nie było nam pisane’, ‘nie było nam sądzone’) to najwyraźniej w Lovecraftowskim imaginarium metafora ślepych materii, ruchu i siły, acz opisywanie w ten sposób mechanistycznych procesów wydaje się pomysłem ryzykownym. Ewentualnie... trafiliśmy na wypadek pisarza przy pracy.

Sporo dobrego czytałem o przekładach Płazy (dostał nawet za Lovecrafta nagrodę LnŚ), a tu proszę ― fiasko translatorskie przy pierwszym z brzegu tekście, który zwrócił moją uwagę, bo akuratnie znam nie najgorzej jego treść. Lovecraft nie miał do tej pory szczęścia nad Wisłą i nie jestem wcale pewien, czy aby Płaza oddał mu sprawiedliwość, czy też jedynie ubrał jego teksty w adekwatny po polsku styl, ale już treściowo poszedł na manowce, nie wgryzając się należycie w poszczególne sensy, co zaowocowało błędnymi odczytaniami poniektórych ustępów. Choć po cichu mam nadzieję, że dużo w jego przekładach takich mylnych tropów interpretacyjnych człowiek nie uświadczy.

Które z dwójki tłumaczy bardziej położyło pierwszy akapit sztandarowego utworu Lovecrafta? Obojgu umknął zawarty w oryginale sens. Oboje zaproponowali chybione interpretacje. Grzybowska na dobitkę zaplątała się we własne słowa, racząc czytelnika niezbornymi zbitkami słów, których znaczenia w takich konstelacjach niepodobna dociec bez posiłkowania się tekstem angielskim. Przy czym fanatykom Lovecrafta to nie przeszkadza. Że przeżywamy renesans jego niedocenianej przez lata twórczości ― to jedno, ale bezkrytyczne uwielbienie ― tego nie pojmuję.

Twórczość Lovecrafta bowiem i on sam rodzą, jak na ironię, licznych nie tyle miłośników czy wielbicieli, nie fascynatów, entuzjastów, co raczej właśnie fanatyków. Chyba że... nie, to niemożliwe... czyżby tak naprawdę czcicieli Wielkich Przedwiecznych, bezgranicznie oddanych im wiernych, co rękami i nogami zawsze i wszędzie bronią swego ― czy też ich ― natchnionego kryptoproroka z Providence i jego nietykalnych przekładaczy? Może o to chodzi!

Tak czy owak, jeśli znacie inne wpadki tłumaczy Lovecrafta, opiszcie je w komentarzach. Pokopcie, poszperajcie, pobobrujcie, a z pewnością coś się znajdzie. Jeżeli inaczej niż ja interpretujecie oryginał, zapraszam do przedstawienia trafniejszej bądź jedynie słusznej wykładni ― odmienne opinie mile widziane gwoli pogłębieniu wiedzy na temat sensów zamierzonych przez autora i rzuceniu większego świata na obecne w jego utworach idee. Boć o to przecie w czytaniu i tłumaczeniu idzie, n’est-ce pas?


© by Paweł Jarosław Kamiński 2019 (aktualizacja: październik 2025)