wtorek, 27 stycznia 2026

Nowe szaty Chandlera

W 2022 roku nakładem wydawnictwa Karakter zaczęły ukazywać się nowe wydania dzieł Chandlera, klasyka literatury noir, zaliczanego do grona najwybitniejszych przedstawicieli prozy amerykańskiej, a nawet twórców o randze światowej. W pierwszym roku wyszły trzy tomy z Philipem Marlowe’em (Głęboki sen, Żegnaj, laleczko i Wysokie okno), rok później dwa kolejne (Pani w jeziorze i Siostrzyczka), Długie pożegnanie w kolejnym roku i wreszcie w ostatnich miesiącach 2025 roku światło dzienne ujrzał Playback – siódma i zarazem finalna część przygód prywatnego detektywa, zamykająca serię. Gwoli ścisłości: jest to ostatnia powieść ukończona przez Chandlera, bo pozostawił po sobie rozgrzebany rękopis Poodle Springs, później domknięty przez Roberta B. Parkera.

Chandler zaczynał jako twórca literatury hardboiled, zrywającej z idealistyczną wizją amerykańskiego społeczeństwa, by przejść do skupionej na historii jednostki prozy noir – często nazywanej czarnym kryminałem, chyba zresztą niesłusznie*. Pierwsze opowiadanie kryminalne napisał w wieku 45 lat, pierwszą powieść – po pięćdziesiątce. Głęboki sen i Żegnaj, laleczko (dwie pierwsze odsłony perypetii słynnego detektywa) to utwory, które najmocniej zmieniły tradycyjny kryminał, uważane za największe osiągnięcia pisarza**.

Okładki Karakterowych edycji zaprojektowano w stylu retro. Bez dwóch zdań mają swój urok, ale skąd pomysł, żeby zastosować w oprawie tak wiotki karton? Po jednorazowej lekturze grzbiet odkształca się, przyjmując postać niecki. Publikacja eksponująca na półce swoją zapadniętą klatkę piersiową nie wygląda atrakcyjnie. Okazuje się, że ten cienki, nie zafoliowany karton był celowym posunięciem. Autor projektu graficznego Przemek Dębowski swego czasu napisał na fejsbuku: „(...) niepowlekane okładki będą się wycierać dokładnie tak, jak zaplanowałem”. Cóż, mnie taka koncepcja projektowa nie przekonuje.

Z kolei wewnątrz tomu górna żywa pagina widnieje, nie wiedzieć czemu, zbyt blisko tekstu głównego, a dolny margines jest nieproporcjonalnie wysoki: rzecz postawiono na głowie. Wszystko to szpeci wnętrze książki, sprawiając wrażenie typograficznego niechlujstwa. Ale ten layout to celowy zabieg, wzorowany na paperbackowych wydaniach. W moje poczucie estetyki wszakże nie trafiający. Skład ratuje ładny krój pisma, uprzyjemniający obcowanie z powieścią.

Przyznaję się bez bicia, wcześniej Chandlera nie znałem. Wprawdzie jakieś 25–30 lat temu próbowałem przeczytać jedną z jego książek, ale bez powodzenia: film urwał mi się po paru stronach. Zrzucam to na karb czytelniczej niedojrzałości młokosa. Dzięki nowym wydaniom nadarzyła się okazja, by nadrobić zaległości. Na pierwszy ogień poszło Wysokie okno, trzecia odsłona „Philipa Marlowe’a przypadków”. Nie powiem, utwór bardzo mi się spodobał. Tłumacz, Bartosz Czartoryski, używa interesującego języka, modernizmy wcale mi nie przeszkadzają, ba, całość brzmi świeżo, a dzięki nim dialogi wydają się naturalne. Uważam to za udany zabieg, konsekwentną strategię translatorską – dyskusyjną, acz możliwą do obrony. Otrzymujemy zatem zmyślnie spreparowaną wirtualną polszczyznę Los Angeles lat czterdziestych XX wieku. Chandlera uwspółcześnionego, choć nie przesadnie.

Powtórzę: powieść na ogół czyta się bardzo dobrze. Tyle że – i tu leży pies pogrzebany – jako w pełni autorski utwór, a nie przekład. Zestawienie z oryginałem obnaża błędy, które tłumaczenie dyskwalifikują. Okazuje się bowiem, że tłumacz nie oddaje sprawiedliwości frazie autora: nadmiernie dopowiada fragmenty oszczędne, w wielu miejscach puszcza wodze fantazji, zbyt upotocznia bądź upiększa tekst, a jego język nie odzwierciedla rysów Chandlerowskiej maniery – jest zbyt przegadany, kolokwialny, okrągły i uładzony tam, gdzie autor jest emocjonalnie chłodny, suchy i rzeczowy, lakoniczny, ironicznie subtelny lub szorstki, omal gruzłowaty. Czartoryski niejednokrotnie doprecyzowuje to, co twórca pozostawił w niedomówieniu lub jedynie delikatnie zasugerował. Krótko mówiąc, głos detektywa w wydaniu Chandlera oraz głos w wersji Czartoryskiego biegną odrębnymi torami. Jeżeli jednak nie zna się oryginału, niepodobna tego wychwycić.

No i prawdziwy Chandler jest znacznie ciekawszy językowo niż jego polski cień. Chandler operuje ekonomią przemocy i elegancji. Każde jego zdanie jest jak dobrze skrojony garnitur Marlowe’a – ani jednego zbędnego centymetra materiału. Jeśli tłumacz dodaje od siebie fiorytury i bombki, niszczy tę konstrukcję. Zamiast zachować chropowatość oryginału, funduje czytelnikowi „bezpieczną”, wygładzoną lekturę, która odbiera Chandlerowi jego legendarny pazur.

Dla unaocznienia translatorskich nadużyć, odchyleń i zniekształceń przyjrzymy się wyimkom z Głębokiego snu – dwom pierwszym akapitom powieści oraz dynamicznemu fragmentowi z rozdziału siedemnastego.


Otwarcie

The Big Sleep (Głęboki sen) zaczyna się następująco:
It was about eleven o’clock in the morning, mid October, with the sun not shining and a look of hard wet rain in the clearness of the foothills. I was wearing my powder-blue suit, with dark blue shirt, tie and display handkerchief, black brogues, black wool socks with dark blue clocks on them. I was neat, clean, shaved and sober, and I didn’t care who knew it. I was everything the well-dressed private detective ought to be. I was calling on four million dollars.
The main hallway of the Sternwood place was two stories high. Over the entrance doors, which would have let in a troop of Indian elephants, there was a broad stained-glass panel showing a knight in dark armour rescuing a lady who was tied to a tree and didn’t have any clothes on but some very long and convenient hair. The knight had pushed the vizor of his helmet back to be sociable, and he was fiddling with the knots on the ropes that tied the lady to the tree and not getting anywhere. I stood there and thought that if I lived in the house, I would sooner or later have to climb up there and help him. He didn’t seem to be really trying.
Tymczasem u Bartosza Czartoryskiego czytamy:
Było około jedenastej przed po­łu­dniem je­sien­ne­go dnia w po­ło­wie paź­dzier­ni­ka. Słoń­ce ani my­śla­ło grzać, a za­chmu­rzo­ne nie­bo nio­sło dla po­gó­rza obiet­ni­cę rzę­si­stej ule­wy. Mia­łem na so­bie błę­kit­ny gar­ni­tur, gra­na­to­wą ko­szu­lę, kra­wat i po­szet­kę, czar­ne brog­sy, a do te­go weł­nia­ne skar­pe­ty te­go sa­me­go ko­lo­ru, z gra­na­to­wy­mi wzor­ka­mi w kształ­cie ze­ga­rów. By­łem trzeź­wy i świe­żo ogo­lo­ny, wy­glą­da­łem schlud­nie, ale nie przez wzgląd na to, co po­my­ślą in­ni – tak po pro­stu po­wi­nien się pre­zen­to­wać każ­dy do­brze ubra­ny pry­wat­ny de­tek­tyw. Sze­dłem z wi­zy­tą do czte­rech mi­lio­nów do­la­rów. 
Głów­ny hall po­sia­dło­ści Stern­wo­odów był wy­so­ki na dwa pię­tra. Nad drzwia­mi wej­ścio­wy­mi, przez któ­re da­ło­by się prze­go­nić sta­do in­dyj­skich sło­ni, znaj­do­wał się du­ży wi­traż, a na nim ry­cerz w ciem­nej zbroi ra­to­wał przy­wią­za­ną do drze­wa da­mę. Ta nie mia­ła na so­bie odzie­nia, okry­wa­ły ją tyl­ko dłu­gie wło­sy, tak­tow­nie spły­wa­ją­ce po jej na­gim cie­le. Ry­cerz uniósł przy­łbi­cę, chcąc się za­pew­ne przed­sta­wić, i maj­stro­wał przy za­ci­śnię­tych su­płach, ale bez po­wo­dze­nia. Przy­sta­ną­łem, za­sta­na­wia­jąc się, czy gdy­bym tu miesz­kał, któ­re­goś dnia nie wla­zł­bym na gó­rę i mu nie po­mógł. Nie wy­glą­dał, jak­by się szcze­gól­nie sta­rał.
Już na pierwszy rzut oka widać appoggiatury i dopowiedzenia. Czartoryski ewidentnie rozgaduje Chandlera, tracąc jego lakoniczny rytm. Na początek zwróćmy uwagę na trzy jaskrawe przykłady eksplicytacji, które aż kłują w oczy:

1. „Słońce ani myślało grzać”: W oryginale mamy surowe sun not shining. Tłumacz dodaje słońcu intencjonalność i emocje, niszcząc chłodny, niemal protokolarny opis pogody. To klasyczne uładzanie.

2. „Taktownie spływające po jej nagim ciele”: Chandler napisał tylko convenient hair. Słowo „taktownie” to czysta nadinterpretacja tłumacza – narzuca czytelnikowi ocenę, której Marlowe wcale nie wypowiada tak wprost. U Chandlera nie ma moralizowania. To był żart – włosy są convenient, bo zasłaniają to, czego cenzura by nie przepuściła. „Taktownie” sprowadza to do poziomu wiktoriańskiej pruderii.

3. „Chcąc się zapewne przedstawić”: To bodaj największy grzech z tych trzech. Oryginalne to be sociable jest znacznie szersze i bardziej ironiczne. Czartoryski doprecyzowuje intencję rycerza, zabijając subtelny dowcip oryginału. Sugestia Czartoryskiego, że rycerz „chciał się przedstawić”, jest dopowiedzeniem, które zabija absurd tej myśli.

Co mamy dalej? Tłumacz niepotrzebnie rozbija pierwsze zdanie na dwa. Jeśli nie ma ku temu realnych, mocnych przesłanek, nie należało tego robić. „Rzęsista ulewa” to też zbyt klasyczne określenie jak na szurpate, niemal brzydkie hard wet rain. W zdaniu ukazującym ubiór protagonisty Czartoryski wprowadza „a do tego”, przez co upłynnia tok zdania i zarazem komplikuje prostotę oryginału. Pierwsze zdanie oryginału to długa, gęsta ekspozycja pogody, która buduje nastrój. Rozbicie jej na dwa zdania (i to z użyciem personifikacji słońca) zamienia twardy kryminał w prozę obyczajową. „Rzęsista ulewa” to wytarty frazes, podczas gdy twarde, „męskie”, omal brzydkie hard wet rain sprawia, że nieledwie odczuwamy chłód i wilgoć. Chandler pisze tu surowiej – raczej o „mocnej zlewie” aniżeli „rzęsistej ulewie”.

„Z gra­na­to­wy­mi wzor­ka­mi w kształ­cie ze­ga­rów” to poważna merytoryczna pomyłka. Synonimiczne terminy socks with clocks oraz clocked socks nie odnoszą się do rysunków zegarków, lecz do tradycyjnego wzoru dekoracyjnego z boku skarpety, tuż nad kostką. Clocks czy też clocking to zazwyczaj pionowa linia, haft lub wzór (np. w kształcie jodełki lub motywów roślinnych), które biegną w górę nogi. Często wykonuje się go w kontrastowym kolorze. Pierwotnie clocks były szwami wzmacniającymi w miejscu, gdzie łączono kawałki materiału skarpety lub pończochy. Z czasem stały się wyznacznikiem elegancji i statusu, szczególnie popularnym w XVIII i XIX wieku. Obecnie skarpetki z clocks są uważane za klasyczny element męskiej mody formalnej, stanowiąc subtelną alternatywę dla gładkich modeli. To nie tylko błąd słownikowy, ale także błąd kulturowy. Marlowe, zakładając skarpetki z klasycznym haftem, podkreśla swój konserwatywny sznyt i dbałość o detal godny dżentelmena. Czartoryski, robiąc z tego „wzorki w kształcie zegarów”, zmienia bohatera w kogoś niemal infantylnego. Zamiast dyskretnej elegancji mamy jarmarczną dosłowność.

W miejsce czterech przymiotników neat, clean, shaved and sober tłumacz serwuje nam odpowiednik w stylu gazetowym: „By­łem trzeź­wy i świe­żo ogo­lo­ny, wy­glą­da­łem schlud­nie”, a następnie – nie rozumiejąc dowcipu – dopisuje „ale nie przez wzgląd na to, co po­my­ślą in­ni” i żeby jego interpretacja trzymała się kupy, dorzuca jeszcze „tak po prostu”. Nie na tym polegał żart. Autorowi chodziło o to, że bohater ma gdzieś, co pomyślą inni na temat jego wyglądu, nie pasującego do stereotypu prywatnego detektywa. Wyszykował się, ubrał wyjściowo i gwizdał na to, co powiedzą inni. Czartoryski nie uchwycił buntu Marlowe’a. Fraza I didn’t care who knew it odnosi się do dumy detektywa. On wie, że wygląda „za dobrze”, niemal jak amant, co w jego branży jest podejrzane. Marlowe obnosi się ze swoją czystością i trzeźwością jak z tarczą. Tłumaczenie „nie przez wzgląd na to, co pomyślą inni” jest płaskie i pozbawione tej zaczepnej iskry. Na domiar złego Chandlerowskie sober (trzeźwy) zostało u Czartoryskiego zepchnięte na dalszy plan, a przecież fakt, że detektyw jest trzeźwy o jedenastej rano, jest tutaj równie znaczący jak to, że jest ogolony.

„Tak po pro­stu po­wi­nien się pre­zen­to­wać każ­dy do­brze ubra­ny pry­wat­ny de­tek­tyw” też nie oddaje sensu zdania I was everything the well-dressed private detective ought to be. W oryginale nie chodzi tylko o prezencję, ale o całokształt. „Tak po pro­stu po­wi­nien się pre­zen­to­wać (...)” brzmi jak instrukcja z katalogu mody męskiej. Oryginał operuje stereotypem: Marlowe nie tylko „wygląda”, on w tej chwili jest ucieleśnieniem ideału detektywa.

Zdanie otwierające drugi akapit zawiera trzy niefortunne rozstrzygnięcia translatorskie. Po pierwsze „główny hall”. To ileż niby holów miała ta rezydencja? Angielskie hall jest pojemne – obejmuje zarówno hol, westybul, lobby, jak też przedpokój, korytarz itp. Stąd ujednoznacznienie w postaci main. Polskie wyrażenie „główny hall” czyni z rezydencji Sternwoodów budowlę o pałacowym rozmachu. „Główny hall” w polszczyźnie często sugeruje, że budynek to gmach użyteczności publicznej lub hotel. W domu prywatnym to tyle co „hol” lub „przedpokój”.

Po drugie „posiadłość”. Autor rozmyślnie używa zwyczajnego place, jakby detektyw sucho odhaczał fakt w swoim notatniku, nie opisywał rozmiarów ani bogactwa domostwa. Chandlerowskie place jest celowo niechlujne, niemal lekceważące – to po prostu „dom Sternwoodów”. Zrobienie z tego „posiadłości” czy innej „rezydencji” to klasyczna nobilitacja tekstu, która kłóci się z plebejskim, cynicznym spojrzeniem Marlowe’a. On nie przyjechał podziwiać architektury, tylko wykonać robotę dla schorowanego generała.

Po trzecie „hall (...) był wysoki na dwa piętra” nie jest dla mnie do końca jasne – czy hol obejmował dwie kondygnacje (parter i piętro), czy też trzy (parter i dwa piętra)? Użycie tego zwrotu przez Czartoryskiego wprowadza niepotrzebny szum informacyjny. Angielskie two stories high oznacza dwa poziomy, czyli w tym przypadku wersja nr 1.

„Nagie ciało” w dalszej części akapitu niepotrzebnie wprowadza wprost dozę erotyki tam, gdzie oryginał jest subtelny i przez niedopowiedzenie dowcipny. Chandler pisze, że kobieta z witrażu didn’t have any clothes on. To suchy fakt, który w połączeniu z convenient hair tworzy dystans i humor. Tłumacz wykłada kawę na ławę, zabijając cały urok tego niedomówienia.

Wreszcie zdanie przedostatnie: „Przy­sta­ną­łem, za­sta­na­wia­jąc się, czy gdy­bym tu miesz­kał, któ­re­goś dnia nie wla­zł­bym na gó­rę i mu nie po­mógł”. W oryginale nie ma żadnej niepewności, lecz stanowcze: I would sooner or later have to climb up there (prędzej czy później musiałbym). Tłumacz wprowadza tu tryb powątpiewania i rozmycia, który osłabia pewność siebie bohatera. Marlowe nie zastanawia się „czy”, on stwierdza fakt. Co więcej, „wlazłbym” czyni głos detektywa zbyt kolokwialnym. Nie ten rejestr. Choć Marlowe jest twardy, w jego narracji (szczególnie w opisach) dominuje chłodna elegancja. Słowo „wlazłbym” jest zbyt potoczne. Czartoryski robi z Marlowe’a „chłopaka z sąsiedztwa” zamiast współczesnego błędnego rycerza.

Chandler z fają

Przystępując do krytyki przekładów, częstokroć sam rozwiązuję rebusy translatorskie, aby pokazać, że się jednak da. Żeby zadać kłam porzekadłu: „Łatwiej powiedzieć, niż zrobić”. Nie inaczej jest i tym razem: poniżej wstawiam własną wersję, która unaocznia, że „polski cień” to wina tłumacza, nie zaś ograniczeń języka polskiego. Oba akapity można by oddać mniej więcej tak (muszę przyznać, że sporo się nabiedziłem, nim znalazłem satysfakcjonujące odpowiedniki dwóch wyrażeń: convenient hair oraz to be sociable, to było bodaj największe dla mnie wyzwanie w tym wyimku, ale i nie lada frajda):

Było koło jedenastej przed południem, połowa października; słońce nie świeciło, a w czystym powietrzu pogórza wisiała zapowiedź mocnej zlewy. Miałem na sobie bladobłękitny garnitur, granatową koszulę, krawat i poszetkę, czarne brogsy i czarne wełniane skarpety z bocznym haftem. Byłem schludny, czysty, ogolony i trzeźwy i nie obchodziło mnie, kto o tym wie. Porządnie ubrany prywatny detektyw pierwszej wody. Wybierałem się z wizytą do czterech milionów dolarów. 
Hol u Sternwoodów obejmował parter i piętro. Nad drzwiami wejściowymi, które pomieściłyby tabun słoni indyjskich, znajdował się szeroki witraż: rycerz w ciemnej zbroi ratował przywiązaną do drzewa damę, której jedynym okryciem były bardzo długie, fortunnie ułożone włosy. Rycerz odsłonił przyłbicę, aby skrócić dystans, i majstrował przy supłach liny krępującej damę, ale za nic mu nie szło. Stojąc tak, pomyślałem, że gdybym tu mieszkał, prędzej czy później musiałbym się wdrapać tam i mu pomóc. Nie wyglądał, jakby się specjalnie starał.

Scena bójki

Jako drugi przykład wybrałem scenę dynamiczną, aby uwidocznić, jak tłumacz radzi sobie z tego rodzaju miejscami. Fragment pochodzi z 17 rozdziału powieści. 

Oryginał:

I threw the gun down at the kid’s feet and said: ‘Maybe you need this.’ 
He stooped for it like a flash. There was nothing slow about his movements. I sank a fist in the side of his neck. He toppled over sideways, clawing for the gun and not reaching it. I picked it up again and threw it in the car. The boy came up on all fours, leering with his eyes too wide open. He coughed and shook his head. 
‘You don’t want to fight,’ I told him. ‘You’re giving away too much weight.’ 
He wanted to fight. He shot at me like a plane from a catapult (...).

Czartoryski:

Cisnąłem chłopakowi pistolet pod nogi. 
– A może potrzebujesz tego? – zapytałem. 
Rzucił się na ziemię. Błyskawicznie. Nie spodziewałem się, że potrafi się tak szybko ruszać. Zdzieliłem go w kark. Poleciał na bok, po omacku szukając broni, której nie mógł dosięgnąć. To ja podniosłem pistolet i wrzuciłem go do samochodu. Chłopak zaś sunął na czworakach, łypiąc wybałuszonymi oczyma. Kaszlnął i potrząsnął głową. 
– Nie chcesz się ze mną bić – powiedziałem. – Musiałbyś się sporo napocić. 

A jednak chciał. Wystrzelił jak pocisk z katapulty (...).
Ten przekład to podręcznikowy przykład rozbrajania dynamiki i niszczenia stylu noir. Czartoryski nie tylko „uładza” tekst, on go dopisuje, wkładając w usta i myśli Marlowe’a emocje, których ten nigdy by nie wyraził. To już nie jest poprawianie, to pisanie książki od nowa.

„Cisnąłem” sugeruje dużą siłę, gwałtowność lub emocjonalne pobudzenie. To ruch zamaszysty, niemal agresywny. W oryginale mamy proste I threw the gun down. Marlowe (narrator) wykonuje tę czynność z chłodną kalkulacją: nie jest wściekły, lecz testuje chłopaka, prowokuje go. „Rzuciłem” jest beznamiętne, co lepiej oddaje profesjonalny cynizm bohatera. Threw down oznacza rzucenie w dół, pod nogi. „Cisnąłem” po polsku częściej sugeruje rzut przed siebie, w dal, z dużą energią. Chandler wybierał najprostsze czasowniki czynnościowe. To throw to „rzucić”. Gdyby chciał, żeby broń „świsnęła” w powietrzu, użyłby flung lub hurl. Krótko mówiąc, Czartoryski niepotrzebnie podbił temperaturę emocjonalną tej sceny: narrator wydaje się bardziej pobudzony, niż jest w rzeczywistości.

„Nie spodziewałem się, że potrafi się tak szybko ruszać”. To klasyczne nadpisanie tekstu. Chandler przedstawił chłodne, obiektywne stwierdzenie faktu (brak powolności). Czartoryski dodał tu subiektywne odczucie bohatera („nie spodziewałem się”), nieobecne w oryginale: There was nothing slow about his movements. To obiektywna obserwacja profesjonalisty. Tłumacz robi z Marlowe’a zdziwionego nowicjusza. Zamiast opisu faktu dostajemy wewnętrzny monolog pełen zbędnych słów, który zabija tempo bójki. Subiektywizacja narratora rozsadza chłodny rejestr Marlowe’a.

„Zdzieliłem go w kark” to błąd anatomiczny. Side of his neck to bok szyi (tętnica, nerwy), co tłumaczy, dlaczego chłopak „obalił się na bok”. Cios w bok szyi to konkretna technika obezwładniająca. Uderzenie w kark to zupełnie inny cios. „Zdzielenie w kark” brzmi jak bójka pod remizą, a nie precyzyjne działanie byłego gliniarza.

„To ja podniosłem pistolet”. Chandler nie używa tu emfazy (nie podkreśla zaimka „ja”). To zwyczajnie kolejna czynność w ciągu zdarzeń. Dodanie „to ja” sugeruje jakąś rywalizację o broń (zresztą raczej rewolwer aniżeli pistolet), podczas gdy w oryginale mamy suchy opis faktów: rzuciłem, on nie dosięgnął, ja podniosłem.

„Zaś sunął”. Came up oznacza, że chłopak uniósł się z ziemi do pozycji na czworaka. „Sunął” sugeruje ruch poziomy (może pełzanie), co zmienia dynamikę sceny. „Sunięcie” na czworakach brzmi nienaturalnie. Chłopak się podnosił, ot i tyle.

„Nie chcesz się ze mną bić” i nawiązujące do tego „a jednak chciał” są kalką z angielskiego. Polszczyzna raczej nie używa w takich sytuacjach czasownika „chcieć”, tylko coś w rodzaju „lepiej, żebyś nie...”, „lepiej nie...”, „wolałbyś nie...”, „tylko nie...” lub czegoś podobnego, adekwatnie do kontekstu. „A jednak”, zaokrąglające zdanie, też psuje frazę Chandlera. U niego nie ma spójnika.

„Musiałbyś się sporo napocić”. Zmarnowana puenta to chyba największy feler tego fragmentu. Słowa You’re giving away too much weight są metaforą bokserską – idzie o to, że chłopak jest za chudy, za lekki na Marlowe’a. To suchy, techniczny fakt. Tłumacz zamienił błyskotliwą, profesjonalną uwagę na wyświechtany frazes. To już nie jest Chandler, lecz dialog pozbawiony idiomu noir, bliższy konwencji telewizyjnej sensacji.

I wreszcie: „Wystrzelił jak pocisk z katapulty”. Wprawdzie prędkość ataku oddana, ale ginie porównanie do samolotu. Tymczasem krążowniki, pancerniki, a później lotniskowce używały za Chandlera katapult hydraulicznych lub parowych, aby nadać samolotom ogromną prędkość początkową na bardzo krótkim odcinku pokładu. Samolot nie rozpędzał się stopniowo, lecz był dosłownie wystrzeliwany w powietrze.

Bójkę można by w przybliżeniu przełożyć tak:
Rzuciłem rewolwer pod nogi chłopaka. 
– Może ci się przydać. 
Schylił się po niego w mig. W jego ruchach nie było śladu flegmy. Przyłożyłem mu pięścią w szyję. Zwalił się na bok, macając na oślep za bronią – nie sięgnął. Podniosłem ją i wrzuciłem do auta. Uniósł się na czworaki, łypiąc na mnie wytrzeszczonymi oczami. Kaszlnął i potrząsnął głową. 
– Nie próbuj się bić – powiedziałem. – Nie twoja kategoria wagowa. 
Próbował. Wystrzelił w moim kierunku jak samolot z katapulty (...).

Podsumowanie

Przekład Czartoryskiego zasadniczo czyta się dobrze, nawet świetnie – ale nie jako Chandlera. Systematyczna eksplicytacja, nobilitacja rejestru i wygładzanie frazy prowadzą do utraty tego, co w jego prozie najważniejsze: lakonicznej ironii, brutalnej ekonomii słowa i narracyjnej chropowatości. To dowód, że nawet poprawny językowo przekład może być stylistycznie fałszywy. W literaturze noir taka fałszywość jest błędem zasadniczym. Marlowe traci profesjonalizm, a proza swoje legendarne tempo.

W praktyce oznacza to, że Chandler Czartoryskiego jest wyheblowany, wyszlifowany, bezpieczny, a co najgorsze – wyjaśniony. Głos detektywa stracił swoją kostropatość na rzecz literackiej poprawności. Czartoryski uprawia nadgorliwą pedagogikę przekładu – tak bardzo chce, aby polski czytelnik wszystko zrozumiał i aby ładnie brzmiało, że zabija ducha oryginału. Tłumacz powinien pozwolić przemówić oryginałowi, zamiast według własnej koncepcji zmieniać sensy i tony tekstu. Czartoryski przestał być przezroczystym medium, a stał się poprawiaczem autora, nie ufającym inteligencji odbiorcy. W literaturze noir, a szczególnie u Chandlera, to właśnie te puste miejsca, niedopowiedzenia i szorstkość budują napięcie. Jeśli tłumacz wypełnia je własnym komentarzem, tekst przestaje być kryminałem, a staje się jego streszczeniem z komentarzem odautorskim – bez napięcia i bez ryzyka.


© Paweł Jarosław Kamiński 2026 (aktualizacja: 30.04.2026)


* Więcej na temat terminologii z tym związanej – zob. P. Stasiewicz, Sześć odcienie czerni. Szkice o klasykach powieści noir, Universitas, Kraków 2021, s. 16–34.
** Tamże, s. 113, 117–118.

poniedziałek, 6 października 2025

Wilde na śniadaniu w Providence

Swego czasu rozważałem zakup książki Koszmary i fantazje. Listy i eseje – zbioru tekstów H.P. Lovecrafta (wyd. SQN, Kraków 2013). Odwiodła mnie od tego... oficjalna reklama tej publikacji na stronie wydawnictwa, zawierająca kilka wyimków, m.in. fragment:
Niczym zmarły pan Wilde „żyję z trwogą bycia niezrozumianym” (W obronie Dagona).
Tłumacz wyłożył się tutaj w dwójnasób. Po pierwsze nie dostrzegł jednego przeczenia i wyszło mu coś zgoła przeciwnego treściowo, po drugie oddał sentencję topornie i niezręcznie.

Wild Wilde

Co mówi oryginał? I live in terror of not being misunderstood.

Najprościej rzecz ujmując, Wilde powiada: „Żyję w obawie, że zostanę zrozumiany”. Pisze o lęku przed zbyt dosłownym odbiorem jego twórczości – utratą tajemnicy, ironii, głębi. Chce, by jego słowa pozostawały otwarte na nieporozumienie, co nadaje im wieloznaczność i artystyczną siłę. Żartobliwie sugeruje, że niezrozumienie jest jego celem – pragnie pozostać delficki i nieuchwytny.

Tymczasem tłumacz, pisząc „żyję z trwogą bycia niezrozumianym”, komunikuje coś zgoła odwrotnego – jakoby Wilde bał się, że ludzie go nie zrozumieją. Wskazuje na lęk artysty przed niezrozumieniem przez odbiorców.

Rzecz oczywista „Żyję w obawie, że zostanę zrozumiany” nie oddaje finezji oryginalnego, celowo nieco zagmatwanego zdania. U Wilde’a fragment ten jest nie tylko ironiczny w treści, ale też doskonale wyważony stylistycznie: zwięzły, paradoksalny, błyskotliwy – typowy Wilde’owski aforyzm.

Natomiast „Żyję z trwogą bycia niezrozumianym” brzmi po polsku drętwo, nienaturalnie. „Z trwogą bycia” to kalka językowa, nieidiomatyczna w polszczyźnie (po polsku raczej „w trwodze, ze strachu przed czymś”). Rytm też się gubi – zdanie jest nieforemne, ciężkie.

W poprawnym przekładzie trzeba ukazać Wilde’a jako błyskotliwego aforystę, świadomie igrającego z językiem i powagą.

Fragment, o którym mowa, pochodzi z następującego passusu:
I am but too conscious of the fact that we are born in an age when only the dull are treated seriously, and I live in terror of not being misunderstood. Don't degrade me into the position of giving you useful information. Education is an admirable thing, but it is well to remember from time to time that nothing that is worth knowing can be taught.
Co można by przełożyć choćby tak:
Aż nadto jestem świadom, że w naszej epoce tylko nudziarzy traktuje się poważnie, dlatego żyję w obawie, że nikt mnie źle nie zrozumie*. Nie zniżaj mnie do roli dostawcy użytecznych informacji. Edukacja – rzecz chwalebna, lecz dobrze od czasu do czasu pamiętać, że niczego, co naprawdę ważne, nie sposób nauczyć.
Przekład oficjalny całkowicie traci paradoks, wdzięk i ironię oryginału. Tym samym zniechęca do sięgnięcia po książkę. Nauczony doświadczeniem kulawego przekładu biografii Lovecrafta, który wyszedł spod pióra tego samego tłumacza, podchodzę do Koszmarów i fantazji z dużą rezerwą, a nawet nieufnością.

Żyję z trwogą bycia nabitym w butelkę kolejny raz. 


© Paweł Jarosław Kamiński 2025 (aktualizacja: 07.10.2025)

* Albo: „Żyję w obawie, że nie zostanę źle zrozumiany”, „Żyję w obawie, że nie zostanę opacznie odczytany”, „Żyję w obawie, że nie zrozumieją mnie opacznie”, „Żyję w obawie, że nikt mnie nie zrozumie opacznie”.


niedziela, 5 października 2025

Wieża wieży nierówna

Pewna kwestia związana z przekładem Diabłów z Loudun, o którym pisałem już wcześniej, jest na tyle złożona, że wymaga szerszego i odrębnego omówienia. Gdy na stronie dziewiątej (nowego wydania) poznajemy tytułowe miasteczko, czytamy o stołpie (keep), który trzy zdania dalej pod piórem tłumacza ni z gruszki, ni z pietruszki przepoczwarza się w donżon (donjon). Tyle że... stołp i donżon to dwie odrębne wieże – usytuowane w innych miejscach i pełniące różne funkcje. Trafiłem co prawda na opracowanie, które te dwie budowle utożsamia (vide wielokrotnie wznawiany pewuenowski Słownik terminologiczny sztuk pięknych), ale z merytorycznego punktu widzenia jest to niesłuszne.

Otóż donżon (donjon, great tower, keep) był główną wieżą zamku we Francji i Anglii – największą, najsolidniejszą, o funkcji mieszkalno-obronnej; stanowił prawdziwe serce zamku feudalnego i symbol władzy pana nad posiadłością. W jego wnętrzu znajdowała się reprezentacyjna aula, czyli wielka sala (great hall), gdzie pan przyjmował gości, dygnitarzy, posłów i wasalów. Tam właśnie rodziła się więź feudalna, gdy wasal składał hołd lenny seniorowi (stąd hiszpańska nazwa torre del homenaje – dosł. „wieża hołdu”, „wieża lennicza”). Wyższe kondygnacje mieściły komnaty mieszkalne pana i jego rodziny, a także kaplicę. Wreszcie, w donżonie wydawano uczty i bankiety, odbywały się narady wojenne i sądy, a w razie oblężenia stawał się on ostatnią linią obrony całego zamku.

Stołp z kolei (in. stołb, stołpień) to charakterystyczna dla Europy Środkowej (Polska, Ruś, Czechy) wieża obronna o przeznaczeniu przede wszystkim militarnym. Mogła mieć szczątkowe funkcje mieszkalne (np. izby dla obsady stołpu), z reguły jednak odgrywała wyłącznie rolę punktu obserwacyjnego i ostatniego schronienia załogi. Występowała w obrębie grodu lub zamku, czasem dosunięta do murów, jednak na ogół jako konstrukcja wolno stojąca. Wewnątrz znajdował się często tylko magazyn, czasem loch lub doraźne pomieszczenia mieszkalne. W modelu środkowoeuropejskim funkcje reprezentacyjne i rezydencjonalne pełniło palatium, przeważnie mieszczące też kaplicę.

Termin „stołp” bywa mylony z bergfriedem – niemieckim określeniem wysokiej, smukłej, często okrągłej i z zasady niemieszkalnej wieży zamkowej, budowanej w Niemczech, Austrii i Czechach. W istocie stołp i bergrfried były to konstrukcje o bardzo zbliżonych funkcjach, ale z różnicami regionalnymi i konstrukcyjnymi, np. stołp był zwykle masywniejszy, niższy i bardziej proporcjonalny, jego wnętrze zaś było bardziej funkcjonalne: z drewnianymi stropami, spiżarnią, schowkiem, a nawet kominkiem. Można by rzec, że stołp to lokalna odmiana bergfriedu.

W angielszczyźnie donjon i keep są używane zamiennie, podczas gdy stołp nie ma ustalonego odpowiednika: spotyka się określenia w rodzaju defensive tower czy tower keep albo pozostawia oryginalny, słowiański termin stołp.

Wydawałoby się, że na tym można by temat zakończyć, gdyby nie fakt, że angielskie keep i donjon mogą też oznaczać... stołp bądź bergfried (wyjąwszy prace naukowe). Ostatecznie zatem o tym, którego odpowiednika użyjemy w tłumaczeniu, decyduje kontekst. O kontekście zaś najczęściej w tym przypadku jednoznacznie przesądza „miejsce akcji”.

Podsumujmy:
  • W modelu środkowoeuropejskim (Polska, Czechy, Niemcy) zadania donżonu dzieliły się między stołp lub bergfried – wolno stojącą wieżę obronną – oraz palatium – budynek rezydencjonalno-reprezentacyjny; w modelu zachodnioeuropejskim (Francja, Anglia) obie te role łączył w sobie donżon.
  • Traktowanie stołpu i donżonu jako równoważnych w przekładzie jest mylące i bezzasadne.
  • O ile angielszczyzna na ich odmienne znaczenia pozostaje głucha, o tyle polszczyzna wyraźnie je rozróżnia.
  • W przypadku Loudun – miasteczka, przypomnijmy, francuskiego – chodziło o wieżę stanowiącą centralny element zamku, a więc o donżon. I właśnie tej konsekwencji tłumaczowi, Bartłomiejowi Zborskiemu, zabrakło. A szkoda.

© Paweł Jarosław Kamiński 2025

niedziela, 14 września 2025

METALLICA ― Master of Puppets

Wzięło mnie ostatnio na odkopywanie staroci. Nie lubię zaległych spraw translatorskich – siedzą z tyłu głowy i podgryzają zwoje mózgowe, nie dając spokoju. Czasem przez całe lata. Niedawno, ryjąc szpadlem, wygrzebałem Shape of My Heart Stinga, teraz przyszła kolej na ikonę metalu.

Pierwszą zwrotkę słynnego utworu z legendarnego w metalowym światku thrashowego albumu (nagranego jeszcze z Cliffem Burtonem) przełożyłem wraz z refrenem w czerwcu 2015. I oto parę dni temu, w ramach porządków, pomyślałem sobie, że dobrze byłoby po latach domknąć temat. Poza jednym słowem nic w dotychczasowym translacie nie zmieniałem, a resztę tekstu udało się w miarę sprawnie przełożyć do końca. Robota nie należała do łatwych z uwagi m.in. na a) bezlitosny wewnętrzny imperatyw meliczności (więcej o tym poniżej), b) sporo rymów męskich, nie przepadających za polszczyzną, c) rozsiane tu i ówdzie rymy wewnętrzne. W rezultacie metafory czy obrazowanie różnią się gdzieniegdzie od tych w oryginale, ale wszystko mieści się w granicach standardu przyzwoitości, jeśli chodzi o tłumaczenie utworów poetyckich (a piosenki traktuję pod kątem przekładu jak poezję).

Po intensywnej gimnastyce szarych komórek temat uznaję za zamknięty. Jakoś lżej 
teraz na duszy. Uff...

Jak już przy okazji utworu Stinga pisałem, w polskiej przestrzeni publicznej dominują dwa rodzaje tłumaczeń tekstów piosenek:

  1. Odklejone. Całkowicie odchodzą od oryginału. Zostają tylko główne motywy bądź ogólny zarys pierwotnej historii. Giną: obrazowanie, metafory, porównania itd. Ba, niejednokrotnie tekst przekładu nie ma żadnego związku z oryginałem. Powstaje zupełnie coś nowego. Przykłady: ☛ Sen o dolinie Budki Suflera vs Ain't No Sunshine Billa Withersa czy La Isla Bonita Krzysztofa Antkowiaka vs utwór Madonny. Właściwie trudno tu mówić o przekładzie, w najlepszym razie mamy do czynienia z adaptacją.

  2. Filologiczne. To przekłady dosłowne. Niekiedy na sposób komiczny lub infantylny. Wyroby czekoladopodobne. Mają dać polskiemu odbiorcy najlepszy ogląd tego, o czym traktuje oryginał, tymczasem w rzeczywistości pozbawiają tłumaczenie kluczowego waloru meliczności, tym samym odzierając je przeważnie z wszelkiego wdzięku i smaku. Vide ☛ publikacje oficyny wydawniczej InRock zbierające teksty z wielu płyt danego zespołu (The Doors, Metallica, Depeche Mode, Pink Floyd).

    Jako nastolatek korzystałem z kilku podobnie opracowanych książeczek, tyle że zawierających teksty z jednego krążka danego boysbandu (pamiętam Leprosy Death i Tombs of the Mutilated Cannibal Corpse). Wydawano je w połowie lat 90.: na verso widniał oryginał, na recto tłumaczenie.

    Nie powiedziałbym, aby autorzy przekładów tego typu się wykazywali. Czasem wychodzi im beznadziejnie, czasem miernie, czasem co najwyżej słabo. Świetnie ani przyzwoicie – bodaj nigdy. Zresztą takie podejście do tłumaczenia piosenek siłą rzeczy nie daje wielkiego pola do popisu. No i nikt nie prosi o „uwzględnienie” w przekładach meliczności ☛ czytaj: tłumaczom nikt za taką robotę nie płaci. Dlaczego? Ano pewnie dlatego, że nie ma popytu na takie publikacje. Wydawcy doskonale zdają sobie sprawę, że znakomita większość osób słuchających muzyki zadowala się w tej materii absolutną mizerią (patrz poniższy akapit; poza tym w dobie AI wystarczy wrzucić w chata GPT oryginał, by po kilku sekundach wypluł z siebie produkcje, których jakość w przybliżeniu dorównuje takim płodom. Ogółowi to wystarcza). Kto to, panie, kupi? Pies z kulawą nogą.
(Zasłonę milczenia spuszczę na szokująco dosłowne tłumaczenia, dokonywane przez dyletantów, którzy swoimi grafomańskimi produkcjami dokonują na utworze bestialskiego mordu, zaśmiecając internet. I de facto to one królują w sieci, zwłaszcza w serwisach w rodzaju YouTube czy Tekstowo).

Nie odpowiada mi żadne z tych dwóch podejść. Przekład piosenki (także utworu zespołu metalowego) musi dać się zaśpiewać – to jego, mówiąc za Barańczakiem, dominanta translatorska. Bez spełnienia tego warunku trudno mówić o udanym tłumaczeniu. Dlatego nie interesowała mnie adaptacja ani wysuszona na wiór białowierszowa wersja filologiczna.

Że inaczej się nie da? Bynajmniej. Droga pośrednia istnieje, choć – nie powiem – stroma a wyboista jak diabli.

Poniżej owoc mojej pracy. Aby ocenić jego jakość, dobrze jest nucić sobie polski tekst razem z Jamesem Hetfieldem. Żałuję tylko, że wyrażenie „władca marionetek” zdołałem ocalić wyłącznie w tytule. Ale sami rozumiecie – aż sześć (!) sylab to granica nie do przeskoczenia w tych krótkich, wyszczekiwanych linijkach. A inny odpowiednik, rzecz oczywista, nie wchodził w rachubę.

Aha, jeszcze jedno: meliczność nie oznacza, że liczba sylab musi być dokładnie taka jak w oryginale; nie chodzi o ścisłą ekwiwalencję sylabotoniczną 1:1. W niektórych linijkach muzyka pozwala na pewne odstępstwa (zresztą nawet w oryginale nie jest idealnie: we fragmencie Master, master. You promised only lies zaimek you powoduje pewne sylabotoniczne zaburzenie). Chodzi o to, by przekład można dało się zaśpiewać naturalnie do muzyki, w sposób możliwie jak najbardziej zbliżony – choć niekoniecznie identyczny – do oryginalnego wykonania. Dlatego dla tych, którzy utwór znają, najlepiej sprawdzić przekład, śpiewając go do wersji instrumentalnej. Dla reszty zaś polecam wersję tradycyjną, czyli z wokalem.
 

METALLICA
Master of puppets / Władca marionetek

End of passion play, crumbling away
I'm your source of self-destruction
Veins that pump with fear, sucking darkest clear
Leading on your death's construction
Gra skończyła się, wpadłeś w sidła me
Umrzesz wnet, moja w tym głowa
W żyły wlewasz smog, strach i gęsty mrok
Śmierć o krok, już się nie schowasz

Taste me, you will see
More is all you need
You're dedicated to
How I'm killing you
Spróbuj moich warg
Będziesz więcej chciał
Sam pomagasz mi
Życie wykraść ci


Come crawling faster
Obey your master
Your life burns faster
Obey your master
Master
Master of puppets, I'm pulling your strings
Twisting your mind and smashing your dreams
Blinded by me, you can't see a thing
Just call my name, 'cause I'll hear you scream
Master, master
Just call my name, 'cause I'll hear you scream
Master, master
Zegnij kolana
Słuchaj się pana
Jak knot się spalasz
Słuchaj się pana
Pana
Ciągnę za sznurki, robię, co chcę
Mózg ci szatkuję, marzenia tnę
Ślepy, nie widzisz, co dzieje się
Wezwij mnie tylko, a usłyszę cię
Panie, panie!
Wezwij mnie tylko, a usłyszę cię
Panie, panie!


Needlework the way, never you betray
Life of death becoming clearer
Pain monopoly, ritual misery
Chop your breakfast on a mirror
Wierny pompce swej, nie myśl, tylko grzej
Żywy trup, wkrótce nie wstaniesz
Cierpisz, bo tak chcę, ślepo wielbisz mnie
Ładuj krechę na śniadanie

Taste me, you will see
More is all you need
You're dedicated to
How I'm killing you
Spróbuj moich warg
Będziesz więcej chciał
Sam pomagasz mi
Życie wykraść ci

Master, master. Where's the dreams that I've been after?
Master, master. You promised only lies
Laughter, laughter. All I hear and see is laughter
Laughter, laughter. Laughing at my cries
Fix me!
Panie, panie, gdzie twe ziemie obiecane?
Panie, panie, ściem cuchnący gnój
Grzanie, grzanie, życie całkiem już przegrane
Grzanie, grzanie, wkoło szyderstw rój
Szpryca!

Hell is worth all that, natural habitat
Just a rhyme without a reason
Never-ending maze, drift on numbered days
Now your life is out of season
Piekłem taki raj, wart jest tego haj
Gdzie sprzedałeś swe marzenia?
Coraz głębiej brniesz, żyjesz niczym zwierz
Puste życie bez wytchnienia


I will occupy
I will help you die
I will run through you
Now I rule you, too
Nie wypuszczę z rąk
Czerpię rozkosz z mąk
W plecy wbiję nóż
Moim jesteś już


© Paweł Jarosław Kamiński 2025 (aktualizacja: 15.09.2025)

niedziela, 7 września 2025

STING ― Shape of My Heart

Zabrałem się do przekładu tego utworu w roku 2012. Potem nastąpiła pięcioletnia przerwa, a poprawić licho brzmiących bądź rażąco odmiennych od oryginału paru linijek i tak nie zdołałem, tym bardziej że piosenka narzuca formie rygor rymów męskich, co znacznie podnosi poprzeczkę; no i ten naszpikowany dwuznacznościami refren – nie lada zagwozdka. Podobnie było w 2021 i 2023. Wreszcie teraz coś drgnęło i pozwoliło skruszyć twardy orzech translatorski, chociaż warunki ku temu najmniej sprzyjające: po domu hasają dwa pocieszne szkraby, które w ciągu dnia nie dają złapać tchu. Kosztem snu udało się w dwa wieczory wyrwać dla siebie kilka dłuższych chwil, by na nowo przyjrzeć się zapóźnionemu tłumaczeniu (nocny dyżur z powodu choroby fąfli – paradoksalnie – przysłużył się sprawie). Niektóre wersy wygładziłem, inne dość mocno przerobiłem, jeszcze inne przybrały zupełnie nowe oblicze. Zaległość nadrobiona.

W polskiej przestrzeni publicznej dominują dwa rodzaje tłumaczeń tekstów piosenek:

  1. Odklejone. Całkowicie odchodzą od oryginału. Zostają tylko główne motywy bądź ogólny zarys pierwotnej historii. Giną: obrazowanie, metafory, porównania itd. Ba, niejednokrotnie tekst przekładu nie ma żadnego związku z oryginałem. Powstaje zupełnie coś nowego. Przykłady: ☛ Sen o dolinie Budki Suflera vs Ain't No Sunshine Billa Withersa czy La Isla Bonita Krzysztofa Antkowiaka vs utwór Madonny. Właściwie trudno tu mówić o przekładzie, w najlepszym razie mamy do czynienia z adaptacją.

  2. Filologiczne. To przekłady dosłowne. Niekiedy na sposób komiczny lub infantylny. Wyroby czekoladopodobne. Mają dać polskiemu odbiorcy najlepszy ogląd tego, o czym traktuje oryginał, tymczasem w rzeczywistości pozbawiają tłumaczenie kluczowego waloru meliczności, tym samym odzierając je przeważnie z wszelkiego wdzięku i smaku. Vide ☛ publikacje oficyny wydawniczej InRock zbierające teksty z wielu płyt danego zespołu (The Doors, Metallica, Depeche Mode, Pink Floyd).

    Jako nastolatek korzystałem z kilku podobnie opracowanych książeczek, tyle że zawierających teksty z jednego krążka danego boysbandu (pamiętam Leprosy Death i Tombs of the Mutilated Cannibal Corpse). Wydawano je w połowie lat 90.: na verso widniał oryginał, na recto tłumaczenie.

    Nie powiedziałbym, aby autorzy przekładów tego typu się wykazywali. Czasem wychodzi im beznadziejnie, czasem miernie, czasem co najwyżej słabo. Świetnie ani przyzwoicie – bodaj nigdy. Zresztą takie podejście do tłumaczenia piosenek siłą rzeczy nie daje wielkiego pola do popisu. No i nikt nie prosi o „uwzględnienie” w przekładach meliczności ☛ czytaj: tłumaczom nikt za taką robotę nie płaci. Dlaczego? Ano pewnie dlatego, że nie ma popytu na takie publikacje. Wydawcy doskonale zdają sobie sprawę, że znakomita większość osób słuchających muzyki zadowala się w tej materii absolutną mizerią (patrz poniższy akapit; poza tym w dobie AI wystarczy wrzucić w chata GPT oryginał, by po kilku sekundach wypluł z siebie produkcje, których jakość w przybliżeniu dorównuje takim płodom. Ogółowi to wystarcza). Kto to, panie, kupi? Pies z kulawą nogą.
(Zasłonę milczenia spuszczę na szokująco dosłowne tłumaczenia, dokonywane przez dyletantów, którzy swoimi grafomańskimi produkcjami dokonują na utworze bestialskiego mordu, zaśmiecając internet. I de facto to one królują w sieci, zwłaszcza w serwisach w rodzaju YouTube czy Tekstowo).

Nie odpowiada mi żadne z tych dwóch podejść. Przekład piosenki musi dać się zaśpiewać – to jego, mówiąc za Barańczakiem, dominanta translatorska. Bez spełnienia tego warunku trudno mówić o udanym tłumaczeniu. Dlatego nie interesowała mnie adaptacja ani wysuszona na wiór białowierszowa wersja filologiczna.

Że inaczej się nie da? Bynajmniej. Droga pośrednia istnieje. Wprawdzie ostateczny kształt podszytych głębszymi refleksjami potyczek podmiotu lirycznego przy zielonym stoliku nie do końca mnie satysfakcjonuje w ogólnym rozrachunku, a także w paru szczegółach (choćby kulturowo znacząca „święta geometria”, która w przekładzie nie ocalała), ale postanowiłem już więcej nie dłubać. Trzeba znać proporcjum.

A skoro sprawa zamknięta, efekt przedstawiam P.T. Czytelnikom niniejszego bloga. Najlepiej ocenić, nucąc sobie tekst razem ze Stingiem, a najlepiej do wersji instrumentalnej utworu, aby uwolnić się od sztywnego rytmu sylab w oryginale. Liczba sylab w wielu miejscach odbiega od oryginału, jednak bez szkody dla meliczności, gdyż piosenka z uwagi na sporą sylabotoniczną elastyczność pozwala do pewnego stopnia manewrować frazą – miejscami skracać ją lub wydłużać – dzięki czemu przekład spokojnie da się wyśpiewać. Zresztą – sprawdźcie sami.


Shape of My Heart / Serca krój

He deals the cards as a meditation
And those he plays never suspect
He doesn’t play for the money he wins
He doesn’t play for respect
Rozdając karty, kontempluje
I żaden z graczy nie wie, że
On nigdy nie gra dla uznania
Dla niego zysk nie liczy się

He deals the cards to find the answer
The sacred geometry of chance
The hidden law of a probable outcome
The numbers lead a dance
Rozdając karty, szuka prawdy
Przypadkowości świętych praw
Skrytej reguły losowości
Tu rządzi liczb obłędny tan


I know that the spades are the swords of a soldier
I know that the clubs are weapons of war
I know that diamonds mean money for this art
(But) that’s not the shape of my heart
Wiem, że pikami w bitwie się wojuje
Z żołędziem w tarczy wyrusza w bój
Dzwonki jak pieniądz dźwięczą wdzięcznie
(Lecz) me serce ma inny krój


He may play the jack of diamonds
He may lay the queen of spades
He may conceal a king in his hand
While the memory of it fades
Może jopka puścić karo
Może damę wino zgrać
Może też mieć na ręku króla
Liczy się sama gra

And if I told you that I loved you
You’d maybe think there’s something wrong
I’m not a man of too many faces
The mask I wear is one
Gdybym ci wyznał swoją miłość
Szukałabyś drugiego dna
Nie dla mnie żadne maskarady
Tę jedną maskę mam

Well, those who speak know nothing
And find out to their cost
Like those who curse their luck in too many places
And those who fear are lost
Kto wiele mówi, ten nic nie wie
I cenę tego pozna wnet
Jak ten, co wiecznie los przeklina
Kto boi się, przegrany jest



© Paweł Jarosław Kamiński 2025 (aktualizacja: 14.09.2025)


środa, 4 grudnia 2024

Skok w bok

Gdybym nie znał prozy Sapkowskiego od trzech dekad, ominąłbym tak arcyszpetną okładkę szeeerokim łukiem.

Produkcje fantastyczne mają to do siebie, że programowo ich okładki muszą po większości tchnąć tandetą i szmirą, żeby kupiło je jak najwięcej szczeniaków. Ze schematu tego wyłamuje się zdecydowana mniejszość. Trudno i darmo. Szczęściem zetknąłem się z AS-em, sam szczeniak, w ’93 roku, bodaj w majowym numerze „Nowej Fantastyki”, gdzie zamieścił sławny, emanujący erudycją i znawstwem literatury fantasy esej Piróg albo nie ma złota w Szarych Górach, który rozjuszył część wyjadaczy z fantastycznego poletka, z Rafałem Ziemkiewiczem włącznie. Zaraz potem trafiłem na opowiadania o wiedźminie – i przepadłem. Jędrne, diablo inteligentne i naturalne dialogi, w których każdy z bohaterów mówi inaczej, umiejętność budowania nastroju (w tym rozśmieszania do rozpuku i wyciskania łez), mistrzowskie łączenie archaizmów ze współczesnym słownictwem i terminami rodem z naszej stechnicyzowanej epoki społeczeństwa opartego na wiedzy, literatura skrząca się aluzjami, dowcipem i odniesieniami do dzieł kultury, niekiedy na nowo, na zasadzie retellingu, opowiadająca legendy i baśnie (exemplum Mniejsze zło, Granica możliwości, Trochę poświęcenia, Ziarno prawdy), pojawiają się postacie lub monstra z folkloru słowiańskiego i szerzej: europejskiego, jak również z mitów arturiańskich, które autor sprytnie wprowadza przez fabularnie dobrze uzasadnione podróże między wymiarami (co się tyczy świata króla Artura, mamy młodzika sir Galahada, Nimue alias Panią Jeziora vel Morganę, Króla Rybaka łowiącego ryby na dorożkę). Wszystko to stawia Sapka, jak od lat bywa nazywany w fandomie, na niekwestionowanej pozycji dzisiejszego Sienkiewicza. Inspiracji którym zresztą nie ukrywa.
Choć nie jest to proza na miarę Borgesa, Nabokova czy innego Hessego, nie da się ukryć, że sroce spod ogona nie wypadła. Potrafi oczarować i zmusić do myślenia tudzież wertowania słowników języka polskiego, dostarczając godziwej rozrywki na nietuzinkowym poziomie.

Jak będzie z Rozdrożem kruków? Czy autor utrzymał formę sprzed lat? Nie omieszkam się o tym przekonać. Właśnie odebrałem przesyłkę z paczkomatu i biorę się do lektury. Będę ją sobie dawkował łyżeczkami, żeby za szybko nie połknąć potencjalnej perełki i raczyć się jak najdłużej.
Swoją drogą nie wyobrażam sobie, żeby można było udatnie przełożyć go na inne języki. Choć przecież się tłumaczy. Udatnie, czyli oddając smaczki
– a imię ich legion – polszczyzny w wydaniu AS-a polskiej fantastyki. Polszczyzny przepysznej. Chrupiącej. Wyśmienitej, że palce lizać. © Paweł Jarosław Kamiński 4.12.2024 (aktualizacja: 28.01.2025)

czwartek, 7 listopada 2024

Taka piękna wydmuszka

W świecie anglojęzycznym w 2011 roku nakładem wydawnictwa Zondervan ukazały się dwie swoiście bliźniacze, komplementarno-polemiczne względem siebie szczuplutkie prace: For Calvinism (Za kalwinizmem) Hortona oraz jej apofatyczna siostra Against Calvinism (Przeciw kalwinizmowi) Rogera Olsona (znanego u nas z ogłoszonej drukiem w 2003 roku 692-stronicowej broszurki pt. Historia teologii chrześcijańskiej). Duet z miejsca zdobył uznanie czytelników i zyskał status lektur obowiązkowych dla każdego, kto interesuje się debatą na linii arminianizm–kalwinizm. Bliźniaczość polega na zbliżonym projekcie okładek, identycznej liczbie stron (dwieście osiem), kurtuazyjnym geście w postaci zawarcia słowa wstępnego przez autora antytetycznej pracy, jednakowym układzie graficznym wnętrza etc.

Jak wskazują tytuły, książki są względem siebie ideowymi negatywami, przy czym autorzy poniekąd cały czas poruszają się w ramach stanowisk wypracowanych przez reformację w XVI wieku i na początku XVII: za datę graniczną można by uznać synod w Dort (1618-19), podczas którego niejako uszczegółowiono różnice między dwoma stronnictwami, reprezentowanymi dziś przez Hortona i Olsona, tak jak illo tempore na soborach: nicejskim, konstantynopolitańskich (trzy pierwsze) i chalcedońskim, sprecyzowano poglądy dotyczące bóstwa Chrystusa i osobowości Ducha Świętego. W ogniu sporów klarują się i niuansują definicje i terminy, dzięki czemu łatwiej zająć świadome stanowisko w danej sprawie. Co niektórzy z kolei uważają, że mocne skrystalizowanie poglądów stanowi przyczynę wielu niepotrzebnych sporów, które na przestrzeni stuleci wielokrotnie rozdzierały łono chrześcijaństwa. Ale to temat na odrębne rozważania.

W minionym roku słowo ciałem się stało: oficyna Tolle Lege w ramach serii „Intelektualne wstrząsy” wypuściła Za kalwinizmem Michaela Hortona. I choć pierwsza część lustrzanej dylogii ujrzała światło dzienne po polsku, a druga pozostaje jedynie w zasięgu osób dobrze władających angielszczyzną, to jednak również myśl Hortona lepiej przyswoić sobie z oryginału niż za pośrednictwem tego przekładu, któremu kudy do wersji amerykańskiej.

O ile mi wiadomo, w swoim czasie rysowały się plany opublikowania tłumaczeń obu pozycji, co byłoby znakomitym posunięciem, analogicznym do zabiegu poczynionego przez zaoceanicznego wydawcę. Ostatecznie jednak projekt nie wypalił i książka Olsona, napisana z perspektywy arminiańskiej, nie doczekała się księgarskich półek w naszym kraju. I raczej nie doczeka, bo nie zanosi się na zmianę stanu rzeczy. Czyżby nasi arminianie byli mniej zorganizowani? Bardziej rozproszeni? Gnuśni? A może po prostu rodzimi kalwiniści mają znacznie większe parcie na druk opracowań apologetycznych? Odłóżmy te pytania na bok i przejdźmy do oceny jakości polskiego tłumaczenia. Nie do wiary, co się tu wyprawia!

Garść uwag ogólnych
Trudno mówić o niedociągnięciach czy niedostatkach przekładu. Tłumacz zawiódł na całej linii. Czytelnik napotyka całą masę miejsc, gdzie albo kuleje polszczyzna (zwichnięta składnia, usterki ortograficzne, niedociągnięcia z dziedziny przecinkologii zmuszające do ponownego czytania co poniektórych zdań), albo brakuje płynności logicznej w obrębie poszczególnych akapitów (kłopoty z akcentem zdaniowym), albo rzucają się w oczy błędy translatorskie wynikające z niezrozumienia oryginału (chybione, niezgodne z kontekstem odczytania lub trafiające się zbełtane zdania, których jasność i sens pozostawiają sporo do życzenia). Wszystkie te rysy i skazy zauważyłem nie przez żmudne kolacjonowanie translatu z oryginałem (gdzieżby mi się chciało), lecz najzwyczajniej w świecie w trakcie lektury polskiej wersji książki. Felery raziły w oczy na tyle, że w pewnym momencie jąłem zakreślać sobie (tak, piszę po wielu książkach, ale sza!...) jaskrawsze przypadki i dopiero w razie konieczności, dla uchwycenia sensu danego ustępu albo sprawdzenia podejrzanego miejsca, porównywać z tekstem angielskim.

Zrazu chciałem zredagować dużo krótszą recenzję, ale gdy zagłębiłem się w lekturze i niektóre urywki przeczytałem dwu-, trzykrotnie, począłem dostrzegać liczne kiksy nawet w tych akapitach i zdaniach, gdzie już wcześniej, po pobieżnej lekturze, znalazłem był spękania. Książka zaroiła się od nich i wbrew pierwszemu, nie najlepszemu wrażeniu okazało się, że wertepów językowych i translatorskich jest w niej więcej. Znacznie więcej. Całe multum. Wszelkiej maści, kategorii i autoramentu. No, tegom się nie spodziewał. Postanowiłem tedy krytykę rozszerzyć.

Kiedy przekładacz poprawnie odczytuje myśl Hortona, tłumaczenie jest szkolne, słownikowe i pozbawione polotu. W innych przypadkach, a tym na imię legion, już to nazbyt często idzie zbyt niewolniczo w ślad za oryginałem, już to zmyśla tam, gdzie go nie rozumie. A tym samym bynajmniej nie pomaga autorowi, przeciwnie — mimowiednie kopie pod kim dołki. Nie czuje języka polskiego, nie porusza się w nim swobodnie ani nie potrafi dobierać odpowiednich słów i wyrażeń. Nie ma refleksji nad stosownością danego leksemu czy frazy w deliberacjach autora. Nie potrafi udatnie odtworzyć zadanego przewodu myślowego. Słowem, brak mu dwóch zasadniczych umiejętności translatorskich: dobrego zrozumienia języka wyjściowego (a co za tym idzie argumentacji autora) i umiejętnego, płynnego wyrażenia treści oryginału w języku docelowym.

W polskiej odsłonie wywód prowadzony jest niespójnie, średnio wiadomo, co z czego wynika i do czego autor się odnosi się w kolejnym zdaniu. Przez to wypowiedzenia łączą się ze sobą sztucznie, jakby przynależały do różnych tekstów. Bardzo źle się stało, że za robotę wziął się teolog zamiast profesjonalnego tłumacza. Wskutek takiej decyzji wydawcy Horton jawi się nam jako teolog raczący czytelnika chaotycznym zlepkiem zdań, bombardujący niezbornymi komunikatami. Niepoukładany.

Podobnie jak nie mieli szczęścia do polskich przekładaczy choćby akuszer dekonstrukcjonizmu Derrida (vide M.P. Markowski, «Przy ryzyku, że będzie to zaskoczeniem». Uwagi o tłumaczeniu Derridy, „Literatura na Świecie” 1998, nr 11-12, s. 248-261) czy zdegenerowany Markiz (R. Engelking, O polskim Sadzie, „Literatura na Świecie” 1995, nr 8-9, s. 332-349; A. Siemek, Sade w piekle chichocze (a ja biję na alarm), „Literatura na Świecie” 1999, nr 4, s. 245-264) — choć akurat w tym drugim przypadku żadna to strata — którym nasi spaprali robotę i zszargali opinię autorów piszących z głową i sensem, tak też oficyna Tolle Lege wyświadczyła niedźwiedzią przysługę amerykańskiemu teologowi. Dla subtelnego czytelnika polskiego sprawia tenże wrażenie mętniaka, dokonstrukcjonisty albo cymbała. Kto dobrnie do końca książki, może oszołomiony z ręką na sercu, a drugą łapiąc się za głowę, zakrzyknąć: Koniec i bomba, a kto czytał (szukając sensu i klarowności), ten trąba!

Dawnom nie widział takiej jatki. Nagromadzenie kalectw i niedołęstw językowych oraz skuch translatorskich szokuje. Polski Horton przywołuje wspomnienia lektur przekładów tandetnych horrorów, którymi raczył nas dom wydawniczy Phantom Press w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych. Ale to były szalone czasy chaosu i wolnej amerykanki na rynku wydawniczym, dziś powinno być zupełnie inaczej. I poniekąd tak właśnie jest: szereg co rzetelniejszych oficyn dba o przekłady, starannie dobiera tłumaczy, eksponuje ich nazwiska na okładce, świadomość znaczenia, wkładu i współautorstwa tłumacza wzrasta w społeczeństwie. Zmiany te jednak najwyraźniej nie zostały zauważone przez większość wydawnictw, ze szczególnym wskazaniem na środowiska mniejszości wyznaniowych. Jak powieścidła Guya N. Smitha we wspomnianej oficynie, Za kalwinizmem to również horror. Tyle że translatorski.

Tłumaczenie to sztuka interpretacji, tropienia sensu i operowania językiem. Solidny przekładacz non-stop rysuje w głowie ścieżki, którymi mogła biec myśl autora, i wybiera najlogiczniejszą, najtrafniejszą wykładnię, choć rzecz prosta nie chroni to w stu procentach przed mylnym odczytaniem oryginału. Aby nabyć odpowiednich kwalifikacji tłumackich, potrzeba lat pracy (nieraz tytanicznej): ogromu godzin spędzonych na pławieniu się w polszczyźnie, napawaniu się rozmaitymi stylami, wykonywaniu translatorskich wprawek, zaznajamianiu się z usterkami w tłumaczeniach oraz błędami popełnianymi w tekstach autorstwa rodzimych użytkowników języka polskiego, czytaniu opracowań na temat przekładów, lekturach dobrych polskich stylistów. Trzeba po prostu uwielbiać polszczyznę i ojczystą literaturę oraz interesować się traduktologią (wystarczą dwie, trzy półki publikacji przekładoznawczych, które wprowadzają w arkana sztuki przekładowczej: dziś jest takiej literatury po polsku całe mnóstwo, w tym wydawnictw ciągłych). Naturszczycy w tej branży z pewnością się trafiają, ale ich również nie ominie duża część ciężkiej pracy przysposabiającej do profesji.

Przekładać zatem mogą daleko nie wszyscy: wymaga to określonych predyspozycji i, przede wszystkim, umiejętności wyrobionych przez lata nauki i praktyki. To niepojęte, że za tłumaczenia łapią się osoby, które mają przekonanie, że skoro czytają i mówią po angielsku, to robota przekładowa nie będzie dla nich żadnym wyzwaniem i nie potrzeba do niej specjalnego nowicjatu przygotowawczego ani głębokich studiów. Nic bardziej mylnego. Ale żeby uznać swoją niemoc i nie pchać się na afisz, trzeba pokory niezbędnej do trzeźwej oceny swoich kwalifikacji. Lub też oceny z zewnątrz, ze strony kogoś znającego się na rzeczy i gotowego wesprzeć autora przekładu krytyką niejawną bądź udostępnioną na forum publicznym, w obu przypadkach skreśloną pro publico bono. Taka pomoc to skarb. Służę uprzejmie.

Dla wielu osób aspirujących do miana tłumaczy barierą nie do przełamania jest przestawić się na podporządkowanie własnego pióra cudzej myśli. Czy taki przeskok wymaga określonych cech osobowościowych? Tego nie wiem, ale z pewnością nie każdy potrafi być kameleonem po piórze. Dla innych taką niepokonaną przeszkodą będzie ubranie rzeczy w ładne szaty poprawnego języka docelowego. Jeszcze innym nie lada problem sprawiać będzie dokładne zrozumienie tekstu oraz przedstawienie go w przekonującej logicznie, spójnej interpretacji.

U tłumacza Za kalwinizmem znać słabo ukształcony język pisany, niewrażliwość na niuanse semantyczne i stylistyczne polszczyzny (ba, nie tylko wykłada się on pod tym względem na subtelnościach, ale i niedomaga w podstawowym zakresie), jak również poważne braki w rozumieniu oryginału: nie nadąża za tokiem myślowym autora, a gdy nadąża, nie potrafi go sprawnie wyrazić środkami języka docelowego. W książce co rusz napotykamy trudności w formułowaniu myśli na gruncie polszczyzny, a w każdym razie umiejętności te nie są zdecydowanie na tyle rozwinięte, by publikować przekłady z obszaru dyskursu teologicznego. Jak naocznie można się przekonać, bycie kalwinistą i teologiem (jak jest w przypadku polskiego tłumacza Hortona) nie gwarantuje zrozumienia oryginału ani posiadania kompetencji do przełożenia tekstu na polski. 

Dorozumiana zwierzchność
Publikacja Hortona dotarła do polskiego czytelnika w kształcie, który nie zaznał redaktorskiego ołówka na schwał. Jakie konkretnie zarzuty kieruję pod adresem strony formalnej tego tytułu, która nie pozostaje bez wpływu na odbiór treści, a częstokroć uderza wprost w samą treść?

Choć należy pochwalić unikanie wyszukanych wyrazów „implicytny” i „eksplicytny” na rzecz „dorozumiany” i „wyrażony wprost” (książka Hortona nie wpisuje się w ramy dyskursu akademickiego, lecz ujmuje rzecz popularyzatorsko), to jednocześnie warto zaznaczyć, że dobrze by było przeprosić się niekiedy z synonimami, jak choćby „domyślny”, „domyślnie”, „w domyśle”, „czytaj” „ogródkami”, „opłotkiem”, „opłotkami”, „nie wprost”, „nie bezpośrednio”, „explicite” czy „implicite”; zauważmy, że dwa ostatnie są powszechniejsze w polskich tekstach niż pokrewne im formy przymiotnikowe. Tu i ówdzie co prawda pojawia się bliskoznaczny ekwiwalent „domyślny” (s. 22, 75), ale nie mające uzasadnienia powtarzanie na niedużej przestrzeni przymiotnika „dorozumiany”, mimo wszystko niecodziennego, jest niezbyt niefortunne i rzuca się w oczy, odciągając uwagę od treści zasadniczej (zob. strony 25, 26 i 29 Wprowadzenia).

Synonimia musi być nieodłączną towarzyszką przekładacza, który zamyśla wykonać dobrą robotę: słowniki synonimów i wyrazów bliskoznacznych należą do podstawowego szpeju tłumacza, zawsze trzyma się je na podorędziu jako artykuł pierwszej potrzeby, a nie w odwodzie na wypadek pożaru. Dodajmy, że angielski jest bardziej niż polski tolerancyjny dla powtórzeń. Ale wszystko to furda, do tego wynikająca po części z subiektywnego poczucia swojskości bądź obcości jednostek leksykalnych; po części, gdyż trafność ich użycia w konkretnym tekście zahacza jednak o obiektywizm.

Ciekawą propozycją jest oddanie terminu God’s sovereignty. Miast pójść na łatwiznę i użyć narzucającego się ekwiwalentu „suwerenność Boga”, tłumacz podsuwa nam „Bożą zwierzchność”, „Boże zwierzchnictwo”, „zwierzchność Boga” i „boską zwierzchność”. Pozostawiam otwartym pytania, na ile trafne to odpowiedniki i czy w przypadku terminu nie należałoby zachować identycznego kształtu, akurat tym razem od synonimii stroniąc.

Kościół
Rzecz kolejna, podobnie jak powyższa stosunkowo błaha (choć z drugiej strony ortografia to nie przelewki): brak jednolitości pisowni słowa „Kościół” w znaczeniu wspólnoty wierzących bądź organizacji. Raz widzimy dużą (lub jak kto woli: wielką) literę (s. 27), raz małą (s. 19, 22, 31, 32), kiedy indziej taką i taką na jednej stronie (s. 33, 40, 94), jakby tłumacz chramał na dwie strony. Polszczyzna w tej materii dowolności nie pozostawia i zaleca zapis wielkoliterowy, czyli odmiennie niż w znaczeniu: budynek, miejsce modlitwy chrześcijan. Z kolei spójność w obrębie jednego dzieła to wymóg, by tak rzec, estetyki i porządku formalnego.

Ostry cień mgły
Zanika sztuka czytania ze zrozumieniem. Gdyby bowiem redaktor przeczytał uważnie np. zdanie: „Teologia nie może zaakceptować interpretacji zawodzącej w okazaniu szacunku całości Bożego Słowa jako czegokolwiek więcej niż teorii naukowców” (s. 24), od razu dostrzegłby opary niejasności i zażądał wyjaśnień od tłumacza albo zaczął główkować, jak rzecz skorygować, żeby czytelnik w lot pojął, o co autorowi idzie, bez drapania się po głowie lub pochłaniania kolejnych zdań bez zrozumienia poprzedniego. Czyżby wnikliwa lektura, wymagająca przeżucia każdego zdania, była już na wymarciu nawet wśród tłumaczy i redaktorów?

Troszkę to wina skrótowego oryginału (No more than a theory in the sciences can theology accept an interpretation that fails to respect the whole counsel of God), ale w przekładzie można było rzecz odrobinę rozświetlić, choćby tak: „Podobnie jak teoria w naukach ścisłych, wykładnia w teologii musi mieć wymiar kompleksowy, czyli uwzględniać Słowo Boże od a do zet”. Przy okazji widać brak znajomości angielskiego wyrażenia fail to do something, które w formalnym rejestrze oznacza zazwyczaj po prostu not to do something; identyczny problem jest na s. 136, gdzie czytamy: „Nawet jednak łagodniejsze wersje takich teorii zawodzą w rozpoznaniu [fail to recognize], że Boże prawo nie jest tylko (...)”.

Czy to odosobniony przypadek mętniactwa? Absolutnie. Oto garść innych tego typu wyimków:

  • „Kalwin, zwłaszcza przeciw radykalnym anabaptystom, przedstawia wyzwanie, które warto przytoczyć w całości (...)” (s. 61).
  • „Życie w napięciach jest trudniejsze: słuchanie tego, co Bóg powiedział, powściąganie jednak naszej ciekawości w wykraczaniu poza Jego Słowo” (s. 51).
  • „Kościoły reformowane mogą tylko cieszyć się z nowego zainteresowania naukami hołubionymi i zbyt często uważanymi za oczywiste” (s. 33).
  • „Dlatego więc grzech mierzony jest wedle jego [Dawida] relacji do Boga, za jakkolwiek podły czy cnotliwy czyn nie uważalibyśmy go my”. Poza mglistością widzimy tu nieumiejętne oddanie konstrukcji X is measured by Y jako „iks jest mierzone igrekiem” zamiast „miarą iksa jest igrek” (z tym samym błędem mamy do czynienia na s. 73, gdzie czytamy, że „godność stworzonej natury odmierza głębię naszego upadku”).

Na stronie 25 mamy bełkotliwe: „Problemy będące przedmiotem sporu są więc głębsze niż te proste odpowiedzi [kontekst nie mówi o żadnych odpowiedziach]. Nie rozwiążemy ich, dodając po prostu szczyptę kalwińskiej ufności łasce do szczypty arminiańskiego nacisku na ludzką wolę i wysiłek”. Powinno być: „Mimo to nie wystarczy kalwińską pewność łaski połączyć z arminiańskim podkreślaniem woli i wysiłków człowieka — i po krzyku. Spór ma głębszy wymiar”.

Takich zbełtań myślowych w całej książce uświadczymy całkiem sporo. Inny przykład: „Poza Chrystusem istnieć może tylko «próżne [...] poznanie Boga», szybko zmieniające się w ocet bałwochwalstwa i przesądu, jakkolwiek głośno niewierzący (Kalwin odnosi się tu do muzułmanów) nie zarzekali się, że Stwórcą nieba i ziemi jest Bóg” (s. 74-75). Żeby zdanie miało ręce i nogi, trzeba oczywiście dodać tryb przypuszczający i usunąć ostatnie „nie”: „choćby nie wiem jak głośno niewierzący (Kalwin odnosi się tu do muzułmanów) zarzekali się, że Stwórcą nieba i ziemi jest Bóg”.

Kolejną perełką jest zdanie ze s. 63: „To dlatego w istocie ludzkość pozostaje w pewnym sensie nosicielem Bożego obrazu i wspólnikiem w przymierzu, choć w swej grzeszności nękana jest bałwochwalstwem i wyszukanymi knowaniami prowadzącymi do religijnego odstępstwa” (Indeed, this is why humanity remains in some sense God’s image-bearer and covenant partner, even though in their sinfulness they are filled with idolatry and sophisticated schemes of religious distortion). A można było rzecz oddać po ludzku chociażby tak: „Dlatego właśnie ludzkość wciąż w pewnej mierze nosi obraz Boga i uczestniczy w przymierzu, mimo że w swej grzeszności przepojona jest bałwochwalstwem i tryska głupio mądrymi pomysłami, które wypaczają religię”.

Strona 64 raczy nas takim cudeńkiem: „Tak jak odporność Boga na grzech wynika z Jego naturalnej dobroci, bardziej niż z jakiegokolwiek zewnętrznego przymusu, tak samo prawdziwe jest to w odwrotności w przypadku grzeszników”. Poprawnie: tyle że odwrotnie.

Nie wiadomo też, o czym mowa już na samym początku (s. 11), w Przedmowie pióra Olsona:

„Przez prawdziwego kalwinistę rozumiem tego, który poprawnie wyznaje swe doktryny i podkreśla ich kluczowe znaczenie dla zrozumienia ewangelii”.

Po pierwsze, nie „doktryny”, ale o tym napiszę odrobinę więcej w dalszej części artykułu. Po drugie, cóż miałoby oznaczać poprawne wyznawanie doktryn czy też artykułów wiary? Po trzecie, nie idzie o swoje nauki kalwinisty, ale o doktryny łaski, o których traktuje cały akapit (zwracam też uwagę na użyty w zdaniu zaimek those). Po czwarte wreszcie, autor nie ma na myśli kluczowego znaczenia swoich nauk dla zrozumienia ewangelii, lecz o to, że tzw. doktryny łaski (teologia reformowana) są jądrem ewangelii, nie czymś odrębnym. Olson pisze: By true Calvinists I mean one who believes those doctrines correctly and argues that they are crucial to the gospel, czyli: „Przez prawdziwego kalwinistę rozumiem tego, który wyznaje doktryny łaski i uważa je za sedno ewangelii”.

Porażająco dosłowne jest zdanie na s. 145: „Między argumentami za szczególnym odkupieniem (trzecim poglądem) są następujące”. W oryginale mamy tu Among the arguments (...) are the following. Czyli: „Do argumentów przemawiających za szczególnym odkupieniem (trzecim poglądem) należą / zaliczamy następujące”. I koniecznie z zamykającym dwukropkiem, nie kropką.

Akcent
Sztuka właściwego położenia akcentu w zdaniu jawi się spowita całunem tajemnicy, jak gdyby język polski przynależał do sfery scientia occulta. A przecież idzie o rzecz zasadniczą. O zachowanie logiczności wywodu i uniknięcie bałaganu w narracji. O naturalne, gładkie przechodzenie do nowych informacji. Inaczej tekst staje się zlepkiem pozornie związanych ze sobą zdań, który udaje zborny komunikat.

Mylne rozpoznanie przez tłumacza novum i datum dalece utrudnia lekturę: czytelnik musi nieraz cofać się kilka zdań, żeby się zorientować, czy jest tak zmęczony lub niegramotny, że nie rozumie, co czyta, czy też może autor goni w piętkę albo zaplątał się we własne słowa. Tymczasem po zerknięciu do oryginału okazuje się, jak prawie zawsze w takich przypadkach, że mamy do czynienia z translatorską wywrotką, która zaburzyła tok narracji przez błędny szyk wyrazów w zdaniu, psując robotę autorowi i tym samym narażając na szwank jego reputację.

U prof. Andrzeja Markowskiego czytamy: „W języku polskim silny akcent pada na pierwszy wyraz w zdaniu lub (jeszcze mocniejszy) na ostatni wyraz. W związku z tym należy tak porządkować składniki treści, aby na końcowym miejscu stał wyraz najważniejszy” (Nowy słownik poprawnej polszczyzny, Warszawa 2002, s. 1614, hasło: akcent zdaniowy). Toteż kierując się tą zasadą, najważniejszy element zdania dajemy na koniec, ewentualnie (ale trzeba czuć kiedy!) na początek.

Opracowaniem, w którym swego czasu napotkałem obszerne przedstawienie tego zagadnienia — aż 16 [sic!] stron, w kolejnym wydaniu 27, okraszonych wieloma przykładami i garstką ćwiczeń — jest nieoceniony Poradnik tłumacza Arkadiusza Belczyka, opublikowany przez krakowski dom wydawniczy Idea w 2007 roku. (W ulepszeniach, które trafiły do drugiego wydania, z 2009, miał skromny udział i niżej podpisany). Niestety, znane mi polskie źródła poprawnościowe lub poświęcone stylistyce nie wiedzieć czemu albo temat pomijają, albo zbywają ogólnikami czy też skąpymi wzmiankami.

Posługując się przykładem Belczyka, przypomnę pokrótce, że wypowiedzi:
Jak się szacuje, anteny posiada ponad dwa miliony rodzin.
Jak się szacuje, ponad dwa miliony rodzin posiada anteny.
znaczą to samo tylko na pozór. Używa się ich w zupełnie różnych kontekstach. Jeśli złamiemy logikę wypowiedzi, kładąc w zdaniu odpowiednie słowa, ale nie tam, gdzie trzeba, uzyskamy „stwierdzenie niezwiązane z poprzednim, jakby należące do innego akapitu, jeśli nie wręcz innego tekstu” (Belczyk, s. 132).

Żeby zilustrować ten aspekt językowy, trzeba uchwycić częstokroć sens kilku zdań z rzędu, dlatego daruję sobie wypisywanie przykładów inkryminowanego procederu. Zajęłoby to zbyt dużo miejsca w już i bez tego długim artykule.

Ja w przedmiocie kartofli
„W przedmiocie” pasuje co najwyżej do stylu kancelaryjnego. „Przedmiot” w znaczeniu „kwestia, sprawa, zagadnienie, temat” przynależy wprawdzie do stylu książkowego, ale wyrażenie „w przedmiocie” (s. 24, 25, 42, 46, 97, 98, 142) zalatuje paskudnie żargonem urzędniczym.

Z których niektóre
Fragmenty, gdzie w jednym zdaniu pojawiają się wyrazy o wspólnym rdzeniu lub podobnym brzmieniu, cechuje doprawdy olśniewająca uroda:

  • „Wielu ludzie żywi pewne konkretne przekonania na temat tego, do czego doprowadzi kalwinizm na podstawie nieporozumień co do tego, czego kalwinizm naucza i do czego w konsekwencji prowadzi” (s. 17).
  • Hat trick: „W istocie tragiczna istota naszego zepsutego istnienia mierzona jest wysokością (...)” (s. 52).
  • „Wizja Boga przyjęta w tej książce jest wizją Boga zarówno niezrównanie wspaniałego (...)” (s. 12).
  • „To opowieść o odkupieniu skupiona na osobie i dziele Jezusa Chrystusa” (s. 301).
  • „Podobnie jednak powiedzieć można byłoby o całym zastępie nauk, co do których kalwiniści i arminianie zgadzają się, że Pismo ich jasno naucza (...)” (s. 25).

Przestankowanie
Oprócz standardowego nadmiaru bądź niedomiaru przecinka trafiają się zdania, gdzie nieobecność takowego prowadzi do mętniactwa lub mylnego rozumienia zdania (brak przecinka zaznaczam w nawiasie):

  • „Wielu ludzie żywi pewne konkretne przekonania na temat tego, do czego doprowadzi kalwinizm (,) na podstawie nieporozumień co do tego, czego kalwinizm naucza i do czego w konsekwencji prowadzi” (s. 17).
  • „Jak podnosi Paweł w rozdziałach od dziewiątego do jedenastego Listu do Rzymian, Bóg usunął gałęzie, które nie przyniosły owocu (,) po to, by wszczepić dzięki gałązki — i wróci On do etnicznego Izraela, gdy misja wśród pogan zostanie wypełniona” (s. 84).

Po inicjalnych słowach w rodzaju „jednocześnie”, „ponadto” czy „ponownie” tłumacz nierzadko stawia (na modłę anglosaską) zbędny przecinek, co kłóci się z duchem polszczyzny:

  • „Jednocześnie, upadek nie zniweczył woli bardziej niż zniweczył umysł, zmysły czy jakikolwiek inny przymiot człowieka” (s. 57). Tu, jak widzimy, brakuje też przecinka po „bardziej”.
  • „Ponadto, Boży obraz nie jest koncepcją wyłącznie indywidualną (...)” (s. 55).
  • „Ponownie, troskę Kalwina o stanowisko podtrzymujące trwałość Bożego stworzenia podkreśla (...)” (s. 61).

Zarówno nie tylko
W wielu miejscach „zarówno... jak (i/też)” oraz „nie tylko... lecz/ale także/również” zaczynają się, ale już nie kończą (s. 12, 13, 83, 89). Pierwszy człon dynda se w próżni.

Izrael
Tłumacz pod kątem gramatycznym nie odróżnia Izraela państwa od Izraela ludu. W tym drugim znaczeniu „Izrael” zachowuje się w bierniku jak imię, nie jak w poniższych zdaniach:

  • „Bóg wybrał spośród narodów Izrael” (s. 83).
  • „(...) Bóg wybrał Izrael jako swój wyjątkowy lud (...)” (s. 83).
  • „I czy taki pogląd nie oznacza, że Kościół zastąpił Izrael?” (s. 84).

Bylejakość polszczyzny
Słaba polszczyzna widoczna jest w każdym akapicie, ba, niemal w każdym zdaniu natykamy się na chropowatości, wyboje, rachityczne konstrukcje, kalekie twory świadczące o braku umiejętności sprawnego wyrażania się po polsku na piśmie, np.:

„Ignorowanie tych napięć (pokusa irracjonalizmu) lub rozwiązywanie tych napięć (pokusa racjonalizmu) są zawsze łatwymi wyjściami” (s. 51). 
Zaimek „ich” z pewnością uładniłby kształt tego niezręcznego zdania, gdyby wstawić go w miejsce „tych napięć”.

Zbyt wiele występuje w tekście strony biernej, co skutkuje przesunięciem stylistycznym w stronę sztywności i drewniactwa. W sąsiadujących zdaniach jest nieraz ich tak duże nagromadzenie, że odnosi się wrażenie, jakbyśmy czytali raport urzędnika.

W wielu, ale to wielu miejscach tłumacz proponuje nieporadne odpowiedniki, przyprawiając zdania o kalectwo, np. ironically to dla niego „co ironiczne”. Słowo „sznyt” jest mu obce znaczeniowo, co nie przeszkadza w stosowaniu go: „Ten charakterystyczny sznyt [ang. emphasis] reformowanej antropologii można rozpoznać u wielu spośród uczniów Kalwina (...)” (przypis na s. 56).

Określanie nauk religijnych mianem doktryn nie należy do najlepszych pomysłów. Polska „doktryna” jest raczej systemem nauk aniżeli jedną z nich. Doctrines w kontekście religijnym danego wyznania oddamy więc zazwyczaj jako „nauki, prawdy wiary, artykuły wiary, teologia”. Do nielicznych wyjątków należy utarte wyrażenie „doktryny łaski”: przyjęło się w polskim dyskursie teologicznym, więc nie ma sensu zawracać Wisły kijem.

Tłumacz ponadto:

— Nie odróżnia „dalece” od „daleko”:

  • „Dalece bardziej powinniśmy cieszyć się z naszej przyjaźni z arminiańskimi braćmi i siostrami!” (s. 25).
  • „Teologia reformowana była dalece bardziej niż luteranizm «sportem drużynowym» (...)” (s. 41).
— Tworzy neologizmy w miejsce istniejących już w polszczyźnie, poprawnie zbudowanych leksemów (vide „karykaturyzować” na s. 44).

— Stosuje obłożone przez językoznawców anatemą słowa i konstrukcje, np. „Wielokrotnie też ostrzegał Kalwin przed spekulacją — zwłaszcza w temacie predestynacji” (s. 40).

Nieznajomość łączliwości leksykalnej skutkuje tworami w rodzaju „wzrosła ona [miast: zyskała] na znaczeniu” (s. 43).

„Mam prywatne zdanie, że (...)” (s. 27) to w ładnej polszczyźnie raczej „Osobiście / Prywatnie uważam, że...”.

Na granicy poprawności i dobrego smaku
Mało eleganckie z punktu widzenia dobrego stylu, a przez część językoznawców uważane wręcz za błąd, jest zaczynanie zdań od „zaś” (s. 53, 58, 69, 79, 89), stosowanie słowa „unikalny” w miejsce „niepowtarzalny, wyjątkowy, jedyny w swoim rodzaju” (tu jako przekład unique — s. 20, 101), nadużywanie słowa „relacja” w znaczeniu „stosunki, więź, zależność, związek, powiązanie” (s. 57, 68, 79, 99, 101). Nadal nie cieszy się akceptacją w poważnych tekstach konstrukcja „nie iks, a igrek” (s. 19, 97). Można było tego wszystkiego Hortonowi oszczędzić. No, gdyby jeszcze tłumacz był dobrym stylistą, dałoby się takie wysławianie podciągnąć pod celowe zabiegi świadomego pisarza, uznając je za elementy przynależące do jego maniery.

Składnia
Duet redaktor–tłumacz ewidentnie nie radzi sobie z polszczyzną, skoro przepuścił szkolne błędy w rodzaju:

  • „Nadal na tym etapie płytko zaznajomieni z reformowanym nauczaniem miotamy się od jednej skrajności do drugiej, nie rozumiejąc i wykoślawiając to nauczanie” (s. 18).
  • „(...) która znajduje spełnienie w i przez Chrystusa” (s. 23).
  • „(...) kondycji istot ludzkich przed i po upadku (...)” (s. 26).
  • „Boża sprawczość działa nad, w i za sprawczością stworzeń (...)” (s. 101).
  • „Mój podstawowy problem z kalwinizmem, który Mike reprezentuje i broni (...)” (s. 12). Mamy tu dodatkowo błąd polegający na tym, że czasownik „bronić” winien przyjąć w tym znaczeniu rekcję dopełniaczową, nie biernikową. Notabene kilka linijek niżej „bronić” połączone jest już z prawidłowym przypadkiem.
  • „Stanowi [książka] pomocny wkład w trwającą wciąż dyskusję i debatę na temat Bożej zwierzchności, która toczy się między protestantami” (s. 13).

Idiomy
Nie zostały oszczędzone także wyrażenia idiomatyczne. Tłumacz pali je koncertowo:

  • „Pinnock nabija kołczan terminami takimi jak (...)” (s. 100)

Jakimiż torami biegły myśli tłumacza? Ang. to stack the deck oznacza m.in. „manipulować”.

  • „Uczynieni zostaliśmy na Boży obraz i podobieństwo, raczej jako analogie niż odłamki starszej całości” (s. 101).

Określenie a chip off the old block oznacza kogoś podobnego kubek w kubek. Tu można było dać „raczej jako analogi aniżeli klony / jako analogi, nie klony / nie tyle jako klony, co jako analogi”.

Nieznane jest też wyrażenie lock, stock and barrell: „Ponadto Spurgeon nie przyjmował systemu kalwińskiego «od piwnicy po dach»” (s. 27). Poprawnie: z całym dobrodziejstwem inwentarza.

Znajomość angielszczyzny
Słaba orientacja w zawiłościach angielskiego, wbrew powszechnej opinii wcale nie prostego języka, przybiera również takie postacie:

  • „Kalwin (...) rozpoznaje paradoks leżący w sercu każdej wielkiej doktryny wiary” (s. 51). Ang. recognize to m.in. „uznawać istnienie, dostrzegać”. Ten sam błąd znajdziemy na s. 136: „Nawet jednak łagodniejsze wersje takich teorii zawodzą w rozpoznaniu [fail to recognize], że Boże prawo nie jest tylko (...)”.

Inicjalne wyrażenie in fact bywa kalkowane jako „w istocie” (s. 29). W tłumaczeniach najczęściej się je pomija, to typowa dla angielskiego wata słowna.

W pozycji inicjalnej angielskie słówko again nie oznacza, jak by chciał tłumacz, „ponownie” (s. 61, 63, 64), lecz „ponadto, co więcej, w dodatku, mało tego”.

Questions potrafi być, wbrew kontekstowi, który nie mówi nic o pytaniach, przekładane jako „pytania” zamiast „kwestie, zagadnienia”:

  • „Czytasz tę książkę zapewne dlatego, że pytania te budzą twoją ciekawość” (s. 22).
  • „Wszystkie te sprawy nie są spekulacjami (...), ale jednymi z najbardziej praktycznych i najważniejszych pytań, z jakimi zmagamy się w codziennym życiu” (s. 26).
  • „(...) każdy studiujący Pisma wierzący musi zmierzyć się z pytaniami leżącymi w sercu tej historycznej debaty” (s. 26).

Jak to często z angielskim leksemem agenda bywa, także tłumacz Hortona się na nim wykłada, pisząc na s. 137:

„Odkupienie nie zajmuje wysokich miejsc na listach programowych ani katolików, ani protestantów”. 

Czymże — prócz oferowanych przez różne platformy pakietów z kanałami TV — miałaby być „lista programowa”, pozostaje zazdrośnie strzeżoną tajemnicą i czytelnik sam musi dociec, co też tłumaczowi chodziło po głowie podczas pisania tego ustępu. A przecież można było przełożyć rzecz np. tak: „Odkupienie nie ma wysokich notowań ani u katolików, ani u protestantów”. Ewentualnie na inne sposoby: „Odkupienie nie cieszy się dużą popularnością ani u katolików, ani u protestantów”; „Odkupienie nie ma brania / wzięcia / wysokiej pozycji ani u / wśród katolików, ani u / wśród protestantów”; „Odkupienie nie cieszy się wzięciem / braniem ani u / wśród katolików, ani u / wśród protestantów”. No i gdzie uciekło contemporary? Oryginał mówi wszak: The atonement is not high on the contemporary agendas of either Catholics or Protestants.

Controversy to u Hortona najczęściej nie, jak by chciał tłumacz, „kontrowersja”, lecz „spór, polemika, debata”. Błąd ten być może wynika po części z nieznajomości różnic znaczeniowych między tymi polskimi słowami, co prowadzi do osobliwych lub nonsensownych stwierdzeń:

  • „Jako że porusza się w niej [debacie kalwinsko-arminiańskiej] wiele pytań [znów nieszczęsne „pytania”] dotyczących pojmowania Boga, nas samych czy zbawienia, nie dziwi, że kontrowersja ta budzi ciekawość i powoduje konflikty” (s. 22).
  • „Wiele było kontrowersji w historii Kościoła w przedmiocie tych doktryn” (s. 25). W tym zdaniu widzimy wyjątkowe nagromadzenie kwiatków: kontrowersje, w przedmiocie, doktryny.
  • „Jest ona [predestynacja] pokarmem dla modlitwy i dziękczynienia, nie dla kontrowersji i spekulacji” (s. 40). 

Fraza do justice zamiast „wyjaśnić, wytłumaczyć” zostaje przełożona absurdalnie: „Jeśli kalwinizm nie potrafiłby zadośćuczynić ustępom przytaczanym przez arminian, oznaczałoby to, że nigdy nie był prawdziwy”. Całe to zdanie jest jednym wielkim nieporozumieniem. Użycie trybu warunkowego zamiast czasu teraźniejszego jest tu zupełnie niezasadne, ponadto mówienie o tym, że kalwinizm w tej sytuacji nie byłby „prawdziwy”, też gubi sens oryginału, który używa przymiotnika inadequate, znaczącego lacking, insufficient, tu: wadliwy, szwankujący, kulejący, niedomagający.

Mainline theologians to rzekomo „prawowierni teologowie (s. 136) zamiast „głównonurtowi, mainstreamowi”, ewentualnie „uznani, cieszący się uznaniem, popularni, powszechnie znani, główni”.

Na s. 102 czytamy, że Bóg jest „hojny i rozrzutny” (generous and liberal). Co jak co, ale „rozrzutny” pasuje tu jak wół do karety. Angielska konstrukcja jest w zasadzie tautologiczna, więc można by się obejść jednym przymiotnikiem, ewentualnie dać mniej masłomaślany ekwiwalent „hojny i wielkoduszny”.

W przypisie na s. 99 czytamy: „Próżnością jest spierać się, że...”, i zaraz dalej: „Próżnością jest mówić, że...”. Konstrukcja It is vain (to argue, to say itp.) oznacza zwyczajne „nie ma sensu, nie ma po co”.

Użycie na s. 97 „Kalwarii” jako odpowiednika ang. Calvary nie jest naturalne. Spełnia ten warunek „Golgota”.

Na tej samej stronie widzimy ewidentną kalkę z politpoprawnego angielskiego, która dodatkowo myli czytelnika, sugerując, jakoby chodziło o odpowiedź Boga lub człowieka: „Bóg mógłby podjąć decyzję o zbawieniu każdej istoty ludzkiej niezależnie od jego czy jej odpowiedzi na ewangelię”.

W zdaniu: „Pragmatyzm, konsumeryzm, samodoskonaleniowy moralizm [poprawnie: moralność spod znaku „zrób to sam”] i narcyzm są po prostu objawami choroby (...)”, tłumacz dowodzi, że nie rozumie kontekstu ani nie zna drugiego, pejoratywnego znaczenia słowa consumerism — „konsumpcjonizm”, bo o to właśnie pojęcie Hortonowi chodzi.

Otwierające zdanie historically nie oznacza po prostu „historycznie”, lecz „historycznie (rzecz) biorąc”: „Historycznie, liberalny arminianizm ostatecznie zlał się z socynianizmem (...)” (s. 49).

Saddle sb with nickname to „nadać przezwisko, przezwać”, nie zaś neutralne „opatrzyć mianem” (s. 27).

Predestined purpose to raczej nie „predestynowane przeznaczenie” (s. 64), ale „ustalone z góry przeznaczenie” lub „z góry ustalony przez Boga cel / plan”.

World of difference betweeen the two to nie okropnie dosłowne „między tymi dwiema postawami leży cały świat różnic” (s. 303), tylko po prostu „ogromna / kolosalna różnica”.

Warto raz na zawsze wbić sobie do głowy, że wyrażenie X as well as Y z reguły w tekstach angielskich nie znaczy „X oraz / jak też Y” itp.: nową informacją jest X, dlatego należy ją podkreślić, co czyni chociażby konstrukcja „nie tylko Y, ale też X” (X as well as Y jest praktycznie równoznaczne z not only Y, but also X). Błąd ten nierzadko dostrzegam u lichych tłumaczy, tu na s. 18:

„Kalwinizm głównego nurtu jednak wiązany był tak z osobistym odrodzeniem, jak z reformą nauczania”.

tymczasem novum wprowadzonym przez to zdanie jest osobiste odrodzenie, nie zaś reforma nauczania, którą autor wałkuje w poprzednim akapicie. Nawet jeśli się nie zna faktycznego znaczenia tego angielskiego wyrażenia, tłumaczowi powinna się zapalić czerwona lampka z powodu takiego, a nie innego kontekstu. Dało tu znać o sobie zarówno czytanie ze zrozumieniem, jak wiedza na temat polszczyzny pod kątem akcentu zdaniowego — z przykrością należy stwierdzić, że żadnej z tych umiejętności tłumacz ani redaktor nie posiedli.

Varia
Już w przedmowie nadziewamy się na dosłowny przekład I should have known better: „Powinienem jednak był wiedzieć lepiej” (s. 11), choć należało to przełożyć zupełnie inaczej, tak żeby zdanie brzmiało w kontekście naturalnie, np. „Że też w ogóle tak pomyślałem!” albo „Że też mogłem tak pomyśleć!”.

Na tej samej stronie Robert Olson zalicza autora, według tłumacza, do najprawdziwszych (w oryginale true, nie most true) kalwinistów, by zaraz potem tłumaczyć, co rozumie przez prawdziwego (true) kalwinistę.

Na s. 25 widnieje cytat z Księgi Apokalipsy 7:10 (opatrzony siglum Obj. 7:10), podczas gdy w oryginale chodzi o bardzo podobny, ale starotestamentowy fragment z Jon 2:9 (w polskich Bibliach Jon 2:10). 

W wykazie na s. 6 brak wyjaśnienia użytych w przekładzie przypisowych skrótów: FZ (s. 118), CD (s. 142), CR (s. 41) i KKK (s. 53). 

Nie odnaleziono (s. 41) źródła fragmentu mówiącego o usprawiedliwieniu jako „pierwszym artykule religii chrześcijańskiej”, mimo że autor podał je w przypisie (3.11.1). (W moim wydaniu Podstaw religii chrześcijańskiej Kalwina — bo właśnie do tego dzieła reformatora odnosi się cytat — jest to „główny artykuł religii chrześcijańskiej”).

Zamiast „z własnej, wolnej woli” (s. 64) zdecydowanie lepiej brzmiałoby tradycyjne „z własnej, nieprzymuszonej woli”.

Nie wiedzieć czemu „neonomizm” zapisywany jest z dywizem jako „neo-nomizm” (s. 48).

Dowiadujemy się, że Charles Spurgeon napisał „swoją autobiografię” (s. 27), a „kalwinizm” to dla tłumacza „zwrot” (term) (s. 26).

Cytat z Westminsterskiego wyznania wiary na s. 98 jest wskutek niedbalstwa powtórzony na s. 102 w innej postaci.

Nie od dziś wiadomo, że jeśli stosujemy czasownik „opierać” metaforycznie, łączy się on z przyimkiem „na”, nie „o”: „Apostoł w istocie opiera swoją tezę o Bożej wolności wybierania i odrzucania o to, że zawsze korzystał On (...)”.

Według tłumacza liczba mnoga od słowa „cherub” (anioł) to „cherubimy”. Czyżby kalka z angielskiego (lp. cherub, lmn. cherubim)? Mamy w polszczyźnie kilka możliwości: cheruby, cherubowie, cherubini, cherubiny, cherubinowie, ale nie ma wśród nich zaproponowanej przez tłumacza.

Drugie zdanie akapitu otwierającego Wprowadzenie (s. 17) raczy nas takim oto kwiatkiem:

„Zostań jednym z nich [kalwinistą], a z pewnością stracisz nie tylko ewangeliczny i misjonarski zapał, ale i szczerą radość z osobistej relacji z Chrystusem”.

Tłumacz zapędził się i powielił obecną w oryginale tautologię evangelistic and missionary zeal, zamiast dyskretnie poprawić Hortona, dając tylko jeden z przymiotników: misyjny lub ewangelizacyjny. Dodatkowo „zapał ewangeliczny” to gospel zeal, które to wyrażenie znaczy troszkę co innego niż „zapał ewangelizacyjny”. A skoro już jesteśmy przy leksemie „ewangeliczny”, to mimo zawartych we wstępie od tłumacza wyjaśnień związanych z trudnością przekładu słowa evangelical nie przekonują mnie chociażby takie miejsca na s. 76-77: „ewangelicy” (popr.: ewangelikałowie, ewangelikanie, chrześcijanie ewangelikalni, ewentualnie chrześcijanie ewangeliczni), „kościoły ewangelickie”, „ruch ewangelicki w Ameryce Północnej”, „głoszona z większości ewangelickich mównic i katedr, a także będąca wiarą większości ewangelickich ław”. Pasowałby raczej przymiotnik „ewangelikalny”, a może nawet lepiej byłoby po prostu posłużyć się słowem „protestancki”, autor bowiem nie mówi tu wyłącznie o członkach staroprotestanckich Kościołów ewangelicko-augsburskiego, ewangelicko-reformowanego ani ewangelicko-metodystycznego.

Na s. 95 mamy mocno kolokwialne „burzyć się”, które nie licuje z tonem oryginału w najbliższym kontekście: „Faryzeusze byli pracownikami, którzy trudzili się cały dzień, a potem burzyli się [were scandalized by], że ich zleceniodawca zdecydował się płacić tak samo tym (to jest poganom), którzy ledwo co zjawili się w pracy”.

Piszemy albo „X będzie robił coś, aż stanie się Y”, albo „X będzie robił coś, póki nie stanie się Y”. Nie należy tych konstrukcji mieszać, jak to zrobiono na s. 71: „Bóg śpiewa głuchym tak długo, aż nie dotknie od wewnątrz ich serc”, oraz 298: „(...) coraz gorliwszemu głoszeniu tej prawy — aż chwała Boga nie przykryje ziemi jak wody pokrywają morza” (interpunkcja za oryginałem).

Warto by zdecydować się pod kątem terminologicznym albo na „łaskę uprzednią” (s. 48), albo na „uprzedzającą” (s. 47 i 48).

Na s. 26 czytamy: „Wszystkie te sprawy nie są spekulacjami prowadzonymi [spekulacje się snuje, prowadzi się rozważania] w duchocie [„duchota” to wymysł tłumacza] wieży z kości słoniowej, ale jednymi z najbardziej praktycznych i najważniejszych pytań, z jakimi zmagamy się w codziennym życiu”. Poprawnie: „Sprawy te nie są oderwanymi / akademickimi / abstrakcyjnymi spekulacjami, lecz należą do najbardziej praktycznych i najważniejszych kwestii, z jakimi zmagamy się na co dzień”.

„Może być ona [teologia] wyrażona wprost lub tylko dorozumiana, jednak każdy studiujący Pisma wierzący musi zmierzyć się z pytaniami leżącymi w sercu tej historycznej debaty” (s. 26). Poprawnie: „Może być ona wyrażona wprost albo dorozumiana, jednak każdy wierzący czytelnik Pisma Świętego musi się zmierzyć z kluczowymi momentami tego historycznego sporu”.

W zdaniu: „Inni mogą wierzyć w nauki kalwinizmu, nigdy nie zmagając się z nimi w swoich sercach — jest ona dla nich niczym więcej jak akademickim rozważaniem” (s. 300), nie dowiadujemy się, o jaką „oną” chodzi. Kontekst bynajmniej nie przychodzi nam z pomocą.

Struktura treści
Redakcja pokpiła także sprawę z układem treści książki. O ile oryginał ma budowę czterostopniową, o tyle polska wersja trójstopniową. A co tam, my Polacy, jacy tacy, wiemy lepiej! I tak w podrozdziale Natura i skutek dzieła Chrystusa na krzyżu śródtytuł Doktryny odkupienia sygnalizuje podrozdział drugiego stopnia, tymczasem jego własne podrozdziały (Zastępstwo w karze, Rekapitulacja etc.) są w polskiej wersji złożone takim samym pismem, czyli względem niego równorzędne. Tak samo podrozdziałem pierwszego stopnia jest Strzaskany obraz (s. 56), a Jak całkowite jest „całkowite” zepsucie?, Czy Bóg jest twórcą grzechu? i Grzech i łaska są podrzędne w stosunku do niego, tyle że... jedynie w oryginale. Również z posłowiem stało się coś niedobrego: zapomniano o nim w spisie treści, a w tekście głównym dodatkowo złożono stopniem pisma wskazującym, jakoby wchodziło w skład rozdziału ostatniego. Pomieszanie z poplątaniem.

Szata graficzna, typografia itp.
Książka po zakupie prezentuje się bardzo estetycznie — biała kapitałka, takaż (twarda) oprawa — ale tylko przez krótki czas, bo praktyczne rozwiązanie toto nie jest, chyba żeby pokryć ją z zewnątrz specjalną powłoką. Tył okładki już mi się zapaprał, choć nie włóczyłem go po podłodze ani ogrodowej grządce. Irytują nowomodnie zwiększone odstępy po każdym akapicie, które de facto, zapewne wbrew zamysłowi typografa, psują efekt wizualny. W zupełności wystarczyłyby wcięcia akapitowe, naprawdę nie musimy papugować Anglosasów. Dodatkowe odstępy mają rację bytu w układzie blokowym, który jednak do większości książek nie pasuje, sprawdza się za to zwłaszcza w dziełach wiekopomnych i o innej strukturze: wykorzystuje się go nieraz w składzie — skoro już jesteśmy przy tematyce religijnej — pism ojców Kościoła, katechizmów czy konfesji (exemplum wydane niedawno przez oficynę MW Westminsterskie wyznanie wiary). Na dobitkę wybrano bezpłciowy krój pisma. Domniemywam, że per saldo miało być elegancko, a wyszło średnio na jeża. Szkoda też, że dzielone są wyrazy między kolumnami przy przechodzeniu z recto na verso, trochę to przeszkadza. Wreszcie, szwankują na stronach 31, 51 i 81 inicjały obłamane, które nachodzą na tekst podstawowy.

Za to po rozłożeniu na płask książka nie wierzga, tylko spokojnie sobie leży i mimo stosunkowo skromnej objętości (304 strony) nie zamyka się samorzutnie, co rzecz jasna należy zaliczyć na plus.

Tylna okładka
Blurb też nie zachęca, choć właśnie powinien. Wprawdzie tylna okładka złożona jest ładnie i cieszy oko, ale kiedy przeczytamy umieszczone na niej słowa, okaże się, że wspomniane wyżej najróżniejsze błędy i wpadki również tu występują.

Podsumowanie
Polskiemu Hortonowi zawczasu przydałaby się fachowa obróbka redaktora, który wniknąłby w sens czytanego tekstu i poprawił usterki lub zakreślił tłumaczowi niejasne bądź błędne fragmenty i polecił skorygować robotę. Albo można było rzecz rozegrać jeszcze lepiej, znacznie lepiej: dać zlecenie nie teologowi, lecz zawodowemu tłumaczowi znającemu tematykę książki choćby i średnio, za to oblatanemu w trudnej sztuce przekładu, orientującemu się w meandrach polszczyzny i mającemu wyczucie językowe, który to rep w razie wątpliwości konsultowałby rzecz z teologami — wprawdzie z racji swego fachu tłumacze to rasowe posokowce wśród tropicieli informacji i źródeł, ale i oni muszą się nieraz posiłkować wsparciem specjalistów z danej branży — redaktorowi zaś przykazać pod rygorem kary głównej, by przy lekturze nie przysypiał, tylko miał oczy szeroko otwarte (doskonale wiem, że przy wielogodzinnej pracy z przesuwającymi się na ekranie tysiącznymi wciornastkami niełatwo o ciągłe skupienie: podpieranie zapałkami powiek to chleb codzienny skraplaczy językowych mgławic).

Książki nie polecam z uwagi na wywrotki translatorskie — przeinaczenia, zaburzenia ciągu logicznego zdań, zmętnienia — oraz językowe defekty psujące tok lektury. Redaktor już na wstępie — po pobieżnym oglądzie tekstu — winien translat odwalić osobie, która starała się przełożyć książkę na polski. Że starała się jak najmocniej, szczerze wierzę. Z braku umiejętności wszakże myśl Hortona nam nie tyle przybliżyła, co oddaliła, dodatkowo (bezwiednie) przedstawiając go Polakom jako pisarza mętnego, chaotycznego, ciężkostrawnego. Wprawdzie nieraz czytelnik, obcując z tekstem mglistym, obdarza autora kredytem zaufania i własnej tępocie przypisuje niemożność zrozumienia danego zdania czy akapitu, ale cóż to za pociecha... A Horton w warstwie podstawowej — sensu zdań, logiki ciągu myślowego — trudny bynajmniej nie jest. O tym jednak przekonać się może co najwyżej czytelnik oryginału: między Bugiem a Odrą tego nie doświadczymy. I niestety poprawa przekładu na nic by się zdała: trzeba by machnąć nowe, profesjonalne tłumaczenie, tyle że w niewielkim polskim światku protestanckim środków na to nie ma. Na mur. Przyjdzie nam obcować jedynie z atrapą dzieła amerykańskiego teologa. Urodziwą na zewnątrz, od środka zasię zepsowaną a szpetną.

Anno Domini 2024 pozostają w mocy słowa Piotra Blumczyńskiego sprzed dwóch dekad:

Źle się (...) dzieje, jeśli wskutek przekonań i praktyk danego środowiska przekłady powstające w jego obrębie skazane są z góry na jakościowe upośledzenie, ponieważ (...) tekst tworzony niekompetentnie może wyrządzić więcej szkód, niż przynieść pożytku. Skoro nietrudno jest przewidzieć przykre konsekwencje niedbałego tłumaczenia choćby instrukcji montażu choćby najprostszych urządzeń, można by oczekiwać, że tym większe wyczulenie na jakość przekładu wykażą tłumacze i wydawcy tekstów o tematyce teologicznej, a więc poświęconych kwestiom w opinii wielu niebłahym. Tymczasem na podstawie własnych obserwacji odnoszę wrażenie, że często bywa inaczej, a kompetencja językowa najwyraźniej nie należy do najważniejszych elementów warsztatu licznych tłumaczy anglojęzycznej literatury chrześcijańskiej.

(...) chciałbym jedynie zaapelować o przestrzeganie w przekładzie (czy to tekstów teologicznych, czy jakichkolwiek innych) wypróbowanej przez wieki zasady, która moim zdaniem doskonale podsumowuje konieczne wymagania warsztatowe (i to nie tylko w odniesieniu do lekarzy, z myślą o których została sformułowana): primum non nocere!*

Negatywnie oceniając przekład, nie mam na myśli samej obecności błędów, tylko ich liczbę i wagę. Gdyby kiksów było niewiele, artykuł ten nie ujrzałby światła dziennego, jednak skala partactwa sprowokowała mnie do zabrania głosu i podniesienia rabanu. A co tam, fiat lux! Nagromadzenie błędów i nieporadności, kalectw i absurdów (czasem piętrowych), niechlujstwa i banalnych pomyłek jest w polskiej wersji Hortona olbrzymie od początku do końca. Książka puchnie od nich na każdej stronie, dowodząc, że tłumacz ani redaktor nie odbyli w swoich dziedzinach bodaj postulatu, nie mówiąc już o nowicjacie.

Przebito słynne niegdyś na poletku fantastycznym przekłady Kontaktu Sagana (zob. Z.R. Grabowski, Strzelać do tłumacza!, „Nowa Fantastyka” 1992, nr 5, s. 71) i Pana światła Zelaznego (Piotr W. Cholewa, Jak zarżnąć powieść, „Nowa Fantastyka” 1992, nr 5, s. 70-71). Przebito, na tejże niwie fantastycznej, bliższego czasowo Marsjanina Weira.

Cały wydawniczy wysiłek poczyniony wokół ogłoszenia u nas drukiem tej wartościowej książki to mnóstwo niepotrzebnie przepalonej energii. Przedsięwzięcie wydania For Calvinism po polsku należy uznać stanowczo za nieudane. Zamiast informatywnej, ciekawej książki, która wywodząc na jaśnię jądro kalwinizmu, rozprawia się z mitami i nieporozumieniami, otrzymaliśmy nawet nie tyle produkt znośny, co regularny bubel. Zafundowano nam bryndzę podlaną mizerią. Tolle Lege, fi donc po trzykroć!

Zakończę cytatem ze wspomnianego artykułu Andrzeja Siemka (w nawiasach kwadratowych dodatki ode mnie):
„Biję na alarm. (...) Minęło [od wydania] już sporo czasu, a tu nikt się specjalnie nie denerwuje. (...) Ludzie, świetni tłumacze, wytrawni krytycy, [uznani teolodzy, specjaliści od myśli protestanckiej i kalwinistycznej,] czy wy naprawdę nie czytacie?”.

© Paweł Jarosław Kamiński 7.11.2024 (aktualizacja: grudzień 2024, marzec 2025)


* P. Blumczyński, «Primum non nocere», czyli uwagi warsztatowe, „Przekładaniec” 2006, 2 (17), s. 231, 240.